29.06.2026, 00:35 ✶
Helloise nie urodziła się w klatce. Nie urodziła się zakuta w kajdany ani skrępowana niewidzialną siecią. Nie uznawała siebie za więźnia rodziny. W dzieciństwie kary nie nauczyły jej widzieć przed nosem krat, które by wyrastały w lęku przed złamaniem zasady. Nauczyły tylko ceny, jaką będzie musiała za nieposłuszeństwo zapłacić. Każde przekroczenie miało przybitą stawkę: gradem spadało na Helloise niezadowolenie rodziców, znosiła kolejne dyscypliny, jedne za drugimi zamykały się przed nią drzwi. Po popełnieniu błędu, pożerała wstyd, jaki jej rodzina podała do przełknięcia. Po wypowiadaniu na głos nieprawomyślnych opinii, przyjmowała zasądzoną ilość karcących spojrzeń.
Nie myślała o sobie jako o zniewolonej. Wymieniała robienie rzeczy po swojemu za odpowiednie konsekwencje. Dom nie był jej klatką, a punktem orientacyjnym, wokół którego krążyła. Helloise bywała z domem, bywała obok niego, bywała wbrew niemu. Oddalała się, zbliżała, a pewnego dnia zupełnie wyrwała się Rowle’om z rąk, żeby posmakować tego innego świata, gdzie rzekomo ograniczeń było mniej. Wbiegła w nieznane z pędem nastoletniej ekscytacji, a potem ujrzała mnożące się przed nią przeszkody. Gdy wytraciła początkowy entuzjazm i się obróciła, aby spojrzeć za siebie, nie było nikogo. Pierwszy raz w życiu nie widziała domu. Czy to tak czują się osierocone dzieci? — myślała, uciekłszy od swojego życia.
Zawróciła. Nauczyła się wtedy, ile kosztuje bunt totalny. Bunt wymagał siły. Helloise nie wymagała już dziś buntu. Ustaliła dla siebie komfortowe warunki, a dom znów był jej stabilnym punktem orientacyjnym — z domem, obok domu, wbrew domowi.
Przewaga płynąca z przywileju nazwiska polegała na tym, że dopóki nie spaliła mostów, mogła w ramach kaprysu z dnia na dzień zmienić swoje życie. Mogła zawrócić, otworzyć drzwi, które się pozamykały, spróbować innej ze ścieżek. Nie zapracowała na naukę, którą otrzymała od ciotki na prośbę matki; nie zapracowała na chatę, którą po niej odziedziczyła.
Helloise pijała zioła z wyszczerbionego kubka, mimo że znała smak najlepszych win. Żyła jak żyła, bo takie było jej życzenie. Widziała dla siebie alternatywy i wierzyła, że w razie potrzeby mogłaby łatwo po nie sięgnąć.
Wszyscy zasiadający przy tym stole urodzili się szczęśliwie. Całe ich życia rozpoczęły się w przywileju z boskiego nadania. Z łaski Bogini ich udziałem była czysta krew, magia i walijskie włości dzielone ze smokami czy święty gaj w Dolinie.
Czasem kolejność tych łask pojmowano odwrotnie. Helloise roześmiała się szczerym, dobrodusznym rozbawieniem, gdy Mona zapytała przy stole o samopoczucie, a członkowie rodziny jeden przez drugiego jęli wymieniać, które to włości ocalały od ognia. Pierwszy raz od początku kolacji Helloise wyraziła coś więcej niż niemrawe zadowolenie.
— Jak widzisz, moja kochana, wszyscy są w doskonałych nastrojach, skoro myślą tylko o liczeniu nietkniętych działek. Grube skóry. — Uśmiechnęła się do Mony porozumiewawczo, jakby odbyła się między nimi dwoma rozmowa w obcym dla reszty języku. Może pozostali pominęli pytanie o uczucia przez nieuwagę, a może nikt tu nie chciał na to pytanie odpowiadać. — Ta noc to było wiele. Mam nadzieję, że nie wraca do ciebie za często, skoro i ty, i twoi goście mieliście gdzie się schronić. Wychodziłaś?
Sposób, w jaki rozwijał się temat sabatów, początkowo przyniósł Helloise satysfakcję. Przyjemnością było słuchać Heleny, gdy mówiła o swoich wrażeniach i skojarzeniach z Imbolc. Z uwagą też czarownica przyjęła wspomnienie Mony o Dniu Pamięci.
