28.06.2026, 17:31 ✶
Samuel nie znał tego lasu, ale trochę było tak, że jeśli dorastało się w lesie, to był to naturalny habitat dla istoty stojącej w rozkroku między tym co dzikie, a tym co cywilizowane. Na propozycję Septimy zgodził się z dwóch powodów. Po pierwsze poprosiła go o towarzystwo, a on nie potrafił odmówić pomocy. Po drugie wizyta w lesie zawsze była dla niego… wizytą w lesie. Przestrzenią, w której mógł odetchnąć, mógł w końcu wyprostować się i zacząć przemieszczać w sposób bardziej właściwy dla niego.
Warsztat był miejscem gdzie mógł jakkolwiek funkcjonować w mieście.
Las był jego domem, nie ważne, że nie był Knieją.
To oczywiście nie czyniło z niego króla konwersacji, ale przynajmniej jego zwykle ściągnięte czujnie brwi i dość nieszczęśliwa z jakichkolwiek napływających zapachów mina, teraz była rozluźniona i wystawiona na dogasające słońce i trwający w swoim tańcu wiatr.
Jej pokraczny chód nie uszedł mu uwagi, ale nie przeszkadzał mu ponad fakt, że musiał powstrzymać w sobie impuls przemiany w niedźwiedzia, aby oszczędzić jej konieczności chodzenia po nieregularnym leśnym poszyciu. Nie wiedział jednak na ile to wypada na ile nie, więc nie mówił nic. Zamiast tego wzruszył ramionami, gdy zaproponowała, że może ich poprowadzić i skinął głową na znak swojej zgody. Zdążył przez te dwa miesiące nauczyć się, że córka pana Ollivandera jest mocno terytorialnym stworzeniem, a on przecież nawet jeśli czasem pił z jej ojcem herbatę i widział w nim łagodność i szczerość własnego ojca tak… cóż, pozostawał obcym na obcym terenie.
Czego nie był w stanie powstrzymać, to tego, że zdjął swój własny, nagrzany minioną drogą skórzany płaszcz i narzucił jej na ramiona, owiewając ją zapachem sosnowej żywicy, herbacianego czaju i słodkiej woni futra. Pod spodem miał tylko flanelową, wypłowiałą biało-niebieską koszulę w kratę i grube robocze spodnie. Palcami przeczesał przydługie włosy, zimno zdawało się nie robić na niego najmniejszego wrażenia.
– Chciałem też zadbać o łuczywo na stos. Wiesz czy leży tu jakaś przewalona sosna? – postanowił się koniec końców odezwać i mimo, że był tym razem (w przeciwieństwie do warunków warsztatowych) wyprostowany, to wciąż unikał bezpośredniego kontaktu wzrokowego ze swoją towarzyszką.
Warsztat był miejscem gdzie mógł jakkolwiek funkcjonować w mieście.
Las był jego domem, nie ważne, że nie był Knieją.
To oczywiście nie czyniło z niego króla konwersacji, ale przynajmniej jego zwykle ściągnięte czujnie brwi i dość nieszczęśliwa z jakichkolwiek napływających zapachów mina, teraz była rozluźniona i wystawiona na dogasające słońce i trwający w swoim tańcu wiatr.
Jej pokraczny chód nie uszedł mu uwagi, ale nie przeszkadzał mu ponad fakt, że musiał powstrzymać w sobie impuls przemiany w niedźwiedzia, aby oszczędzić jej konieczności chodzenia po nieregularnym leśnym poszyciu. Nie wiedział jednak na ile to wypada na ile nie, więc nie mówił nic. Zamiast tego wzruszył ramionami, gdy zaproponowała, że może ich poprowadzić i skinął głową na znak swojej zgody. Zdążył przez te dwa miesiące nauczyć się, że córka pana Ollivandera jest mocno terytorialnym stworzeniem, a on przecież nawet jeśli czasem pił z jej ojcem herbatę i widział w nim łagodność i szczerość własnego ojca tak… cóż, pozostawał obcym na obcym terenie.
Czego nie był w stanie powstrzymać, to tego, że zdjął swój własny, nagrzany minioną drogą skórzany płaszcz i narzucił jej na ramiona, owiewając ją zapachem sosnowej żywicy, herbacianego czaju i słodkiej woni futra. Pod spodem miał tylko flanelową, wypłowiałą biało-niebieską koszulę w kratę i grube robocze spodnie. Palcami przeczesał przydługie włosy, zimno zdawało się nie robić na niego najmniejszego wrażenia.
– Chciałem też zadbać o łuczywo na stos. Wiesz czy leży tu jakaś przewalona sosna? – postanowił się koniec końców odezwać i mimo, że był tym razem (w przeciwieństwie do warunków warsztatowych) wyprostowany, to wciąż unikał bezpośredniego kontaktu wzrokowego ze swoją towarzyszką.