01.07.2026, 15:00 ✶
Na to zapewnienie Flinty uśmiechnął się szerzej, obnażając odrobinę linię krzywych, lecz białych i zadbanych zębów. Ktoś inny mógłby pewnie z tą miną prezentować się upiornie, on jednak wzbraniał się przed wszelkimi złymi skojarzeniami. Mógłby skwitować to jakimiś błyskotliwymi słowami, ale wyjątkowo dla siebie wybrał ciszę – nie wydawało mu się bowiem, aby sytuacja wymagała czegokolwiek więcej. Czasami przecież szczytem charyzmy była wiedza o tym, kiedy należało wstrzymywać się od odpowiedzi.
– Nie ma we mnie, Delyro, nic co wykraczałoby poza prawa natury. Powiedziałbym raczej, że jestem jej siłą ubraną w cielesną powłokę, aby stać się jej sługą, ale ludzie wody mają to do siebie, że są psotni jak ona sama.
Mrugnąłby do niej zapewne, gdyby nie to, że ich nogi poniosły ku wyjściu z tegoż miejsca.
On sam nie podniósł w górę różdżki, nie zakasał też rękawów. Coś w jego postawie zmieniło się jednak – na piękną twarz spłynęło skupienie – zrobił się czujniejszy, zginał nieco nogi w kolanach, jakby chciał ruszyć szybciej. Ale czego dokładnie się bał? Nikogo tu nie torturowano, ani nie obdzierano go ze skóry. Prawdę mówiąc, na jego niezbyt wnikliwe oko ulica na którą wyszli prezentowała się całkiem zwyczajnie. Jedynie te przedziwna rzecz sypiąca się z nieba odbiegała od normalności. Jego miłość do przyrody nie skojarzyła go od razu ze strzępkami popalonego papieru, lecz z płatkami kwiatów lub pyłem drzew. Zwłaszcza, że kiedy wyciągnął rękę do przodu aby złapać tenże popiół pomiędzy swoje palce, nie poczuł gorąca.
– Coś… na pewno się dzieje, ale…
Ale co? Wydawał się bardzo zmieszany, bo mu myśli biegały niespokojnie od dystansu do sytuacji w Anglii jakiej nabrał na morzu (z którego dopiero co wrócił!), a tym co opowiadała mu o tym wszystkim Victoria. Wzbierający się w nim lęk smakował… gorzko.
– Pan… przepraszam, Delyro, tutaj – pokierował ją na bok. Wciąż był piękny, ale stres wyraźnie mu nie służył. Niesforne kosmyki włosów przykleiły mu się do twarzy, kiedy zrywający się wiatr zaczął karmić płomienie otulające Pokątną. – Ta łuna – wskazał ją skinieniem głowy – to łuna od ognia…? To by znaczyło, że Westminster płonie. Ja… – tym razem od przełknął ślinę, ale w o wiele mniej elegancki sposób – jeśli nie potrzebuje pani pomocy, to ten moment, w którym się rozstajemy. – Nie powiedział dlaczego, ale w jego głowie zadudniło jedno imię: Abigail!
@Delyra Dolohov
– Nie ma we mnie, Delyro, nic co wykraczałoby poza prawa natury. Powiedziałbym raczej, że jestem jej siłą ubraną w cielesną powłokę, aby stać się jej sługą, ale ludzie wody mają to do siebie, że są psotni jak ona sama.
Mrugnąłby do niej zapewne, gdyby nie to, że ich nogi poniosły ku wyjściu z tegoż miejsca.
On sam nie podniósł w górę różdżki, nie zakasał też rękawów. Coś w jego postawie zmieniło się jednak – na piękną twarz spłynęło skupienie – zrobił się czujniejszy, zginał nieco nogi w kolanach, jakby chciał ruszyć szybciej. Ale czego dokładnie się bał? Nikogo tu nie torturowano, ani nie obdzierano go ze skóry. Prawdę mówiąc, na jego niezbyt wnikliwe oko ulica na którą wyszli prezentowała się całkiem zwyczajnie. Jedynie te przedziwna rzecz sypiąca się z nieba odbiegała od normalności. Jego miłość do przyrody nie skojarzyła go od razu ze strzępkami popalonego papieru, lecz z płatkami kwiatów lub pyłem drzew. Zwłaszcza, że kiedy wyciągnął rękę do przodu aby złapać tenże popiół pomiędzy swoje palce, nie poczuł gorąca.
– Coś… na pewno się dzieje, ale…
Ale co? Wydawał się bardzo zmieszany, bo mu myśli biegały niespokojnie od dystansu do sytuacji w Anglii jakiej nabrał na morzu (z którego dopiero co wrócił!), a tym co opowiadała mu o tym wszystkim Victoria. Wzbierający się w nim lęk smakował… gorzko.
– Pan… przepraszam, Delyro, tutaj – pokierował ją na bok. Wciąż był piękny, ale stres wyraźnie mu nie służył. Niesforne kosmyki włosów przykleiły mu się do twarzy, kiedy zrywający się wiatr zaczął karmić płomienie otulające Pokątną. – Ta łuna – wskazał ją skinieniem głowy – to łuna od ognia…? To by znaczyło, że Westminster płonie. Ja… – tym razem od przełknął ślinę, ale w o wiele mniej elegancki sposób – jeśli nie potrzebuje pani pomocy, to ten moment, w którym się rozstajemy. – Nie powiedział dlaczego, ale w jego głowie zadudniło jedno imię: Abigail!
@Delyra Dolohov
Matka nadała mi takie imię,
żeby poprawnie wymawiały je tylko drzewa i wiatr
żeby poprawnie wymawiały je tylko drzewa i wiatr