08.07.2026, 19:58 ✶
Płaszcz osiadł na jej ramionach ciężarem, którego nie sposób było zmierzyć gęstością samej wełny. Przez krótką chwilę nie zrobiła nic. Stała tylko nieruchomo, pozwalając, by ciepło powoli przesączało się przez kolejne warstwy materiału, niosąc ze sobą zapach rozgrzanej żywicy, herbacianego czaju i miękkiej, zwierzęcej woni, która uparcie nie chciała opuścić futra, choć ono dawno przestało już otulać czyjekolwiek ciało.
Protest, tudzież podziękowanie, zatrzymały się gdzieś pomiędzy spuchniętym od zmieszania gardłem, a związanym językiem. Gdyby tylko był o kilka lat młodszy, w przeciętnym wieku młodzieńca, który zazwyczaj u Garricka rozpoczynał nauki, to nie omieszkałaby go za podobny gest skarcić, może nawet i surowo. Spoufalanie uznawała za próbę podkupienia sobie dodatkowej sympatii u ojca i każdy poprzednik Samuela za podobne gesty dostawał mentalnego kopa w kostki — byli poważaną, rzemieślniczą rodziną o wielowiekowych tradycjach i musiało to zostać podkreślone. Ale Samuel był dorosłym mężczyzną i mimo, iż był człowiekiem cichym i prywatnym, to nie odważyła się gwałtownie zaprotestować. Może podświadomie, wciąż śledząc jego ruchy i próbując odczytać zamiary.
Kiedy tylko się odezwał, Septima oparła się nieznacznie o drzewo. Palce przesunęły się po korze w dziwnie intymnym zbliżeniu. Tak jakby drewno łatwiej było dotknąć niż żywego człowieka.
Dopiero wtedy odpowiedziała.
— Jest jedna… — Spojrzenie nie odnalazło jeszcze Samuela. Wędrowało zaś pomiędzy pniami, zaczepiając się o gałęzie, porosty i ciemniejące plamy ziemi, jakby las pomagał odciągnąć od niej przymus patrzenia komukolwiek w oczy. Bo przy spięcie źrenic czuła, że ma najmniejszą kontrolę nad własnymi słowami. Palce jeszcze raz przesunęły po drewnie; kora była chłodna, porowata, miejscami mięknąca pod grubymi poduszkami mchu, który rozlewał się po pniu niczym woda odnajdująca kolejne zagłębienia pradawnej skały.
— Przewróciła się kilka dni temu…— dodała, a wiatr prześlizgnął się pomiędzy koronami, rozsupłując ich szum na drobniejsze pasma. Sam mógł nie usłyszeć dokładnie jej słów, ale przecież dodane przez nią zdanie nie miało większego znaczenia.
Przeszli kawałek dalej, do miejsca, gdzie ogromne, wykrzywione konary drzew na tle ciemnej zieleni przypominały szkaradne kreatury o długich, haczykowatych szponach. Ściółka przeżuwała od miesięcy wszystko, co do niej trafiało, gałązki, liście i pogubione drobiazgi. Spomiędzy brunatnych liści wystawało niewielkie drewniane kółko pomalowane kiedyś na czerwono. Dopiero gdy przykucnęła, zrozumiała, że był to bączek, dziecięca zabawka, której las najwyraźniej nie zdążył jeszcze całkowicie przetrawić.
Podniosła ją bez namysłu, ale zamiast przyjrzeć jej się uważnie, obejrzała się dookoła siebie tak jakby czegoś ewidentnie szukała. Albo kogoś.
Protest, tudzież podziękowanie, zatrzymały się gdzieś pomiędzy spuchniętym od zmieszania gardłem, a związanym językiem. Gdyby tylko był o kilka lat młodszy, w przeciętnym wieku młodzieńca, który zazwyczaj u Garricka rozpoczynał nauki, to nie omieszkałaby go za podobny gest skarcić, może nawet i surowo. Spoufalanie uznawała za próbę podkupienia sobie dodatkowej sympatii u ojca i każdy poprzednik Samuela za podobne gesty dostawał mentalnego kopa w kostki — byli poważaną, rzemieślniczą rodziną o wielowiekowych tradycjach i musiało to zostać podkreślone. Ale Samuel był dorosłym mężczyzną i mimo, iż był człowiekiem cichym i prywatnym, to nie odważyła się gwałtownie zaprotestować. Może podświadomie, wciąż śledząc jego ruchy i próbując odczytać zamiary.
Kiedy tylko się odezwał, Septima oparła się nieznacznie o drzewo. Palce przesunęły się po korze w dziwnie intymnym zbliżeniu. Tak jakby drewno łatwiej było dotknąć niż żywego człowieka.
Dopiero wtedy odpowiedziała.
— Jest jedna… — Spojrzenie nie odnalazło jeszcze Samuela. Wędrowało zaś pomiędzy pniami, zaczepiając się o gałęzie, porosty i ciemniejące plamy ziemi, jakby las pomagał odciągnąć od niej przymus patrzenia komukolwiek w oczy. Bo przy spięcie źrenic czuła, że ma najmniejszą kontrolę nad własnymi słowami. Palce jeszcze raz przesunęły po drewnie; kora była chłodna, porowata, miejscami mięknąca pod grubymi poduszkami mchu, który rozlewał się po pniu niczym woda odnajdująca kolejne zagłębienia pradawnej skały.
— Przewróciła się kilka dni temu…— dodała, a wiatr prześlizgnął się pomiędzy koronami, rozsupłując ich szum na drobniejsze pasma. Sam mógł nie usłyszeć dokładnie jej słów, ale przecież dodane przez nią zdanie nie miało większego znaczenia.
Przeszli kawałek dalej, do miejsca, gdzie ogromne, wykrzywione konary drzew na tle ciemnej zieleni przypominały szkaradne kreatury o długich, haczykowatych szponach. Ściółka przeżuwała od miesięcy wszystko, co do niej trafiało, gałązki, liście i pogubione drobiazgi. Spomiędzy brunatnych liści wystawało niewielkie drewniane kółko pomalowane kiedyś na czerwono. Dopiero gdy przykucnęła, zrozumiała, że był to bączek, dziecięca zabawka, której las najwyraźniej nie zdążył jeszcze całkowicie przetrawić.
Podniosła ją bez namysłu, ale zamiast przyjrzeć jej się uważnie, obejrzała się dookoła siebie tak jakby czegoś ewidentnie szukała. Albo kogoś.
Kocham drewno i duże bicepsy.