05.07.2026, 16:46 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 05.07.2026, 16:55 przez Lorraine Malfoy.)
10.10.1972, Ellan Vannin
Najpierw pomalowały twarze. Pobieliły kredą i sproszkowanymi koścmi blade policzki, bo białością porażały promienie letniego słońca, stojącego wysoko na niebie. Białymi były ciała kobiet, zanim ucałowane zostały przez jego promienie. A chciwym ciał był słoneczny bóg, wiecznie gorejący w swej promiennej glorii. Żądny skóry i spływającego po niej potu, lepkiego jak babie lato. Gdy się szykowały, Helloise rozpaliła w chacie, ażeby ogień huczał aż na palenisku, ozywając się do nich trzaskającym głosem boga. Rytualnie spaliły wianek upleciony z kwiatów ucałowanych letnim słońcem. Modliły się, patrząc, jak dusze ich ulatują przez komin ku niebu. Tak oto konały wspomnienia lata, których popioły wygarnęły potem z paleniska, aby wetrzeć je we włosy: Helloise miała włosy koloru pszenicy, złote i lśniące, włosy Lorraine mieniły się natomiast srebrem jak łan żyta. Popiół był biały, białymi od gorącości były bowiem rozżarzone płomienie ognisk, choć podlały je czerwonym winem. Czerwone były rozżarzone węgle, gdy syczały cicho, dogasając; Lorraine wdychała duszące opary, czując jak suknia zaczyna lepić się jej do ciała. Czerwoną była również farba, której użyła, aby wyrysować na swej twarzy i ciele symbole solarne. Te same znaki skreśliła na twarzy Helloise. Rogaty bóg rozsmakowany był niegdyś we krwi, ale Lorraine nie zamierzała przelewać jej w jego imieniu. Kult Pana Słońca nie był dla niej bytem samodzielnym, lecz odszczepieńczym schizmatem wiary. Manifestacją popędu do życia, które wyszło z matczynego łona. Miała dla niego inny dar.
Wniosła z sobą na górę wino z dzikiego bzu.
Nie była w stanie dotrzymać kroku Helloise, więc postępowała w ślad za nią i za jej śpiewem. Przyciskała do piersi poły ciężkiej szaty, którą okryła głowę i ciało, dysząc, gdy wspinały się pod górę. Prosta jej, znoszona suknia, na którą zarzuciła ciężką szatę, była w tym momencie niczym zdobny ornat. Wiążące ją tasiemki unurzane były w tej samej czerwonej farbie, jaka znaczyła jej twarz i dłonie. Nie bała się zostać nieco w tyle, na szlaku pielgrzymkowym nie dało się przecież zgubić, a jednak nie chciała się zatrzymywać, żeby odpocząć. Ze swojego zmęczenia również mogła złożyć ofiarę. Stąpała pewnie, spokojnym tempem, dopóki nie dotarły do celu. Do sławionej świątynki Pana Słońca, skąpanej w leśnym mroku. Snopy światła prześwitywały z rzadka między koronami drzew, rosnących tak gęsto, że niemal nie dało się oddychać.
Pan Światła potrzebował Ciemności, aby dać pełne świadectwo swej mocy.
Oto był bóg jej matki i ojca, pomyślała Lorraine, przypatrując się straszliwym freskom, na które padały strugi słońca, przenikające przez świetliki w kamiennym sklepieniu. Pan wiecznego lata, dzięki któremu poczęła się i przyszła na świat. Rogatą była jego głowa, do młodzieńca należało ciało wymalowane ochrą i żółcienią. Zdawał się tańczyć przed jej oczami w przedziwnej frenezji. A więc był jednym z tych lipcowych bogów, którzy tańczyli na polanach pośród korowodów wil. Uczestnikiem dzikiego gonu, który pędził przez lasy, pola i łąki w szaleńczym weselu. Zdyszana, ścisnęła dłoń Helloise na chwilę przed tym, zanim padła na kolana przez boskim wizerunkiem. W świątyni panował duchota, jak w najupalniejszy z letnich dni.
Lorraine zdjęła z głowy zdobiony szal z namaszczeniem godnym kapłanki: pozwoliła, aby ciężki materiał opadł na jej ramiona; aby zsunął się na ziemię, gdy wzniosła ręce ku niebu. Zdjęłaby i suknię, aby zbliżyć się do boga nie tylko duchowo, ale i cieleśnie, ale wtedy drwiłaby z niego. Drwiłaby bladością ciała, którego niemal nigdy nie pozwalała całować słońcu. Drwiłaby, jak zwykły drwić z letnich bożków wile, żartobliwie umykając przed nimi na dno jezior po skończonych pląsach. Kiedy ostatnio bogowie widzieli Lorraine taką, jaką ją stworzyli? Dzieliła się swoją nagością oszczędnie, nie dlatego, że ta przejmowała ją wstydem, ale dlatego właśnie, że była czymś świętym. Nie czyniło to bynajmniej cnoty ze skromności: różnica była subtelną, Lorraine nie zakrywała bowiem swego ciała, bo obawiała się bycia zbrukaną. Świętości nie dało się zbrukać. Zakrywała je, bo świętość nie należała się wszystkim: dokładnie tak samo, jak zakrywała włosami twarz, gdy grała na pianinie. Nie zrzuciła więc przywodziewku, choć był skromnym. Gdyby przyoblekła się w sam tylko blask słońca, to byłoby tak, jak gdyby mówiła z bogiem jak z równym sobie. Bo jaką władzę miał Pan Światła nad tą, która wybrała życie w ciemności? Jego moc nie sięgała podziemnych korytarzy spowitych mrokiem. Promienie słońca nie mogły rywalizować z blaskiem złotych włosów jej ojca. Z blaskiej jej srebrzystych włosów. Oto było straszliwe słońce podziemia. Gdy schodziła tam w swojej białej sukni, w przeanieleniu srebrnych włosów, wtedy była jutrzenką: jasną, choć zimną, jak zimowy poranek skuty mrozem. Lorraine zawsze pewnie kroczyła na granicy między apoteozą a bluźnierstwem, z pokorą ascetki stanęła jednak przez bogiem rozpasania. Wystawiła twarz na przenikające do wnętrza świątyni promienie słońca, które osadziły się drobinami na jej jasnych rzęsach i brwiach. Uklękła przed jego majestatem: letnim, płodnym, rozpalonym życiem, tak odmiennym od jej zimnej, grobowej duchowości. Klękając uśmiechnęła się jednak, jak gdyby z rozkoszą przymykając oczy.