29.06.2026, 13:33 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.07.2026, 20:52 przez Anthony Shafiq.)
Zwykle było działać elegancko.
Czasem trzeba było działać możliwie szybko.
Niewidzialna karoca dysponująca całkiem widzialnymi dla obojga czarodziejów testralami była do dyspozycji Shafiqa i jego partnerki. Anthony i tak chciał opuścić to miejsce, nie mając najmniejszej przyjemności w szaradzie maskowej, tym bardziej, że osiągnął swój cel. Znaleźli eliksir. A panna Burke okazała się być utkana z najznamienitszego materiału, w którym ciekawość i odwaga był mocniejszą nicią niż obrzydzenie.
Powrócił do pary w ogrodzie i pożegnał się w kilku słowach z Jonathanem, jakby mieli się widzieć dopiero za kilka dni w biurze, a nie za godzinę dwie w mieszkaniu młodszego czarodzieja. Przyjemność musiała być jeszcze odroczona tymbardziej, że Shafiq na wyciągnięcie dłoni miał też inny owoc do degustacji. Tajemnicę.
Zatem byli już w magicznej karocy, wyborna sprawa i możliwość skupienia się na rozmówczynie. Dostępne zakorkowane wino musujące było tym co Anthony wybrał na przepłukanie wrażliwych kubeczków smakowych podając kryształowy kieliszek tak sobie jak i jej. Jego maska księżycowa leżała obok, maska w niej zawarta skutecznie zmazała makijaż uzupełniający przebranie. Mogli rozmawiać. Swobodnie. W miarę swobodnie.
– Muszę przyznać, że przeszła pani moje najśmielsze oczekiwania. Współpraca przed laty z pani ojcem była przyjemnością, ale jest we mnie przekonanie, że nie tylko odziedziczony talent ale i wielkie przymioty charakteru czynią z pani wybitną osobę w swojej dziedzinie. – Zaczął miękko, przypatrując jej się z troską ale i nieukrywanym szacunkiem. – Tajemnica tych róż… niepokoi wiele osób, a mam dziwne przekonanie graniczące z pewnością, że jest pani obecnie bliżej jej rozwiązania niż ktokolwiek mi znany. – Czuć, nie oznaczało co prawda wiedzieć, a sekrety powinny być tak drogocenne to niebezpieczne. – Proszę się nie niepokoić, w posiadłości wiadomym jest, że otrzymałem niezwykle pilne wezwanie do Ministerstwa w sprawie ładunku Kambodżańskiego, przy którym potrzebowałem pani ekspertyzy. Jakże jest to bliskie prawdy, skoro rzeczywiście pani wiedza i ocena sytuacji stanowi dla mnie przedmiot zainteresowania, choć niekoniecznie w sprawach zagranicznych, a całkiem lokalnych… – wyłożył przed nią ofertę, w mało dyskretny sposób, wciąż jednak czas był kluczowy, a zaraz, za moment mogli się rozejść i nie mieć w najbliższym czasie okazji do rozmowy. Do tak bezpośredniej rozmowy. Podaj swoją cenę - to byłoby tak bardzo nieeleganckie, wypowiedzieć te słowa brutalnie na głos. Ale i tak zawieszał je, niewidzialny niczym uchodzące z trunku bombelki, w samym szampańskim aromacie interesów robionych o zmierzchu, na zetknięciu dwóch światów.
Czasem trzeba było działać możliwie szybko.
Niewidzialna karoca dysponująca całkiem widzialnymi dla obojga czarodziejów testralami była do dyspozycji Shafiqa i jego partnerki. Anthony i tak chciał opuścić to miejsce, nie mając najmniejszej przyjemności w szaradzie maskowej, tym bardziej, że osiągnął swój cel. Znaleźli eliksir. A panna Burke okazała się być utkana z najznamienitszego materiału, w którym ciekawość i odwaga był mocniejszą nicią niż obrzydzenie.
Powrócił do pary w ogrodzie i pożegnał się w kilku słowach z Jonathanem, jakby mieli się widzieć dopiero za kilka dni w biurze, a nie za godzinę dwie w mieszkaniu młodszego czarodzieja. Przyjemność musiała być jeszcze odroczona tymbardziej, że Shafiq na wyciągnięcie dłoni miał też inny owoc do degustacji. Tajemnicę.
Zatem byli już w magicznej karocy, wyborna sprawa i możliwość skupienia się na rozmówczynie. Dostępne zakorkowane wino musujące było tym co Anthony wybrał na przepłukanie wrażliwych kubeczków smakowych podając kryształowy kieliszek tak sobie jak i jej. Jego maska księżycowa leżała obok, maska w niej zawarta skutecznie zmazała makijaż uzupełniający przebranie. Mogli rozmawiać. Swobodnie. W miarę swobodnie.
– Muszę przyznać, że przeszła pani moje najśmielsze oczekiwania. Współpraca przed laty z pani ojcem była przyjemnością, ale jest we mnie przekonanie, że nie tylko odziedziczony talent ale i wielkie przymioty charakteru czynią z pani wybitną osobę w swojej dziedzinie. – Zaczął miękko, przypatrując jej się z troską ale i nieukrywanym szacunkiem. – Tajemnica tych róż… niepokoi wiele osób, a mam dziwne przekonanie graniczące z pewnością, że jest pani obecnie bliżej jej rozwiązania niż ktokolwiek mi znany. – Czuć, nie oznaczało co prawda wiedzieć, a sekrety powinny być tak drogocenne to niebezpieczne. – Proszę się nie niepokoić, w posiadłości wiadomym jest, że otrzymałem niezwykle pilne wezwanie do Ministerstwa w sprawie ładunku Kambodżańskiego, przy którym potrzebowałem pani ekspertyzy. Jakże jest to bliskie prawdy, skoro rzeczywiście pani wiedza i ocena sytuacji stanowi dla mnie przedmiot zainteresowania, choć niekoniecznie w sprawach zagranicznych, a całkiem lokalnych… – wyłożył przed nią ofertę, w mało dyskretny sposób, wciąż jednak czas był kluczowy, a zaraz, za moment mogli się rozejść i nie mieć w najbliższym czasie okazji do rozmowy. Do tak bezpośredniej rozmowy. Podaj swoją cenę - to byłoby tak bardzo nieeleganckie, wypowiedzieć te słowa brutalnie na głos. Ale i tak zawieszał je, niewidzialny niczym uchodzące z trunku bombelki, w samym szampańskim aromacie interesów robionych o zmierzchu, na zetknięciu dwóch światów.