02.07.2026, 11:44 ✶
— Słusznie las uczy pokory. Jeśli ktoś tej lekcji nie dostrzega, to niedostatecznie uważnie patrzy. Żadne dzieło człowieka nie jest równie doskonale zaprojektowane, jak doskonale zaprojektowana jest natura.
Im więcej człowiek dowiadywał się o przebiegających w lasach procesach, tym więcej zachwytów się w nim rodziło. Nic się w dzikiej przyrodzie nie marnowało. Las wprawiał w ruch złożony mechanizm pomagających sobie, jak i żerujących jedne na drugich roślin i zwierząt. Choćby i ze śmierci jednych istot drugie potrafiły uczynić sobie pożytek. Trudno było usunąć coś z tego równania bez uczynienia szkody dla całego systemu — dlatego tak martwiły Helloise widma. Natura była jednakże przebogata w życie i każdą wyrwę potrafiła uzupełnić — dlatego wiedźma wciąż nie utraciła nadziei.
— Pokory — powtórzyła rozbawiona, gdy Ceolsige przyrównała ją do Bogini. Choć był to komplement, który przyjemnie dotykał ego, Helloise nie zamierzała zachęcać do świętokradztwa. Pokora nie była cnotą, którą łatwo byłoby czarownicy przypisać, lecz miała ją wobec dwóch świętości: Bogów i Natury. — Naszą ludzką dolą jest dążyć do boskiego ideału i nigdy go nie osiągnąć. Najwyższą godnością dla mnie będzie zgromadzenie jak największej wiedzy za życia, aby ją po śmierci ofiarować Kniei, gdy wreszcie zasnę wśród drzew — wyłożyła łagodnie, mimo że odczytała żartobliwy ton Burke. Wciąż: to, co powiedziała Ceolsige, było niezwykle miłym komplementem, którego nie mogła nie docenić. — W obu nas płonie iskierka boskości: magia. Cieszy mnie, że moja błyszczy na tyle czysto, że zwróciła twoją uwagę.
Przygnębiająca była czarna polana, na którą zawędrowały. Las jesienią zasypiał, wiosną budził się; to miejsce zaś zawsze było martwe. Helloise puściła rękę Ceo i pierwsze kilka chwil poświęciła rozejrzeniu się dookoła. Nie patrzyła po polu bitwy, lecz po drzewach je okalających. Choć ochronna aura tajemnych run i tu czarownic nie opuściła, świadoma część umysłu Helloise wciąż przypominała o widmach mogących w każdej chwili wyłonić się spomiędzy drzew.
Nic nie nadchodziło. Nad polaną zalegała cmentarna cisza, bezruch i smolisty odór czarnej magii. Tutejsza ziemia wciąż pamiętała, jak zarumieniła się pociekłą po niej dymiącą krwią skażoną czarnomagicznym przekleństwem. Wiedźma nie nazwałaby tego miejsca zachwycającym, a jednak i tu potrafiła odnaleźć spokój. Czarna magia zdawała się ostatnio oklejać kobietę z każdej strony: dłonie czarnoksiężników, śmierciożercze szaty dla niej przeznaczone, korowód klątw przetaczający się przez jej chatę. Na polu dawnej bitwy czuła się więc nie mniej swobodnie jak w pozostałej części lasu.
Rozejrzawszy się wystarczająco, przyklękła przy krawędzi polany, na granicy między zasypiającym lasem a martwym polem. Słuchając Ceolsige, bezwiednie przesypywała w dłoniach suche liście, drążyła palcami ściółkę, jakby chciała rozerwać tkanki ziemi i dostać się do jej wnętrza. Las domagał się intensywnie jej uwagi.
— Zwyczaj irytujący dla tych, co szukają prawdy, nie opowieści — zauważyła w roztargnieniu. Dla niej bowiem wszystko jedno było, czy ta akurat legenda mówiła prawdę, czy fałszowała historię. — Jestem pewna, że i tu jest życie. Pytanie, jak głęboko w ziemi. — W małym dołku, który wykopała, odkryła dżdżownicę. Patrzyła chwilę na wijące się robactwo, po czym zmusiła się do skupienia myśli na kwestiach praktycznych: — Skoro przyszłaś tu z tą wiedzą, zapewne masz jakieś narzędzia? Rozpięcie kilku linii pomocniczych powinno wskazać środek. Przybliżony — powiedziała cicho. Helloise wstała, spuszczając ręce swobodnie wzdłuż ciała. Jej palce pracowały jednak wciąż, wyskrobując ziemię spod paznokci.
