04.07.2026, 12:22 ✶
Kusiło ją, by powiedzieć, że podobnie jest z pisaniem. Ono też uchwytywało to, co gołym okiem widoczne nie było. Wnikało w ludzkie charaktery, analizowało ich uczucia, zachowania, motywacje. Alice czasem żałowała, że Diana Darlington stanowiła jedynie jej sekretne alter ego. Nie chciała jednak, by jej pisanie oceniano przez pryzmat jej aktorstwa. Lub vice versa.
Lyssa wciąż poszukiwała. Przyjechała do Londynu, by odnaleźć inspirację, ponownie spotkać się z rodziną. Alice wiedziała, że dziewczyna już przejawiała ogromny talent, a przecież tyle jeszcze było przed nią. Tyle nowych nurtów artystycznych, inspiracji z różnych, często niespodziewanych miejsc. Tyle swobody. Dziewczyna przypominała jej trochę Hestię. Rozmarzoną, pełną młodzieńczej energii…
– Masz jeszcze mnóstwo czasu i na pewno nadarzy się wiele, wiele okazji – rzekła. Po chwili zwróciła się do kelnerki po rachunek. Ta posłała jej słodki uśmiech. – Na pewno nie daj nikomu sobie wmówić, że twoje pomysły są złe, że masz nie takie podejście, jak trzeba. Często będą ci mówić to starsi, którzy zazdroszczą młodości i tej iskry, powiewu nowości. Często tacy starają się zepchnąć cię na dalszy plan, ale się nie dawaj. Bo widzę, że nie dość, że twoje prace są przepiękne, to jeszcze mówisz o sztuce jak naprawdę dojrzała artystka.
Alice sama przeżyła wiele momentów, w których aktorzy starsi stażem i wiekiem, prawdziwi gwiazdorzy magicznej sceny bywali dla niej niemili. Czytała również recenzje swoich książek, często niepochlebne. Nazywały te lekkie, rzeczywiście niezbyt wymagające powieści, pożywką dla mas, kpiną z historii, czymś nieodkrywczym i przez to równym makulaturze. A przecież jej książki już w samym założeniu nie były wysoką, artystyczną literaturą. Miały przynosić radość po całym dniu w pracy, wywoływać uśmiechy i rumieńce. Zawsze znajdował się jednak krytyk, który z nieskrywaną rozkoszą nazywał te powieści „upadkiem literatury”.
Kelnerka wróciła do ich stolika, a Alice opłaciła oba zamówienia. To w końcu ona wynosiła korzyść z tego spotkania. Mogła przynajmniej wydać parę sykli.
– Dziękuję ci za tę rozmowę, Lysso – uśmiechnęła się. – Wspaniale było cię poznać.
Lyssa wciąż poszukiwała. Przyjechała do Londynu, by odnaleźć inspirację, ponownie spotkać się z rodziną. Alice wiedziała, że dziewczyna już przejawiała ogromny talent, a przecież tyle jeszcze było przed nią. Tyle nowych nurtów artystycznych, inspiracji z różnych, często niespodziewanych miejsc. Tyle swobody. Dziewczyna przypominała jej trochę Hestię. Rozmarzoną, pełną młodzieńczej energii…
– Masz jeszcze mnóstwo czasu i na pewno nadarzy się wiele, wiele okazji – rzekła. Po chwili zwróciła się do kelnerki po rachunek. Ta posłała jej słodki uśmiech. – Na pewno nie daj nikomu sobie wmówić, że twoje pomysły są złe, że masz nie takie podejście, jak trzeba. Często będą ci mówić to starsi, którzy zazdroszczą młodości i tej iskry, powiewu nowości. Często tacy starają się zepchnąć cię na dalszy plan, ale się nie dawaj. Bo widzę, że nie dość, że twoje prace są przepiękne, to jeszcze mówisz o sztuce jak naprawdę dojrzała artystka.
Alice sama przeżyła wiele momentów, w których aktorzy starsi stażem i wiekiem, prawdziwi gwiazdorzy magicznej sceny bywali dla niej niemili. Czytała również recenzje swoich książek, często niepochlebne. Nazywały te lekkie, rzeczywiście niezbyt wymagające powieści, pożywką dla mas, kpiną z historii, czymś nieodkrywczym i przez to równym makulaturze. A przecież jej książki już w samym założeniu nie były wysoką, artystyczną literaturą. Miały przynosić radość po całym dniu w pracy, wywoływać uśmiechy i rumieńce. Zawsze znajdował się jednak krytyk, który z nieskrywaną rozkoszą nazywał te powieści „upadkiem literatury”.
Kelnerka wróciła do ich stolika, a Alice opłaciła oba zamówienia. To w końcu ona wynosiła korzyść z tego spotkania. Mogła przynajmniej wydać parę sykli.
– Dziękuję ci za tę rozmowę, Lysso – uśmiechnęła się. – Wspaniale było cię poznać.