07.07.2026, 14:30 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.08.2026, 21:45 przez Zenon Kozioł.)
Rulony płócien na szczycie szafy tylko go w tym utwierdzały: Nic w życiu nie miało znaczenia. Z biologicznego punktu widzenia mieliśmy się tylko rozmnożyć. A już to, co człowiek robił na tej kresce między datą urodzenia a śmiercią — no, to leżało w gestii każdego czarodzieja. Chyba. Zenek zakładał. On swoje popołudnie spędzał na przymierzaniu ubrań obsługi z zaplecza. Czy Astoria wiedziała, że jeszcze tej samej nocy Amerykanie wylądowali na Księżycu?
A nazwisko… nazwisko pozostawało mu w głowie w tej przerwie, kiedy nie miał nic do roboty. Między podciąganiem skarpetek a wąchaniem płonących ubrań. Przez chwilę rozbierał je na pojedyncze znaczenia. A-bardzo. Litera A wnosiła mocny, ostateczny dźwięk. Dwie litery A z rzędu wnosiły różne skojarzenia.
Avery, Astoria. Całkiem zabawne. Jak wchodził do galerii, całkiem podobne widział na tabliczce przed… ojej.
— No jestem, no… — nic mądrzejszego by już w tamtym momencie nie wymyślił. Niebawem nadchodził moment, kiedy miał się obruszyć od swądu palonych tkanin. — A ty jesteś galerianką?
Mieszczanin często uczył się zawodu od własnego rodzica. Czarodziej również. Zenek nie znał swojego ojca. Nie wiedział, kto go nauczył muzyki. Znał za to ojca Astorii.
— A co miało stanąć? — jedynym, co trzymało go przy życiu, były pięści zaciskające się na kieszeniach spodni. A potem zaczął kopać. Nic to. Należało iść do przodu. Popiół po ubraniach, dziwnie miękki i szary, zostawał pod paznokciami. Bez względu na to, co Astoria mówiła później, Zenkowi coś majaczyło, że ogniem się nie sprząta.
— Nie, dziękuję. To się wypierze. — powtórzył z naciskiem, niemal ostro. Jak na Zenka. Przytulił dżins blisko siebie. Gdyby byli na zewnątrz, niewątpliwie by trzepotał na skwierczącym letnim wietrze. Pozostawali w towarzystwie drewien i płócien. Dżins nadal się kopcił, śmierdział ogniem i leciała z niego sadza, ale to nadal był jego dżins.
Dopiero z zasłoną z dżinsu powrócił wzrokiem do kobiety. Astoria stała sobie przed nim. Nadal miała na sobie tę połyskującą na srebrno sukienkę, bo się nie przebrała. No przecież. Nikt na nią nic nie wylał. Lubię deszcz, bo pada na wszystkich jednakowo.
Jak już znał jej imię, to jakoś łatwiej ją było sobie umiejscowić. Tylko że czuł się teraz dziwnie oceniany. No więc też wysunął broń masowego rażenia i oceniał przebieg przedziałka na jej głowie. Ciekawe, czy kobieta już się rodziła z takim przedziałkiem.
Znał już jej imię. A Astoria znała jego. Naturalnym było zatem, że wykona parę kroków w jego stronę, by domknąć dystans, jak to robili ludzie na wyższych stopniach zażyłości. Im bliżej, tym ten stopień był wyższy. Zenka motywowały odznaczenia. On też postąpił o krok czy dwa do przodu, jakby dostępował do tego tańca. Astoria stąpała miękko po drewnie. I cicho. No zupełnie jak wampir.
Stanęli naprzeciw siebie. Astoria prowadziła, co chyba źle, bo to on był chłopem. Wyciągnęła rękę. Nie świsnęło, bo kto by tu świstał? Ręka znalazła się przy jego koszuli. Astoria zajęła się gmeraniem, a Zenek stał. Nie widział. Patrzył na przedziałek. Delikatnie pociągała za kołnierz. Ale to tak, jakby motyl na nim usiadł i trzepotał. Z ręki biło chłodem. Dżins był ciepły.
Za ciepły. Zenek wyczuł wybrzuszenie w kieszeni dżinsów. Gdy poruszył się, z kieszeni coś wypadło. Splat! Na ziemię spadł metalowy klocek z pokrętłem.
— O. Moje kieszonkowe radio tranzystorowe — obwieścił bez emocji. — Nie wychodzę z domu bez niego.
Astoria odstąpiła go wreszcie i tak się skończyło. — No to idziemy. — dżins przerzucił za ramię, innych manatków nie miał, Astoria je spaliła. Okręcił się ku wyjściu, i wtedy już świsnęło. W tej zatęchłej atmosferze zaplecza to chyba tylko ruchy ciała wprowadzały jakikolwiek przepływ powietrza. No i poszedł z powrotem ku wąskim korytarzom. Astoria najpewniej szła obok niego. — A co my tam będziemy robić? — zerknął przewodniczce w oczy kompletnie na trzeźwo. W końcu po coś się chodziło do tej galerii, a Zenek nie zamierzał wyjść bez odpowiedzi. Dłonie ułożył swobodnie w kieszeniach spodni.