Im więcej człowiek dowiadywał się o przebiegających w lasach procesach, tym więcej zachwytów się w nim rodziło. Nic się w dzikiej przyrodzie nie marnowało. Las wprawiał w ruch złożony mechanizm pomagających sobie, jak i żerujących jedne na drugich roślin i zwierząt. Choćby i ze śmierci jednych istot drugie potrafiły uczynić sobie pożytek. Trudno było usunąć coś z tego równania bez uczynienia szkody dla całego systemu — dlatego tak martwiły Helloise widma. Natura była jednakże przebogata w życie i każdą wyrwę potrafiła uzupełnić — dlatego wiedźma wciąż nie utraciła nadziei.
— Pokory — powtórzyła rozbawiona, gdy Ceolsige przyrównała ją do Bogini. Choć był to komplement, który przyjemnie dotykał ego, Helloise nie zamierzała zachęcać do świętokradztwa. Pokora nie była cnotą, którą łatwo byłoby czarownicy przypisać, lecz miała ją wobec dwóch świętości: Bogów i Natury. — Naszą ludzką dolą jest dążyć do boskiego ideału i nigdy go nie osiągnąć. Najwyższą godnością dla mnie będzie zgromadzenie jak największej wiedzy za życia, aby ją po śmierci ofiarować Kniei, gdy wreszcie zasnę wśród drzew — wyłożyła łagodnie, mimo że odczytała żartobliwy ton Burke. Wciąż: to, co powiedziała Ceolsige, było niezwykle miłym komplementem, którego nie mogła nie docenić. — W obu nas płonie iskierka boskości: magia. Cieszy mnie, że moja błyszczy na tyle czysto, że zwróciła twoją uwagę.
Przygnębiająca była czarna polana, na którą zawędrowały. Las jesienią zasypiał, wiosną budził się; to miejsce zaś zawsze było martwe. Helloise puściła rękę Ceo i pierwsze kilka chwil poświęciła rozejrzeniu się dookoła. Nie patrzyła po polu bitwy, lecz po drzewach je okalających. Choć ochronna aura tajemnych run i tu czarownic nie opuściła, świadoma część umysłu Helloise wciąż przypominała o widmach mogących w każdej chwili wyłonić się spomiędzy drzew.
Nic nie nadchodziło. Nad polaną zalegała cmentarna cisza, bezruch i smolisty odór czarnej magii. Tutejsza ziemia wciąż pamiętała, jak zarumieniła się pociekłą po niej dymiącą krwią skażoną czarnomagicznym przekleństwem. Wiedźma nie nazwałaby tego miejsca zachwycającym, a jednak i tu potrafiła odnaleźć spokój. Czarna magia zdawała się ostatnio oklejać kobietę z każdej strony: dłonie czarnoksiężników, śmierciożercze szaty dla niej przeznaczone, korowód klątw przetaczający się przez jej chatę. Na polu dawnej bitwy czuła się więc nie mniej swobodnie jak w pozostałej części lasu.
Rozejrzawszy się wystarczająco, przyklękła przy krawędzi polany, na granicy między zasypiającym lasem a martwym polem. Słuchając Ceolsige, bezwiednie przesypywała w dłoniach suche liście, drążyła palcami ściółkę, jakby chciała rozerwać tkanki ziemi i dostać się do jej wnętrza. Las domagał się intensywnie jej uwagi.
— Zwyczaj irytujący dla tych, co szukają prawdy, nie opowieści — zauważyła w roztargnieniu. Dla niej bowiem wszystko jedno było, czy ta akurat legenda mówiła prawdę, czy fałszowała historię. — Jestem pewna, że i tu jest życie. Pytanie, jak głęboko w ziemi. — W małym dołku, który wykopała, odkryła dżdżownicę. Patrzyła chwilę na wijące się robactwo, po czym zmusiła się do skupienia myśli na kwestiach praktycznych: — Skoro przyszłaś tu z tą wiedzą, zapewne masz jakieś narzędzia? Rozpięcie kilku linii pomocniczych powinno wskazać środek. Przybliżony — powiedziała cicho. Helloise wstała, spuszczając ręce swobodnie wzdłuż ciała. Jej palce pracowały jednak wciąż, wyskrobując ziemię spod paznokci.
dotknij trawy