– Nie ośmieliłabym się – odpowiedziała mu zaczepnie i zgodnie z prawdą zresztą, bo ostatnie, czego chciała, by działa mu się jakakolwiek krzywda, a tym bardziej z jej własnych rąk. – To dla twojego i mojego dobra – dodała, mając zresztą na myśli coś innego, niż faktyczne wjechanie w drzewo po pijaku, bo straciło się panowanie nad samochodem. Ale kobieta, jakkolwiek jej było na imię, nie musiała o tym wiedzieć. – Och no dobrze… A mocny jest ten cydr? – zagaiła jeszcze, jakby rzeczywiście ją to interesowało, choć prawdę powiedziawszy, to niespecjalnie. Bardziej interesowało ją to, skąd Carol, która przydybała ich pod jabłonią, wiedziała o paliwie. Byli już wtedy podsłuchiwani? A może to była ta kobieta, do której szedł mężczyzna, z którym rozmawiali wcześniej i wszystko jej powiedział, nim oni zdecydowali się podejść do drzewa i uruchomić całą tą spiralę kolejnych wydarzeń? Odpowiedzi nie znała i choć to zauważyła – nic nie powiedziała, uśmiechając się po prostu do kobiety serdecznie, jak gdyby nigdy nic.
Na pewno nigdy więcej nie zjedzą smaczniej – kołatało się to w głowie Victorii, gdy już siedzieli przy stoliku, a ona wyciągnęła do Christophera ręce. Wcale nie musiała go trzymać, ale po pierwsze chciała, a po drugie mogli dzięki temu prowadzić „rozmowę” bez użycia słów, bo drobne ściśnięcie tu czy tam przekazywało czasami więcej niż tysiące słów. „Szklaneczki” cydru stały przed nimi i Victoria zdecydowała się powąchać trunek. Pachniał jabłkami i jakimiś przyprawami, może cynamonem – trudno jej było to określić poza tym, że również miała wielką ochotę go spróbować.
– Nawet bardzo – zdążyła mu odpowiedzieć. I ona pomyślała o tym, że absolutnie nie mogą dać po sobie poznać, że wiedzą więcej. I dlatego gdy z zaplecza wyszła dziewczyna, Victoria zdecydowała się upić łyka swojego cydru. Miała to więcej nić Chris i trudniej byłoby jej ukryć to, że wcale go nie piła. Miała nadzieję, że jednak niczego tam nie dosypali, a jeśli tak… to był jeszcze Christopher, który póki co nie tknął tego ani trochę.
– Cześć – przywitała się z dziewczyną. – Przepyszny cydr – odsunęła szklankę, robiąc miejsce na tacę, z którą przyszła dziewczyna. – Och… Skoro nie macie tutaj tak często ludzi, to może też się zgubili tak jak my – stwierdziła tak po prostu i uśmiechnęła się przy tym do Christophera. – Źle skręciliśmy, nie było drogowskazu i tabliczki – wyjaśniła, po czym przekrzywiła głowę, przyglądając się, najprawdopodobniej, Emily. – Z Newcastle – powiedziała od razu, jakby była to najprawdziwsza prawda. A prawda była taka, ze właśnie wciskała nastolatce straszne kłamstwo. – Jedziemy w odwiedziny do mojej ciotki – miała też w zanadrzu powód: żeby zaprosić ją na ślub, co oczywiście również nie było prawdą, bo nie było żadnej ciotki, do której by jechali z zaproszeniem… Ale wiarygodna ściema to połowa sukcesu. – Byłaś kiedyś poza Towens? – zagadnęła przy tym, zastanawiając się, czy w tym miasteczku w ogóle były perspektywy dla młodych. Czy w najbliższym planie było tylko znaleźć sobie męża i założyć rodzinę i pracować… na polach albo w sadzie. Albo w zajeździe, który odwiedzali tylko miejscowy i dostawy.