29.06.2026, 20:30 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 29.06.2026, 20:30 przez Keyleth Nico Yako.)
Keyleth szykowała się na swój pierwszy sabat prawdziwy od tygodnia. Potajemnie gdy kończyła zmianę, zaszywała się w swoim małym pokoiku z śpiącym jej w nogach różowym pufkiem księciem Wilburgiem (robocze imię) i studiowała swój stary wysłużony podręcznik do języka angielskiego w którym miała poczynione notatki na marginesach co na Mabon było niezbędne. Girlandy z suszonych owoców? Są. Wianki na drzwi plecione z gałązek, zbóż, jarzębiny, mchu, suszonych kwiatów i liści? Są. Stroiki z kory na świeczki, których w tym roku nie ma? Są. Ładne dynie? Kupione za pierwszą wypłatę pyszniły się na karykaturalnych stroikach uczynionych przez bezguście i beztalencie rzemieślnicze, Keyleth jednak bardzo zależało na tym, aby jej wkład był w miejscu, które coraz rzadziej nazywała tymczasowym schronieniem, a coraz częściej w skrytości serca nazywała domem.
Zaliczyły wcześniej z Asenką obchód po kiermaszu i złożyły w darze tutejszej bogini księżyca dar. A teraz czas był na świąteczną kolację w której też pomagała - zmywanie naczyń szło jej już całkiem nieźle, podobnie jak obieranie warzyw tak żeby Lewis nie wymawiał jej, że marnuje jedzenie obierając zbyt kanciasto.
Zajęła miejsce w okolicy blachy z szarlotką, bo głodomorem była strasznym, ale wypieki Lewisa zajmowały szczególne miejsce w jej serduszku. Na okoliczność uroczystej kolacji wyprostowała sobie mocą metamorfomagii włosy, głównie po to aby spiąć je w wysoki kok. Każdy jej ruch dłonią podzwaniał drewnianymi i szklanymi amuletami, które przypominały jej o zmarłej matce. Zależało jej, żeby duch szamanki towarzyszył im w tej uczcie, nawet jeśli co rusz lokalni egzorcyści zarzekali się, że chociaż jeden z trinketów powinien być miniaturowym słoiczkiem, żeby tego ducha matki pomieścić.
Miała też na sobie odświętną cytrynową sukienkę kupioną za pierwszą wypłatę z przyszytymi przez siebie koralikowymi kwiatuszkami wokół kołnierzyka. Pasowała co prawda bardziej do Niko (na pewno do którejś z wersji swojego uniwersalnego kamuflażu), ale teraz nie wyobrażała sobie, by na tę uroczystość przyjść w czymkolwiek innym.
Pokręciła przecząco głową na pytanie Woody'ego, gdy jej usta wypełnione były śliną i zniecierpliwieniem. Trzymała się jednak całkiem dzielnie, czekając aż ktokolwiek inny zacznie jeść. Całkiem możliwe, że była jakaś określona, rytualna kolejność spożywania potraw i siadanie przy jabłeczniku nie było zbyt najmądrzejsze? Wszystko jednak co stało przed nimi stworzone rękami Lewisa było ucztą królów. Nie rozumiałaby, czemu miałaby kłamać, skoro aromat mięsiwa i hektolitrów masła mieszał się z wonią przypraw i korzennych zapachów wtłaczanych w zwykle nie tak czyste miejsce, jakim był Rejwach.
Zaliczyły wcześniej z Asenką obchód po kiermaszu i złożyły w darze tutejszej bogini księżyca dar. A teraz czas był na świąteczną kolację w której też pomagała - zmywanie naczyń szło jej już całkiem nieźle, podobnie jak obieranie warzyw tak żeby Lewis nie wymawiał jej, że marnuje jedzenie obierając zbyt kanciasto.
Zajęła miejsce w okolicy blachy z szarlotką, bo głodomorem była strasznym, ale wypieki Lewisa zajmowały szczególne miejsce w jej serduszku. Na okoliczność uroczystej kolacji wyprostowała sobie mocą metamorfomagii włosy, głównie po to aby spiąć je w wysoki kok. Każdy jej ruch dłonią podzwaniał drewnianymi i szklanymi amuletami, które przypominały jej o zmarłej matce. Zależało jej, żeby duch szamanki towarzyszył im w tej uczcie, nawet jeśli co rusz lokalni egzorcyści zarzekali się, że chociaż jeden z trinketów powinien być miniaturowym słoiczkiem, żeby tego ducha matki pomieścić.
Miała też na sobie odświętną cytrynową sukienkę kupioną za pierwszą wypłatę z przyszytymi przez siebie koralikowymi kwiatuszkami wokół kołnierzyka. Pasowała co prawda bardziej do Niko (na pewno do którejś z wersji swojego uniwersalnego kamuflażu), ale teraz nie wyobrażała sobie, by na tę uroczystość przyjść w czymkolwiek innym.
Pokręciła przecząco głową na pytanie Woody'ego, gdy jej usta wypełnione były śliną i zniecierpliwieniem. Trzymała się jednak całkiem dzielnie, czekając aż ktokolwiek inny zacznie jeść. Całkiem możliwe, że była jakaś określona, rytualna kolejność spożywania potraw i siadanie przy jabłeczniku nie było zbyt najmądrzejsze? Wszystko jednak co stało przed nimi stworzone rękami Lewisa było ucztą królów. Nie rozumiałaby, czemu miałaby kłamać, skoro aromat mięsiwa i hektolitrów masła mieszał się z wonią przypraw i korzennych zapachów wtłaczanych w zwykle nie tak czyste miejsce, jakim był Rejwach.