08.07.2026, 20:28 ✶
Helloise czuła się, jakby została w ciemnym pokoju sama. Obecność Guinevere zgasła, mimo że wróżbitka siedziała wciąż na wyciągnięcie ręki. Czarownica nie znała się na tyle na sztukach dywinacyjnych ani widzeniach, aby potrafić ocenić, czy to naturalna część seansu, czy coś, czym by się należało niepokoić. Im bardziej się jednak sytuacja przedłużała, tym więcej kobieta wątpiła w to, czy wszystko w porządku.
— Ginny? — zapytała półgłosem. Dźwięki były blade, ostrożne. Bała się, czy słowami nie zaburzy jakiegoś istotnego elementu w procesie odczytywania przyszłości.
Wtem wróżbitka powróciła do życia. Helloise odetchnęła i wyprostowała się na krześle uspokojona, mimo że McGonagall wcale nie wyglądała entuzjastycznie.
Cóż to miało znaczyć, że dom nie był jej? Wiedźma była całkiem pewna, że ktoś z rodziny zadbał o poprawność postępowania spadkowego po śmierci babci Teofili. Helloise pamiętała, że coś jej kazali podpisywać, gdzieś z kimś chodziła do eleganckich biur. No i cóż z tego? Ona zawsze wiedziała, że bujdą jest moc tych wszystkich papierów i mistycznych aktów notarialnych, w które nabożnie wierzyły rzesze współczesnych czarodziejów.
— Co masz na myśli? Sugerujesz, że moja świętej pamięci cioteczka komuś ten dom odebrała niegodnym sposobem i on mści się na mnie teraz? — dopytała czarownica.
Byłaby tym w zasadzie nieszczególnie zadziwiona. Z babuszki też było niezłe ziółko.
Dalszej opowieści Guinevere kobieta słuchała jak urzeczona, a jej oczy powoli nabierały rozmarzonego wyrazu. Jakież to było cudowne! W słowach wróżbitki przekręcił się przed oczyma czarownicy pełen cykl roku z obfitością jego pór.
— Piękne — westchnęła. — Jak coś takiego może być złe?
Czy raczej: jak coś tak bliskiego naturze mogło ją odrzucić? Dotykało to jednego z niewielu punktów honoru, jakie dla Helloise były rzeczywiście istotne. Gryzło ją, że jakaś dawna siła leśna — choćby złośliwa czy groźna — mogłaby ją w ten sposób odrzucić czy wprost uznać za nieczystą. Zawsze starała się przecież żyć w harmonii z otaczającą ją naturą i być jej dopasowaną częścią.
Czarownica patrzyła nieruchomo na wycelowany w nią demonstracyjnie palec McGonagall. Powaga Guinevere udzieliła się i jej, mimo że do tej pory traktowała ową sprawę bardziej jak próbę sił niż wymierzony w nią atak. Strach było wracać spać w domu, w którym nieopisana siła na człowieka polowała; z drugiej strony: śmierć w szponach leśnego demona byłaby jedną z lepszych, jakie potrafiła sobie wyobrazić.
— Czasem czuję ten pazur w swojej głowie — powiedziała ciężko, przełykając ślinę. — Drapie moje myśli. Nie umiem tego opisać inaczej. Obserwuje mnie. Odprawia wokół mnie rytuały. — Nabierała dystansu z każdym słowem, aby zamaskować swój niepokój i spróbować przybrać pozę, jakoby ona była dla tej tajemniczej siły równym przeciwnikiem. W rzeczywistości zaś czuła się skołowana i poruszała się na ślepo. — Czy ty masz teorię, co to może być? Jakiś rodzaj opętania? — Nie była specjalistką z żadnej z dziedzin, które by mogły dostarczyć rozwiązania zagadki. Nie słyszała także nigdy o podobnych przypadkach.
— Ginny? — zapytała półgłosem. Dźwięki były blade, ostrożne. Bała się, czy słowami nie zaburzy jakiegoś istotnego elementu w procesie odczytywania przyszłości.
Wtem wróżbitka powróciła do życia. Helloise odetchnęła i wyprostowała się na krześle uspokojona, mimo że McGonagall wcale nie wyglądała entuzjastycznie.
Cóż to miało znaczyć, że dom nie był jej? Wiedźma była całkiem pewna, że ktoś z rodziny zadbał o poprawność postępowania spadkowego po śmierci babci Teofili. Helloise pamiętała, że coś jej kazali podpisywać, gdzieś z kimś chodziła do eleganckich biur. No i cóż z tego? Ona zawsze wiedziała, że bujdą jest moc tych wszystkich papierów i mistycznych aktów notarialnych, w które nabożnie wierzyły rzesze współczesnych czarodziejów.
— Co masz na myśli? Sugerujesz, że moja świętej pamięci cioteczka komuś ten dom odebrała niegodnym sposobem i on mści się na mnie teraz? — dopytała czarownica.
Byłaby tym w zasadzie nieszczególnie zadziwiona. Z babuszki też było niezłe ziółko.
Dalszej opowieści Guinevere kobieta słuchała jak urzeczona, a jej oczy powoli nabierały rozmarzonego wyrazu. Jakież to było cudowne! W słowach wróżbitki przekręcił się przed oczyma czarownicy pełen cykl roku z obfitością jego pór.
— Piękne — westchnęła. — Jak coś takiego może być złe?
Czy raczej: jak coś tak bliskiego naturze mogło ją odrzucić? Dotykało to jednego z niewielu punktów honoru, jakie dla Helloise były rzeczywiście istotne. Gryzło ją, że jakaś dawna siła leśna — choćby złośliwa czy groźna — mogłaby ją w ten sposób odrzucić czy wprost uznać za nieczystą. Zawsze starała się przecież żyć w harmonii z otaczającą ją naturą i być jej dopasowaną częścią.
Czarownica patrzyła nieruchomo na wycelowany w nią demonstracyjnie palec McGonagall. Powaga Guinevere udzieliła się i jej, mimo że do tej pory traktowała ową sprawę bardziej jak próbę sił niż wymierzony w nią atak. Strach było wracać spać w domu, w którym nieopisana siła na człowieka polowała; z drugiej strony: śmierć w szponach leśnego demona byłaby jedną z lepszych, jakie potrafiła sobie wyobrazić.
— Czasem czuję ten pazur w swojej głowie — powiedziała ciężko, przełykając ślinę. — Drapie moje myśli. Nie umiem tego opisać inaczej. Obserwuje mnie. Odprawia wokół mnie rytuały. — Nabierała dystansu z każdym słowem, aby zamaskować swój niepokój i spróbować przybrać pozę, jakoby ona była dla tej tajemniczej siły równym przeciwnikiem. W rzeczywistości zaś czuła się skołowana i poruszała się na ślepo. — Czy ty masz teorię, co to może być? Jakiś rodzaj opętania? — Nie była specjalistką z żadnej z dziedzin, które by mogły dostarczyć rozwiązania zagadki. Nie słyszała także nigdy o podobnych przypadkach.
dotknij trawy