28.06.2026, 13:06 ✶
Kłamstwo.
W świecie łowów można było być tylko jednym z tych dwóch kategorii. Łowca i ofiara, drapieżnik i pożywienie, goniący i uciekający.
Ale oni stali. Trwali na spiżowej skale, pełniąc rolę, która nie była opisana w świecie brudu krwi. W świecie pełnych brzuchów i rozszarpanych trucheł.
– Możesz też patrzeć. Tak jak ja. Obserwować i dać przepływać emocji przez ciało, aby nie pozostała zapomniana. Możesz być Okiem, które chłonie potworność świata, ale nigdy nie angażuje się, gdy nie jest to potrzebne. – Anthony zamyślił się, unosząc dłoń, własną dłoń czarną czerwnością farby rozlanej na jego ciało w Spaloną Noc. Z jego perspektywy zniekształconej ułomnością daltonizmu, ta dłoń była spowita czernią, piętnem, tatuażem świadczącym o tym, że jest winny. Ani łowca. Ani ofiara. Obserwator.
– Pamiętam. Widziałem Cię wtedy w miejscu ociekającym spalonym cukrem – Nie przenosił wzroku na młodzieńca, jego widmowe eteryczne ciało w sennej malignie pozostawało nieruchome. Nienawidził śnić. Odkąd odkrył, że nie może więcej tylko patrzeć, nienawidził śnić. Dlaczego w ogóle śnił?
– To duchy. Tam nikogo już nie ma. Nie byłeś łowcą. Nie byłeś ofiarą. Ale nie byłeś też bohaterem tej opowieści, który pojawiłby się tutaj w odpowiednim momencie. – Odwrócił się sztywno od bolesnego widoku. Zmusił się, czując opór ciała, wzbierający w nim krzyk, szloch, błaganie rzeczywistości żeby była inna. Myślał, że tkał sieć, że jego wpływy sięgają wszędzie, a był to tylko kokon. Fałsz. Kłamstwo. Krok w bok, krok który miał odsunąć go od skowytu ech przeszłości był boleśnie przeciągnięty w czasie. Nie chciał tu być. Nie chciał tego słyszeć. Nie chciał czuć piachu wgryzającego się w oczy skryte czarnym kapturem. Nie chciał znów kompulsywnie ścierać farby ze swoich dłoni.
Krok za krokiem.
Przez muł. Przez opór nieistniejącej rzeczywistości zmuszającej go do przeżywania koszmaru, nieudolnego konfrontowania się z nim noc w noc…
W świecie łowów można było być tylko jednym z tych dwóch kategorii. Łowca i ofiara, drapieżnik i pożywienie, goniący i uciekający.
Ale oni stali. Trwali na spiżowej skale, pełniąc rolę, która nie była opisana w świecie brudu krwi. W świecie pełnych brzuchów i rozszarpanych trucheł.
– Możesz też patrzeć. Tak jak ja. Obserwować i dać przepływać emocji przez ciało, aby nie pozostała zapomniana. Możesz być Okiem, które chłonie potworność świata, ale nigdy nie angażuje się, gdy nie jest to potrzebne. – Anthony zamyślił się, unosząc dłoń, własną dłoń czarną czerwnością farby rozlanej na jego ciało w Spaloną Noc. Z jego perspektywy zniekształconej ułomnością daltonizmu, ta dłoń była spowita czernią, piętnem, tatuażem świadczącym o tym, że jest winny. Ani łowca. Ani ofiara. Obserwator.
– Pamiętam. Widziałem Cię wtedy w miejscu ociekającym spalonym cukrem – Nie przenosił wzroku na młodzieńca, jego widmowe eteryczne ciało w sennej malignie pozostawało nieruchome. Nienawidził śnić. Odkąd odkrył, że nie może więcej tylko patrzeć, nienawidził śnić. Dlaczego w ogóle śnił?
– To duchy. Tam nikogo już nie ma. Nie byłeś łowcą. Nie byłeś ofiarą. Ale nie byłeś też bohaterem tej opowieści, który pojawiłby się tutaj w odpowiednim momencie. – Odwrócił się sztywno od bolesnego widoku. Zmusił się, czując opór ciała, wzbierający w nim krzyk, szloch, błaganie rzeczywistości żeby była inna. Myślał, że tkał sieć, że jego wpływy sięgają wszędzie, a był to tylko kokon. Fałsz. Kłamstwo. Krok w bok, krok który miał odsunąć go od skowytu ech przeszłości był boleśnie przeciągnięty w czasie. Nie chciał tu być. Nie chciał tego słyszeć. Nie chciał czuć piachu wgryzającego się w oczy skryte czarnym kapturem. Nie chciał znów kompulsywnie ścierać farby ze swoich dłoni.
Krok za krokiem.
Przez muł. Przez opór nieistniejącej rzeczywistości zmuszającej go do przeżywania koszmaru, nieudolnego konfrontowania się z nim noc w noc…