02.07.2026, 15:14 ✶
12.1957, sen
Znasz to uczucie, kiedy idziesz w półmroku rozproszonym wyłącznie przez poblask kilku mdłych płomieni pod szklanymi kloszami zaśniedziałych lamp, otoczony przez absolutną ciszę, dookoła ciebie czają się cienie, a mróz jest tak wściekły, że aż boli w płucach? Wystarczyło, że tylko na moment wyciągnąłem dłoń z kieszeni kurtki, by poczuć momentalnie kostnienie w palcach, skóra pod skórzanymi rękawiczkami, które nosiłem, z pewnością zrobiła się czerwona, a moja twarz wydawała się odrętwiała od zimna. Śnieg pod moimi ciężkimi butami nie był po prostu puszysty, nie, skrzypiał groźnie, uginając się pod każdym krokiem z tym charakterystycznym, suchym trzaskiem pękającej zmarzliny. To była ta cienka, zdradliwa skorupa na samej górze zbitego puchu, która tworzyła się wyłącznie wtedy, gdy temperatura spadała daleko poniżej zera, a świat wokół zastygał w bezruchu. Tak było też tego wieczoru - lodowato, ale bezwietrznie - nawet gwiazdy na krystalicznie czystym, czarnym nieboskłonie wydawały się świecić jakoś ostrzej, mniej zachęcająco, jakby ktoś podkręcił ich jasność do granic możliwości. Brukowany dziedziniec rozciągał się przede mną na co najmniej kilkanaście metrów otwartej przestrzeni, po której normalnie hulały podmuchy wiatru, lecz dzisiaj wydawał mi się całkiem martwy. Zazwyczaj tętniący życiem, pełen głośnych rozmów, śmiechu i rzucanych ukradkiem śnieżek, teraz sprawiał wrażenie nienaturalnie pustego i niemal przerażająco ciemnego. Latarnie rzucały tylko pojedyncze, pomarańczowe snopy światła, w których skrzyły się drobinki lodu. Cały zamek wyglądał tak, jakby nagle zapomniał o istnieniu nas wszystkich - uczniów, nauczycieli, woźnego, skrzatów - był niczym zastygły w czasie, ciemny i pozbawiony śladów obecności jakichkolwiek istot, nawet jeśli normalnie tej porze zawsze ktoś przecież szwendał się po korytarzach albo chociaż wyglądał przez okno, zwłaszcza że mróz stałe malował na szybach niesamowite, białe wzory, przypominające lodowe paprocie albo nagie gałęzie drzew.
A teraz? Nic. Cisza, która aż dzwoniła w uszach - jedyne, co słyszałem, to echo moich własnych kroków odbijające się od wysokich, kamiennych murów, nic więcej. Najdziwniejsze w tym wszystkim było jednak to, że… Właściwie nie pamiętałem, skąd się tu wziąłem. Tu, tu, na zewnątrz, w Hogwarcie, ale poza nim. Nad głową miałem ciężkie, granatowe niebo, z którego nie spadał ani jeden płatek, a pod nogami śliską, niebezpieczną ścieżkę. Normalnie pewnie dopadłaby mnie lekka, acz niezaprzeczalna panika - w końcu nie codziennie budzisz się z letargu w środku nocy, na mrozie, sam na sam z pustym gmachem rozciągającym się wokół ciebie - ale w tej chwili nie wydało mi się to ani trochę podejrzane. Czułem wręcz absolutny spokój, miałem przecież jakiś powód, by tu być, prawda? Nawet jeśli mój własny mózg jeszcze nie potrafił mi go racjonalnie podsunąć, znałem ten dziedziniec od lat, potrafiłem z zamkniętymi oczami rozpoznać niemal każdą nierówność między starymi, kamiennymi płytami, przechodziłem tędy codziennie w ten sam, rutynowy sposób, idąc na lekcje albo wracając do dormitorium, dlatego teraz nie kwestionowałem swojej obecności tutaj. Nie ciągnęło mnie do wnętrza zamku, do ciepłego kominka - nic z tych rzeczy - chociaż mróz bezlitośnie szczypał mnie w policzki, a mój oddech zamieniał się w gęstą, mlecznobiałą parę, intuicja podpowiadała mi, że to, czego szukałem, czekało na mnie na zewnątrz, wystarczyło tylko patrzeć uważniej i… Właśnie wtedy to zobaczyłem…
