06.07.2026, 10:07 ✶
Hannibal ciężko przełknął ślinę, kiedy miejsce obok pozostało puste, a Jessie skierował się ku drzwiom.
Nie zostawiaj mnie.
Nic nie powiedział, bo nigdy nic nie mówił, ale atak, ucieczka, paniczna reakcja przyjaciela, jego bliskość, bezpieczna i gorzka, i jak zawsze za krótka, a teraz porzucona na rzecz zwiadu, jego również wprawiły w niepewny, rozedrgany stan, w którym ściskał różdżkę palcami o knykciach pobielałych z wysiłku pod warstwą brudu, a szeroko otwarte oczy broniły się przed snem…
Na wszystkie diabły mugolskich piekieł, no bał się po prostu. Jak diabli, zresztą.
Jasper zniknął za drzwiami.
Umysł Hannibala usłużnie podsunął wizję Kelly’ego korzystającego z okazji, by porzucić Selwyna albo zabitego precyzyjnym, nie pozostawiającym śladów zaklęciem na tym bezimiennym placu budowy. Piachu wklejającego się w nigdy niezagojone rany na plecach, niewidzących oczu, wpatrujących się w nocne niebo, i życzyłem sobie, abyśmy jeszcze kiedyś patrzyli razem w gwiazdy, ale przecież nie w ten sposób, nie tak!
Materac ugiął się, znajome palce napotkały zmatowiałe selwynowe włosy, a wyrwany z rozmyślań były aktor wydał z siebie nieartykułowany odgłos zaskoczenia, który dotąd udawało mu się utrzymać w środku. Żałosny dźwięk na końcu przeszedł w spokojniejsze, pełne ulgi mruknięcie i Selwyn rozluźnił się pod dotykiem.
Obecność pozwoliła wreszcie poddać się zmęczeniu. Dłoń Hannibala podpełzła do brzegu kurtki Jessiego i zamknęła się wokół materiału.
- Obudź mnie za dwie godziny - mruknął sennie. Niebezpiecznie było dłużej pełnić wartę.
Westchnął i spróbował skupić się na ręce głaszczącej jego włosy, na ubraniu pod palcami, na cieple ciała pod nim.
Nie tym samym, NIE TYM SAMYM, które czuł, kiedy tamtej nocy klękał obok Jessiego, gdy opierał wewnętrzną stronę kolana o biodro przyjaciela, a lewą dłoń na jego plecach, gestem, mdląco, okrutnie delikatnym w obliczu tego, co zamierzał zaraz uczynić. Ostatnia, pożegnalna chwila komfortu. Prośba o wybaczenie, zanim uformowana w ostrze magia dotknęła skóry.
Proszę, pozwól mu zrozumieć, proszę, pozwól mu zrozumieć, proszę, pozwól mu przeżyć-
Nagle wyszarpnięty z ogarniającej go drzemki, poderwał głowę i otworzył oczy szeroko. Kroki na zewnątrz, i to nie zlęknione stąpanie kogoś, kto starał się być cicho, tylko śmiałe tupanie ludzi, którzy nie zważali na hałas.
I głosy.
- Gdzieś tu muszą być, gówniarze, skoro się chowają, to pewnie jebane mugolaki!
- Barierę daj, bo się deportują i tyle będzie!
Hannibal chwycił różdżkę, ale za niewielkim piwnicznym okienkiem już rozlała się poświata zaklęcia uniemożliwiającego teleportację. Ze stłumionym jękiem odwrócił się do przyjaciela.
- Jess? - szept przynajmniej nie pozwalał, by w jego głosie wybrzmiała pełnia paniki, jaką odczuwał - Co teraz?
Jedyna droga potencjalnej ucieczki prowadziła przez przeklęty plac budowy, kawał płaskiego terenu, na którym byliby doskonale widoczni. Selwyn powstrzymał ogarniający go pusty śmiech. Tyle ofiar, tyle ostrożności, tyle dni miotania się jak szczury w zaciskającej się pętli śmierciożerczych poszukiwań, tylko po to, by teraz tak po prostu zginęli? Jak ich rodziny? Jak ich przyjaciele? Hannibal czuł się jak w złym śnie.
- To jest jakiś, kurwa, koszmar… - dał temu wyraz, podpierając się na towarzyszu i gramoląc się do siedzenia.