— Masz jeszcze swoje szkolne książki, żeby to odszukać? Sądzę, że wiem, o czym mówisz, ale ach, gdzie ja bym pamiętała tytuły i autorów obrazów — zwróciła się do Heleny. Zerknęła przelotnie na Seisylla, jakby liczyła, że ten odezwie się i zastąpi książkę. Brat był jej inspiracją; przy nim często podręczniki do historii okazywały się zbędne. Wystarczyło, że jej opowiadał. — Dzień Pamięci… — Tu jej uwaga przeniosła się ku Monie. — Przeżywanie smutku jest nieodłączną częścią ludzkiego doświadczenia. A Dzień Pamięci to i duma, i umocnienie poczucia tożsamości. I ciekawość. Co roku można z pamięci starszych powyciągać nowe historie rodzinne, jeśli tylko im zadasz odpowiednie pytania. To nasze zadanie: zadawać im odpowiednie pytania. — Nie tylko żywym. Helloise pół życia spędziła, zadając pytania dawno zmarłym przodkom drzemiącym w Kniei. Doskonale wiedziała, jak eksplorować skarbnicę generacyjnej wiedzy pozaszywanej w duszach drzew pradziadów. Umysły tych kilku najstarszych ciotek i wujów zasiadających z nimi także tego dnia przy stole były podobnymi archiwami rodowych anegdot i mądrości czekających jedynie na to właściwe pytanie, które je powyciąga na wierzch.
Wtem wśród rozmów świątecznych, które popłynęły tak gładko, pojawił się zgrzyt. Cynthia wprowadziła dysharmonię, która wybiła Helloise z rytmu. Spojrzenie kobiety, krążące do tej pory swobodnie między rozmówcami, spoczęło na Flintównie.
— Naiwna magia — posmakowała z rozmysłem na języku tego zbitka słów, jakby pierwszy raz miała z nim do czynienia i niezwykle ją zadziwił. — Mówisz o świętowaniu w bardzo smutny sposób — zauważyła, szukając dla swojego głosu miękkości, lecz nie każdy ton trafiał tam, gdzie powinien, zdradzając zaczątki niezadowolenia czarownicy. — Obyś, tak jak mówisz, znalazła swój sposób na pełne przeżywanie sabatów. Sabaty nie powstały wyłącznie dla dziecięcej uciechy. Ustanowiono je, aby czcić cykl roku. To czas, żeby zwrócić szczególną uwagę na swoją relację z bogami, którym je zawdzięczamy, a przez to również relację z Naturą i z ludźmi. Pięknie mówiła przed chwilą Helena o tym, jak w sobie można przeżyć sabat. — Skinęła z uznaniem głową bratanicy. — Łatwo to stracić z oczu, spędzając wiele czasu w Ministerstwie. Ludzie tam, odcięci od natury, są wyjątkowo narażeni na mugolskie mody. — Helloise nie wyobrażała sobie, aby zobojętnienie wobec świąt powiązanych z cyklami przyrody mogło mieć inne źródło niż zatruwające umysły ignoranckie idee przyniesione ze świata mugoli. — Im zależy, żeby nas oddalić od świętości i wypłaszczyć nasze tradycje. Pozbawić rzeczy znaczeń. Sprowadzić nas do swojego poziomu. Warto zdawać sobie z tego sprawę i nie ulegać im — zakończyła wymownie ostrzeżenie.
Nie myślała o sobie jako o zniewolonej. Wymieniała robienie rzeczy po swojemu za odpowiednie konsekwencje. Dom nie był jej klatką, a punktem orientacyjnym, wokół którego krążyła. Helloise bywała z domem, bywała obok niego, bywała wbrew niemu. Oddalała się, zbliżała, a pewnego dnia zupełnie wyrwała się Rowle’om z rąk, żeby posmakować tego innego świata, gdzie rzekomo ograniczeń było mniej. Wbiegła w nieznane z pędem nastoletniej ekscytacji, a potem ujrzała mnożące się przed nią przeszkody. Gdy wytraciła początkowy entuzjazm i się obróciła, aby spojrzeć za siebie, nie było nikogo. Pierwszy raz w życiu nie widziała domu. Czy to tak czują się osierocone dzieci? — myślała, uciekłszy od swojego życia.
Zawróciła. Nauczyła się wtedy, ile kosztuje bunt totalny. Bunt wymagał siły. Helloise nie wymagała już dziś buntu. Ustaliła dla siebie komfortowe warunki, a dom znów był jej stabilnym punktem orientacyjnym — z domem, obok domu, wbrew domowi.
Przewaga płynąca z przywileju nazwiska polegała na tym, że dopóki nie spaliła mostów, mogła w ramach kaprysu z dnia na dzień zmienić swoje życie. Mogła zawrócić, otworzyć drzwi, które się pozamykały, spróbować innej ze ścieżek. Nie zapracowała na naukę, którą otrzymała od ciotki na prośbę matki; nie zapracowała na chatę, którą po niej odziedziczyła.
Helloise pijała zioła z wyszczerbionego kubka, mimo że znała smak najlepszych win. Żyła jak żyła, bo takie było jej życzenie. Widziała dla siebie alternatywy i wierzyła, że w razie potrzeby mogłaby łatwo po nie sięgnąć.