Moim oczom ukazało się coś, czego wcześniej nie widziałem - dokładnie pośrodku dziedzińca stała stara, kamienna fontanna, której nigdy wcześniej nie było w tym miejscu. Wszystko wskazywało na to, iż dawno już zamarzła, zamieniając się w lodową rzeźbę pełną sopli, lód pokrywający jej szeroką misę był jednak niesamowity, tak idealnie przezroczysty, że bez trudu dostrzegłem pod nim ciemną wodę i… Tu pojawił się pierwszy zgrzyt, który sprawił, że na karku ponownie zjeżyły mi się włoski - woda pod spodem się poruszała - mimo wszechobecnego mrozu, mimo grubego lodu pokrywającego ją z zewnątrz, wewnątrz fontanna płynęła powolnym, leniwym rytmem. A ja? Zamiast oddalić się w trybie ekspresowym, zignorowawszy wrażenie niepokoju, zatrzymałem się przy kamiennej krawędzi, pochyliłem się odrobinę, opierając dłonie na zimnym obramowaniu, i spróbowałem dostrzec w tej dziwnej tafli własne odbicie. Chciałem zobaczyć cokolwiek znajomego - swoją twarz, potargane włosy, czubek nosa, brzeg szalika, cokolwiek - jednak zamiast tego dostrzegłem jedynie rozmyty, bezkształtny cień, sięgnąłem więc głębiej, nachyliłem się mocniej, a potem… Zamrugałem gwałtownie, potrząsając głową - przez ułamek sekundy, wydawało mi się, że w głębi lodu, tuż pod wodą, poruszyła się czyjaś sylwetka - aż ciemność znowu stała się nieruchoma. To było… Niepokojące… W końcu nie miałem skłonności do widzenia rzeczy, nie byłem typem dziwaka, pojebańca, schizofrenika, a jednak mimo to rozsądek - cichy, nudny głos w mojej głowie, który zazwyczaj ignorowałem, zanim robiłem coś spektakularnie głupiego - podpowiadał mi, że wpatrywanie się w zamarzniętą fontannę w środku nocy nie mogło przynieść niczego dobrego. Tafla była uparta, nie chciała mi pokazać tego, czego oczekiwałem, więc powinienem był się odwrócić i odejść - tak zrobiłaby każda normalna osoba - tyle tylko, że ta chora ciekawość, od zawsze pakująca mnie w kłopoty, z których potem ciężko było się wytłumaczyć, kazała mi zostać w tej pozycji jeszcze przez kilka sekund. Jeszcze tylko chwilę… Krótki momencik…
Nim się obejrzałem, zanim zdążyłem cokolwiek przemyśleć, kolejny raz zrobiłem coś impulsywnego, dostrzegając to dopiero po fakcie - wyciągnąłem rękę i przyłożyłem opuszkę palca bezpośrednio do gładkiego lodu - spodziewałem się parzącego, lodowatego chłodu, zamiast tego… Poczułem coś innego. Kamienna misa fontanny zadrżała - to było ledwo wyczuwalne, delikatne drżenie, coś jak uderzenie głębokiego basu - pod przezroczystą taflą, w uwięzionej wodzie, zaczęły rozchodzić się szerokie, ciemne kręgi, choć sam lód na powierzchni ani na moment nie zmienił swojej formy, nie stał się mniej przezroczysty, nie pękł…
„Tap!’’
Cofnąłem dłoń, jakbym się oparzył, i odruchowo obejrzałem się przez ramię - byłem pewien, absolutnie pewien, że usłyszałem za sobą czyjeś kroki, jednak za moimi plecami nadal ciągnął się tylko ten sam pusty, pogrążony we śnie dziedziniec. Śnieg był nienaruszony, tak równy i czysty, jak wcześniej, nie było na nim żadnego śladu, oprócz wzoru wyrytego przez podeszwy moich własnych butów. Zmarszczyłem brwi, znowu kręcąc głową i wracając do fontanny, z jakąś dziwną, magnetyczną fascynacją. Zbliżyłem się do misy jeszcze bardziej, niemal dotykając nosem lodowej tafli, dostrzegając, iż ciemna woda pod lodem przestała być spokojna. Powoli, z nienaturalną, wręcz hipnotyzującą płynnością, zaczęła unosić się ku powierzchni… Logika mówiła mi, że to było niemożliwe, że zaraz miała uderzyć w grubą barierę, ale płynęła dalej, strużka po strużce, kropla po kropli, coraz bardziej zbliżając się do granicy lodu…
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)