— Nie omieszkam więc przybiec do ciebie z informacją która to ta jedyna — zaśmiał się cicho. — Nikt od Ciebie takiej przemowy nie wymagał, ale na pewno się nie zmarnuje — dodał jeszcze z przekorą. Gdzieś z tyłu głowy zawsze czaiła się świadomość, jak bliscy sobie byli. Dla niektórych niemal za bliscy, biorąc pod uwagę niektóre konwenanse i jak toczył się świat. Ktoś mógłby więc pomyśleć, że sama przyszła narzeczona mogłaby czuć się obecnością Astorii zagrożona, ale Leviathan… Leviathan niekoniecznie się tym kiedykolwiek przejmował, dlaczego więc miałby teraz? Obecność Avery w jego życiu była czymś stałym i pewnym, jakby była w nim od samego początku i miała już nigdy go nie opuścić.
— Mogę — przyznał, bo przecież nikt nie obdzierał go z prawa wyboru w tym temacie. Problem jednak leżał w nim samym, wspomnieniu Sarki, wszystkich związanych z tym problemów i wreszcie zwykłym fakcie, że cała ta zapowiadana przez niego sytuacja, była wynikiem raczej obowiązku niż tego co chciał. — To co, miałabyś dla mnie jakąś fenomenalną kandydatkę? — szturchnął ją zaczepnie łokciem, posyłając taki sam uśmiech. A nóż okazałoby się, że miała przygotowaną całą kolejkę potencjalnych koleżanek, które czekały na zamążpójście.
— Moja droga, ja bym ciebie nigdy nie oszukał — uśmiechnął się do niej miękko. Łagodnie wręcz, gdyby nie fakt że część twarzy wciąż zasłaniała maska i ciężko było dojrzeć, co się pod nią działo. Ale Astoria znała go za dobrze, by nie dostrzec całości obrazu. Mógł zarzekać się, że każdy był tutaj by zwodzić i oszukiwać, czerpiąc z tego wielką radość, ale prawda była taka, że niektórych nie dało się oszukać. Nie dlatego, że się nie potrafiło, a dlatego że nie chciało się tego robić. Avery była jedną z niewielu osób, z którą wydawał się być absolutnie szczery i niezwykle pocieszała go świadomość, że ona wydawała się traktować go w ten sam sposób. Czując więc jej dłoń w swojej, powiódł ją w kierunku parkietu, gdzie kończyła się jedna melodia, łagodnie przechodząc w następną. Część tańczących do tej pory par rozeszła się, ale szybko ich miejsca zajęły nowe osoby. — Bylebym tylko nie musiał znosić cię z parkietu — zaśmiał się cicho, przyjmując odpowiednią pozycję i ujmując ją za talię, prowadząc w rytm taktów, które popłynęły od strony instrumentów.
Go on, stick your bloody head in the jaws of the beast