Wszyscy zasiadający przy tym stole urodzili się szczęśliwie. Całe ich życia rozpoczęły się w przywileju z boskiego nadania. Z łaski Bogini ich udziałem była czysta krew, magia i walijskie włości dzielone ze smokami czy święty gaj w Dolinie.
Czasem kolejność tych łask pojmowano odwrotnie. Helloise roześmiała się szczerym, dobrodusznym rozbawieniem, gdy Mona zapytała przy stole o samopoczucie, a członkowie rodziny jeden przez drugiego jęli wymieniać, które to włości ocalały od ognia. Pierwszy raz od początku kolacji Helloise wyraziła coś więcej niż niemrawe zadowolenie.
— Jak widzisz, moja kochana, wszyscy są w doskonałych nastrojach, skoro myślą tylko o liczeniu nietkniętych działek. Grube skóry. — Uśmiechnęła się do Mony porozumiewawczo, jakby odbyła się między nimi dwoma rozmowa w obcym dla reszty języku. Może pozostali pominęli pytanie o uczucia przez nieuwagę, a może nikt tu nie chciał na to pytanie odpowiadać. — Ta noc to było wiele. Mam nadzieję, że nie wraca do ciebie za często, skoro i ty, i twoi goście mieliście gdzie się schronić. Wychodziłaś?
Sposób, w jaki rozwijał się temat sabatów, początkowo przyniósł Helloise satysfakcję. Przyjemnością było słuchać Heleny, gdy mówiła o swoich wrażeniach i skojarzeniach z Imbolc. Z uwagą też czarownica przyjęła wspomnienie Mony o Dniu Pamięci.
— Masz jeszcze swoje szkolne książki, żeby to odszukać? Sądzę, że wiem, o czym mówisz, ale ach, gdzie ja bym pamiętała tytuły i autorów obrazów — zwróciła się do Heleny. Zerknęła przelotnie na Seisylla, jakby liczyła, że ten odezwie się i zastąpi książkę. Brat był jej inspiracją; przy nim często podręczniki do historii okazywały się zbędne. Wystarczyło, że jej opowiadał. — Dzień Pamięci… — Tu jej uwaga przeniosła się ku Monie. — Przeżywanie smutku jest nieodłączną częścią ludzkiego doświadczenia. A Dzień Pamięci to i duma, i umocnienie poczucia tożsamości. I ciekawość. Co roku można z pamięci starszych powyciągać nowe historie rodzinne, jeśli tylko im zadasz odpowiednie pytania. To nasze zadanie: zadawać im odpowiednie pytania. — Nie tylko żywym. Helloise pół życia spędziła, zadając pytania dawno zmarłym przodkom drzemiącym w Kniei. Doskonale wiedziała, jak eksplorować skarbnicę generacyjnej wiedzy pozaszywanej w duszach drzew pradziadów. Umysły tych kilku najstarszych ciotek i wujów zasiadających z nimi także tego dnia przy stole były podobnymi archiwami rodowych anegdot i mądrości czekających jedynie na to właściwe pytanie, które je powyciąga na wierzch.
Wtem wśród rozmów świątecznych, które popłynęły tak gładko, pojawił się zgrzyt. Cynthia wprowadziła dysharmonię, która wybiła Helloise z rytmu. Spojrzenie kobiety, krążące do tej pory swobodnie między rozmówcami, spoczęło na Flintównie.
— Naiwna magia — posmakowała z rozmysłem na języku tego zbitka słów, jakby pierwszy raz miała z nim do czynienia i niezwykle ją zadziwił. — Mówisz o świętowaniu w bardzo smutny sposób — zauważyła, szukając dla swojego głosu miękkości, lecz nie każdy ton trafiał tam, gdzie powinien, zdradzając zaczątki niezadowolenia czarownicy. — Obyś, tak jak mówisz, znalazła swój sposób na pełne przeżywanie sabatów. Sabaty nie powstały wyłącznie dla dziecięcej uciechy. Ustanowiono je, aby czcić cykl roku. To czas, żeby zwrócić szczególną uwagę na swoją relację z bogami, którym je zawdzięczamy, a przez to również relację z Naturą i z ludźmi. Pięknie mówiła przed chwilą Helena o tym, jak w sobie można przeżyć sabat. — Skinęła z uznaniem głową bratanicy. — Łatwo to stracić z oczu, spędzając wiele czasu w Ministerstwie. Ludzie tam, odcięci od natury, są wyjątkowo narażeni na mugolskie mody. — Helloise nie wyobrażała sobie, aby zobojętnienie wobec świąt powiązanych z cyklami przyrody mogło mieć inne źródło niż zatruwające umysły ignoranckie idee przyniesione ze świata mugoli. — Im zależy, żeby nas oddalić od świętości i wypłaszczyć nasze tradycje. Pozbawić rzeczy znaczeń. Sprowadzić nas do swojego poziomu. Warto zdawać sobie z tego sprawę i nie ulegać im — zakończyła wymownie ostrzeżenie.
dotknij trawy