– Symbolicznie tak – zgodziła się, a ulotna myśl o potworze nawiedzającym miasto przeleciała jej przez głowę i zaraz z niej wyparowała, bo ich rozmowa nadal trwała i tyczyła się teraz tego, co mogło, ale nie musiało, zostać zrobione samochodowi, który nawet do nich nie należał. – Może… A może cos zmajstrowali przy silniku? – zasugerowała, wpatrzona w szybę przed nimi na mijane przez nich domy, gdy toczyli się w stronę wyjazdu z miasteczka. Miasteczka idealnego, w którym nie mogło być tak pięknie. Miasteczka, które musiało coś ukrywać pośród tych pięknie wyrośniętych roślin i wybudowanego u stóp wiekowej jabłoni. Albo to jabłoń po prostu zasadzono w centralnym miejscu i przypadkowo tak wyrosła? Ale jakoś te półsłówka, urywane zdania na temat drzewa kazały jej myśleć, że być może… ale tylko być może… to drzewo było tutaj najpierw.
– Tak, właśnie próbujemy uciec z jej chatki z piernika i cukierków – mruknęła i westchnęła ciężko. Sama nie zmusiła się do zwymiotowania tego obiadu w toalecie, uznawszy, że musiałaby rzygać zbyt długo i zapewne po wszystkim czułaby się na tyle kiepsko, że mogłoby to wpłynąć na ich późniejszą pracę. To znaczy nie zwrócenie tego również, więc jakby… z dwojga złego wolała nie robić sobie samej na złość.
A potem uśmiechnęła się pod nosem, pomimo atmosfery i widma tego, co będzie ich właśnie czekać (a wcale nie byli bliżej rozwikłania zagadki jak sobie z tym potworem poradzić), bo lubiła, kiedy tak do niej mówił. Pieszczotliwie, czule.
W miarę, jak wyjechali z miasteczka, jej wzrok naturalnie przeniósł się w bok, na sady, potem pole, które prędzej byłoby polem kukurydzy, a nie pszenicy i to o tej porze roku. Niby była gotowa na wszystko od strony stracha na wróble, ale trzask samochodu, najpierw jeden, następnie drugi, jakoś ją zaalarmował mocniej, niżby mogła przypuszczać. Być może nie zarzuciło ich na pobocze dlatego, że Christopher nie jechał przesadnie szybko. Być może uszkodzenie nie było aż tak wielkie. Być może ktoś normalny rzeczywiście by się teraz zatrzymał, by sprawdzić co się stało z wozem. Ale nie oni, nie. Bo Victoria była pewna, że właśnie pośród kłosów pszenicy ktoś jej mignął, ale nie miała okazji się mocniej przyjrzeć, bo Chris właśnie dodał gazu. Senność, jaka ją ogarniała, minęła jak ręką odjął.
A może poprawniej byłoby powiedzieć: pośród łanów mignęło jej coś.
– Jest tam! – rzuciła, łapiąc się gwałtownie za rączkę przy drzwiach, jakby to miało w czymś pomóc. Nie wierzyła, że sylwetka, którą dostrzegła, należała do kogoś przypadkowego.
Tutaj nie było żadnych przypadków. Wszystko było wykalkulowane. Wszystko było obliczone na to, by strach na wróble zrobił z nimi porządek.
Nie zamierzała się na to godzić.
Więc gdy Chris zatrzymał auto w poprzek drogi, i ona wygramoliła się z niego i co sił w nogach pobiegła do ich samochodu, który stał sobie z boku, wciskając kluczyki najpierw do drzwi, by je otworzyć szarpnięciem, a następnie, żeby odpalić ich samochód i zostawić go na chodzie, żeby był gotowy do wcale nie takiej ewentualnej ucieczki. Żelazo… Miała przy sobie żelazny sztylet, pistolet był bezużyteczny, ale Christopher miał już przy sobie strzelbę i maczetę, gdy więc samochód już im przygotowała, nie zamierzała w nim czekać, aż potwór rozprawi się z blondynem. Przecież nie zostawi go samego.