Leviathan był w opłakanym stanie. Czerwony, z podrażnianą skórą, a do tego pokrytą gdzieniegdzie bąblami, co było wynikiem próby ugotowania przez niego żaby. Żrący opar zrobił swoje, ale nawet przez moment nie żałował tego, czego się w solankowej grocie. Proponowane natomiast napicie się, było chyba jedną z lepszych rzeczy, jaką można było mu zaproponować. Rowle nigdy nie odmawiał alkoholu i teraz uśmiechnął się nawet w odpowiedzi, ale oczy błądziły po jego obliczu z pewnym zastanowieniu. W oczach Peregrinusa było bowiem widać szaleństwo. Oblepiony był też jakimiś dziwnymi resztkami… ryb? I śmierdział.
— Nie krępuj się — zapewnił go, bo chyba faktycznie był to całkiem dobry pomysł, by jako pierwszy skorzystał dzisiejszego dnia z wody.
Dookoła nich panowała wrzawa podnoszona przez funkcjonariuszy tutejszego ministerstwa. Trochę krzyczeli, trochę machali rękoma, ale wszystko to działo się przede wszystkim po włosku. Leviathan więc rozumiał z tego tyle co nic i było mu z tego powodu całkiem dobrze. A potem coś zapiszczało i przykuło spojrzenie smoka.
Leviathan z rosnącym skonsternowaniem przyglądał się temu, co wyciągał z torby Peregrinus. Wyglądało jak kret, ale te dziwne dłonie nie były stworzone do przekopywania długich korytarzy pod ziemią.
— Intrygujące — wydusił z siebie Rowle, z miejsca zastanawiając się, co niby ON miał zrobić z tym stworzeniem? Wywieźć go w walizce? Pewnie nie byłby to taki głupi pomysł, gdyby nie kręciło się dookoła pełno funkcjonariuszy Ministerstwa. — W jaki sposób? Gryząc po kostkach? — przyjrzał się stworzonku uważnie, próbując dojść do tego czy kojarzy jaki to konkretnie okaz.
Go on, stick your bloody head in the jaws of the beast