07.07.2026, 21:16 ✶
Kruki krążyły nisko (tak nisko), że końce ich lotek muskały źdźbła trawy, kiedy słońce obmywało ich pióra. Lydia wiedziała, że śniła, ponieważ czarne ptaki nawet lecąc tuż nad ziemią, nie rzucały cienia.
W świecie ludzi nawet obłoki rzucały cień. We śnie kruki były od tego prawa wolne.
Zeszłej nocy śniła jej się również kobieta. Stała na skraju pola albo może na końcu ścieżki — Black nie była do końca pewna. Miejsce zmieniało się za każdym razem, gdy próbowała je uchwycić. Trudno było połączyć tę twarz z imieniem. Trudno było połączyć piękną twarz z historią. Szukała w pamięci jakiejkolwiek szczeliny, przez którą mogłoby przedostać się rozpoznanie blondwłosej kobiety.
Ponad ich głowami ciągle krążyły kruki, kiedy matka uprzedziła ją o wizycie młodego Mulcibera — Francuz, uzdrowiciel, dobrze urodzony, odpowiedni.
Córka szlachetnego rodu winna posiadać przede wszystkim dwie rzeczy, tj. nienaganne maniery oraz umiejętność ukrywania własnych uczuć. Pierwsza zapewniała jej miejsce w towarzystwie, a druga chroniła ją przed jego ciekawskimi spojrzeniami magicznej socjety. Gdy więc skrzat zapukał do drzwi jej pokoju, odłożyła zamkniętą właśnie księgę oprawioną w ciemną skórę. Poprawiła mankiety czarnej sukni, wygładziła materiał na biodrach.
Odpowiedni. Matko, prowadź mnie, pomyślała.
Lydia nie kazała na siebie długo czekać.
— Lydio — powiedziała Ophelia Black. — Pan Émile Mulciber.
A więc nadeszła chwila, w której należało rozpocząć rozmowę! Tylko od jakich słów zaczynało się rozmowę z kimś, kogo obecność w twoim życiu została zaplanowana zanim jeszcze zdążyło go poznać? Zwłaszcza gdy z woli rodzin miała ona trwać nie przez kilka uprzejmych spotkań, ale i przez całe życie? Od pogody? Od polityki? Od udawania, że dwoje obcych ludzi nie zostało właśnie ustawionych naprzeciw siebie jak dwa konie wystawione na aukcji?
— Panie Mulciber — panna Black skłoniła głowę. — Matka wspominała, że Anglia nie powitała pana najłaskawiej. Nasz klimat ma to do siebie. Pozostaje mi mieć nadzieję, że nie uzna go pan za wystarczający powód, aby rychło powrócić do Francji.
Pierwsze, co zwróciło jej uwagę, nie była twarz mężczyzny, lecz barwa. Pastelowy błękit fularu rozjaśnił ciemny salon jak fragment letniego nieba przypadkiem pozostawiony pośród ciężkich kotar. Chwilę później dostrzegła resztę. Jasne włosy zaczesane do tyłu, elegancką kamizelkę o nieangielskim kroju. Pozwoliła sobie nawet przyjrzeć mu się uważniej. Zauważyła okulary przeciwsłoneczne zaczepione przy kieszeni jego kamizelki. Czy przyniósł fragment paryskiego słońca do ponurej londyńskiej rezydencji?
W świecie ludzi nawet obłoki rzucały cień. We śnie kruki były od tego prawa wolne.
Zeszłej nocy śniła jej się również kobieta. Stała na skraju pola albo może na końcu ścieżki — Black nie była do końca pewna. Miejsce zmieniało się za każdym razem, gdy próbowała je uchwycić. Trudno było połączyć tę twarz z imieniem. Trudno było połączyć piękną twarz z historią. Szukała w pamięci jakiejkolwiek szczeliny, przez którą mogłoby przedostać się rozpoznanie blondwłosej kobiety.
Ponad ich głowami ciągle krążyły kruki, kiedy matka uprzedziła ją o wizycie młodego Mulcibera — Francuz, uzdrowiciel, dobrze urodzony, odpowiedni.
Córka szlachetnego rodu winna posiadać przede wszystkim dwie rzeczy, tj. nienaganne maniery oraz umiejętność ukrywania własnych uczuć. Pierwsza zapewniała jej miejsce w towarzystwie, a druga chroniła ją przed jego ciekawskimi spojrzeniami magicznej socjety. Gdy więc skrzat zapukał do drzwi jej pokoju, odłożyła zamkniętą właśnie księgę oprawioną w ciemną skórę. Poprawiła mankiety czarnej sukni, wygładziła materiał na biodrach.
Odpowiedni. Matko, prowadź mnie, pomyślała.
Lydia nie kazała na siebie długo czekać.
— Lydio — powiedziała Ophelia Black. — Pan Émile Mulciber.
A więc nadeszła chwila, w której należało rozpocząć rozmowę! Tylko od jakich słów zaczynało się rozmowę z kimś, kogo obecność w twoim życiu została zaplanowana zanim jeszcze zdążyło go poznać? Zwłaszcza gdy z woli rodzin miała ona trwać nie przez kilka uprzejmych spotkań, ale i przez całe życie? Od pogody? Od polityki? Od udawania, że dwoje obcych ludzi nie zostało właśnie ustawionych naprzeciw siebie jak dwa konie wystawione na aukcji?
— Panie Mulciber — panna Black skłoniła głowę. — Matka wspominała, że Anglia nie powitała pana najłaskawiej. Nasz klimat ma to do siebie. Pozostaje mi mieć nadzieję, że nie uzna go pan za wystarczający powód, aby rychło powrócić do Francji.
Pierwsze, co zwróciło jej uwagę, nie była twarz mężczyzny, lecz barwa. Pastelowy błękit fularu rozjaśnił ciemny salon jak fragment letniego nieba przypadkiem pozostawiony pośród ciężkich kotar. Chwilę później dostrzegła resztę. Jasne włosy zaczesane do tyłu, elegancką kamizelkę o nieangielskim kroju. Pozwoliła sobie nawet przyjrzeć mu się uważniej. Zauważyła okulary przeciwsłoneczne zaczepione przy kieszeni jego kamizelki. Czy przyniósł fragment paryskiego słońca do ponurej londyńskiej rezydencji?