Już od wczesnego popołudnia Leo kręcił się po kuchni Avery Hall, pomagając przy przygotowaniach do rodzinnej kolacji. Równie dobrze mógł zostawić wszystko skrzatom i pojawić się dopiero wtedy, kiedy należało zasiąść przy stole, ale nigdy nie szedł na łatwiznę. Uważał, że obchodzenie świąt ku czci Matki ma sens wyłącznie wtedy, gdy w trakcie ich trwania człowiek sam poświęci swój czas i wysiłek, żeby się do nich przygotować. Dlatego każdego roku dekorował dom i własnoręcznie przyrządzał przynajmniej część potraw. Nie wyobrażał sobie, żeby świętowanie sprowadzało się u niego do założenia eleganckiej szaty i napełnieniu brzucha.
Myśl o tych wszystkich czarodziejach, którzy przypominali sobie o wierze wyłącznie przy okazji sabatów, od dawna budziła w nim niechęć. Potrafili głośno mówić o przywiązaniu do tradycji, zamawiać najdroższe dary u rzemieślników i z dumą składać je na ołtarzu, jakby kilka ciężkich sakiewek galeonów mogło zastąpić własne ręce i szczere intencje. Uważał ich za ludzi pustych, próbujących oszukać nie tylko innych, ale przede wszystkim samych siebie. Był przekonany, że za swoje zachowanie poniosą kiedyś konsekwencje. Nie życzył im nędzy ani cierpienia. Wystarczyłoby mu, gdyby Matka po prostu odwróciła od nich wzrok i pozwoliła, by sami przekonali się, jak wygląda życie pozbawione jej przychylności.
Było w tym wszystkim oczywiście trochę hipokryzji, choć Leo nigdy nie patrzył na to w ten sposób. Nie uważał przecież, żw jego rodzinie czy najbliższym przyjaciołom należała się niełaska. Wręcz przeciwnie! Był przekonany, że Averych od pokoleń łączyła z Matką szczególna więź. Wystarczało więc, że modlił się w ich intencji, a Ona przymykała oko na tę mniej pobożną część jego bliskich.
Ta myśl wywołała na jego twarzy uśmiech, który zniknął jednak równie szybko, jak się pojawił. Wrócił do rozstawiania półmisków na stole, uznając, że na rozważania o cudzej obłudzie przyjdzie jeszcze czas, a dziś ważniejsze było dopilnowanie, by wszystko zostało przygotowane tak, jak nakazywała tradycja.
Kiedy Astoria i Cedric zbliżali się do jadalni, przez uchylone drzwi zaczęły dobiegać do nich urywki rozmowy. Aureliana po raz kolejny wróciła do tematu obrazów przeznaczonych na aukcje charytatywne swojej fundacji, najwyraźniej nie zamierzając pogodzić się z odmową, której Leo udzielił jej już kilka dni wcześniej.
-Mamo, rozmawialiśmy już o tym.- W głosie chłopaka wyraźnie słychać było irytację.-Nie namaluję obrazu dla twojej fundacji. Naprawdę nie wiem, ile razy mam to jeszcze powtórzyć.
Właśnie wtedy podniósł wzrok i dostrzegł wchodzące do jadalni rodzeństwo. Kiedy spojrzenie jego i Astorii się spotkały, dziewczyna bez trudu mogła zauważyć, jak brat lekko mruży oczy i zaciska usta, wyraźnie próbując zapanować nad narastającym zniecierpliwieniem. Lubił wracać do Avery Hall i nie wyobrażał sobie świąt spędzonych gdziekolwiek indziej, ale dłuższa rozmowa z matką sam na sam potrafiła wystawić już i tak jego marną cierpliwość na próbę.
Na nieszczęście dla wszystkich domowników, odezwał się ostrzej, niż początkowo zamierzał, a konsekwencje przyszły niemal natychmiast. Cała trójka usłyszała ciche pociągnięcie nosem, po którym Aureliana spojrzała na syna z wyraźnym zawodem.
-Dzisiaj jest Mabon…- Powiedziała drżącym głosem.-Naprawdę musiałeś zrobić mi przykrość właśnie dzisiaj? Astoria na pewno coś namaluje, prawda? Prawda, duszyczko?
Myśl o tych wszystkich czarodziejach, którzy przypominali sobie o wierze wyłącznie przy okazji sabatów, od dawna budziła w nim niechęć. Potrafili głośno mówić o przywiązaniu do tradycji, zamawiać najdroższe dary u rzemieślników i z dumą składać je na ołtarzu, jakby kilka ciężkich sakiewek galeonów mogło zastąpić własne ręce i szczere intencje. Uważał ich za ludzi pustych, próbujących oszukać nie tylko innych, ale przede wszystkim samych siebie. Był przekonany, że za swoje zachowanie poniosą kiedyś konsekwencje. Nie życzył im nędzy ani cierpienia. Wystarczyłoby mu, gdyby Matka po prostu odwróciła od nich wzrok i pozwoliła, by sami przekonali się, jak wygląda życie pozbawione jej przychylności.
Było w tym wszystkim oczywiście trochę hipokryzji, choć Leo nigdy nie patrzył na to w ten sposób. Nie uważał przecież, żw jego rodzinie czy najbliższym przyjaciołom należała się niełaska. Wręcz przeciwnie! Był przekonany, że Averych od pokoleń łączyła z Matką szczególna więź. Wystarczało więc, że modlił się w ich intencji, a Ona przymykała oko na tę mniej pobożną część jego bliskich.
Ta myśl wywołała na jego twarzy uśmiech, który zniknął jednak równie szybko, jak się pojawił. Wrócił do rozstawiania półmisków na stole, uznając, że na rozważania o cudzej obłudzie przyjdzie jeszcze czas, a dziś ważniejsze było dopilnowanie, by wszystko zostało przygotowane tak, jak nakazywała tradycja.
Kiedy Astoria i Cedric zbliżali się do jadalni, przez uchylone drzwi zaczęły dobiegać do nich urywki rozmowy. Aureliana po raz kolejny wróciła do tematu obrazów przeznaczonych na aukcje charytatywne swojej fundacji, najwyraźniej nie zamierzając pogodzić się z odmową, której Leo udzielił jej już kilka dni wcześniej.
-Mamo, rozmawialiśmy już o tym.- W głosie chłopaka wyraźnie słychać było irytację.-Nie namaluję obrazu dla twojej fundacji. Naprawdę nie wiem, ile razy mam to jeszcze powtórzyć.
Właśnie wtedy podniósł wzrok i dostrzegł wchodzące do jadalni rodzeństwo. Kiedy spojrzenie jego i Astorii się spotkały, dziewczyna bez trudu mogła zauważyć, jak brat lekko mruży oczy i zaciska usta, wyraźnie próbując zapanować nad narastającym zniecierpliwieniem. Lubił wracać do Avery Hall i nie wyobrażał sobie świąt spędzonych gdziekolwiek indziej, ale dłuższa rozmowa z matką sam na sam potrafiła wystawić już i tak jego marną cierpliwość na próbę.
Na nieszczęście dla wszystkich domowników, odezwał się ostrzej, niż początkowo zamierzał, a konsekwencje przyszły niemal natychmiast. Cała trójka usłyszała ciche pociągnięcie nosem, po którym Aureliana spojrzała na syna z wyraźnym zawodem.
-Dzisiaj jest Mabon…- Powiedziała drżącym głosem.-Naprawdę musiałeś zrobić mi przykrość właśnie dzisiaj? Astoria na pewno coś namaluje, prawda? Prawda, duszyczko?