Łapacz marzeń
A nazwisko… nazwisko pozostawało mu w głowie w tej przerwie, kiedy nie miał nic do roboty. Między podciąganiem skarpetek a wąchaniem płonących ubrań. Przez chwilę rozbierał je na pojedyncze znaczenia. A-bardzo. Litera A wnosiła mocny, ostateczny dźwięk. Dwie litery A z rzędu wnosiły różne skojarzenia.
Avery, Astoria. Całkiem zabawne. Jak wchodził do galerii, całkiem podobne widział na tabliczce przed… ojej.
— No jestem, no… — nic mądrzejszego by już w tamtym momencie nie wymyślił. Niebawem nadchodził moment, kiedy miał się obruszyć od swądu palonych tkanin. — A ty jesteś galerianką?
Mieszczanin często uczył się zawodu od własnego rodzica. Czarodziej również. Zenek nie znał swojego ojca. Nie wiedział, kto go nauczył muzyki. Znał za to ojca Astorii.
— A co miało stanąć? — jedynym, co trzymało go przy życiu, były pięści zaciskające się na kieszeniach spodni. A potem zaczął kopać. Nic to. Należało iść do przodu. Popiół po ubraniach, dziwnie miękki i szary, zostawał pod paznokciami. Bez względu na to, co Astoria mówiła później, Zenkowi coś majaczyło, że ogniem się nie sprząta.
— Nie, dziękuję. To się wypierze. — powtórzył z naciskiem, niemal ostro. Jak na Zenka. Przytulił dżins blisko siebie. Gdyby byli na zewnątrz, niewątpliwie by trzepotał na skwierczącym letnim wietrze. Pozostawali w towarzystwie drewien i płócien. Dżins nadal się kopcił, śmierdział ogniem i leciała z niego sadza, ale to nadal był jego dżins.
Dopiero z zasłoną z dżinsu powrócił wzrokiem do kobiety. Astoria stała sobie przed nim. Nadal miała na sobie tę połyskującą na srebrno sukienkę, bo się nie przebrała. No przecież. Nikt na nią nic nie wylał. Lubię deszcz, bo pada na wszystkich jednakowo.
Jak już znał jej imię, to jakoś łatwiej ją było sobie umiejscowić. Tylko że czuł się teraz dziwnie oceniany. No więc też wysunął broń masowego rażenia i oceniał przebieg przedziałka na jej głowie. Ciekawe, czy kobieta już się rodziła z takim przedziałkiem.
Znał już jej imię. A Astoria znała jego. Naturalnym było zatem, że wykona parę kroków w jego stronę, by domknąć dystans, jak to robili ludzie na wyższych stopniach zażyłości. Im bliżej, tym ten stopień był wyższy. Zenka motywowały odznaczenia. On też postąpił o krok czy dwa do przodu, jakby dostępował do tego tańca. Astoria stąpała miękko po drewnie. I cicho. No zupełnie jak wampir.
Stanęli naprzeciw siebie. Astoria prowadziła, co chyba źle, bo to on był chłopem. Wyciągnęła rękę. Nie świsnęło, bo kto by tu świstał? Ręka znalazła się przy jego koszuli. Astoria zajęła się gmeraniem, a Zenek stał. Nie widział. Patrzył na przedziałek. Delikatnie pociągała za kołnierz. Ale to tak, jakby motyl na nim usiadł i trzepotał. Z ręki biło chłodem. Dżins był ciepły.
Za ciepły. Zenek wyczuł wybrzuszenie w kieszeni dżinsów. Gdy poruszył się, z kieszeni coś wypadło. Splat! Na ziemię spadł metalowy klocek z pokrętłem.
— O. Moje kieszonkowe radio tranzystorowe — obwieścił bez emocji. — Nie wychodzę z domu bez niego.
Astoria odstąpiła go wreszcie i tak się skończyło. — No to idziemy. — dżins przerzucił za ramię, innych manatków nie miał, Astoria je spaliła. Okręcił się ku wyjściu, i wtedy już świsnęło. W tej zatęchłej atmosferze zaplecza to chyba tylko ruchy ciała wprowadzały jakikolwiek przepływ powietrza. No i poszedł z powrotem ku wąskim korytarzom. Astoria najpewniej szła obok niego. — A co my tam będziemy robić? — zerknął przewodniczce w oczy kompletnie na trzeźwo. W końcu po coś się chodziło do tej galerii, a Zenek nie zamierzał wyjść bez odpowiedzi. Dłonie ułożył swobodnie w kieszeniach spodni.
Łapacz marzeń
Rzut PO 1d100 - 17
Akcja nieudana
Akcja nieudana
I miss the kiss of treachery, the shameless kiss of vanity.