Słuchał jej z uwagą do ostatniego słowa, a kiedy ona tłumaczyła mu, jak to wszystko działało, wyraźnie sam próbował ten temat nieco obrócić w myślach. Nigdzie bowiem między jej słowami nie padło, że było to zwyczajnie niemożliwe. To natomiast poruszyło chyba dokładnie tę samą strunę, w którą uderzyło u niej zadane przez niego pytanie. Jakaś ciekawość, która nakazywała sprawdzić wszelkie możliwości i ścieżki, bo może któraś z nich prowadziłaby dokładnie tam, gdzie sobie tego życzyli.
— Nie powiedziałbym, że świstoklika — powiedział wreszcie, bardzo powoli i z wyraźnym zastanowieniem, pocierając przy tym bezwiednie policzek. Spojrzenie szukało czegoś na ścianie, jakby rzucana tam pajęczyna sieci, nosiła w sobie rozwiązanie. Jakie to by było piękne, gdyby znajdowało się teraz ono na wyciagnięcie ręki. — Ale na pewno silna magia translokacyjna — sprecyzował, wreszcie spoglądając na nowo na nią, w jej oczy, i pochylił się nieco do przodu. — Wiesz czym są szafki zniknięć? Magiczne szafy, które pozwalają przejście z punktu A do punktu B. Podobno trzeba je odpowiednio nastroić, żeby trafiło się dokładnie tam, gdzie sobie tego czarodziej życzy, albo raczej do odpowiedniej szafki, ale wiesz o co chodzi. Jest to przejście. Działają bardziej jak drzwi, niż wyboista podróż świstoklikiem. Może to miałoby opierać się na podobnych zasadach? — Niestety, ale do tego czasu nie miał możliwości położenia rąk na czymś takim. Aristov i złożone mu zamówienie pozostawało cicho, okropnie cicho. — Pewnie gdyby udałoby ci się taką dorwać, byłabyś w stanie lepiej przestudiować jak one działają. Ja próbowałem, ale niestety mój kontakt się nie odzywał. I nie ma za co — uśmiechnął się do niej. Można by powiedzieć, że wesoło, gdyby kiedykolwiek zdarzało mu się w ten sposób operować twarzą. Niewątpliwie jednak, był to uśmiech przyjemny, założony specjalnie w kontraście do jej kwaśnej miny.
Potem podjął temat jej przyszłego nowego podopiecznego. Ptasie jajo samo w sobie nie wydawało mu się niczym specjalnym. Ot, ciekawostka ze wschodu, którą ktoś systematycznie próbował rozprowadzać po Wielkiej Brytanii, albo zwyczajnie chciał się pozbyć nadmiaru. Cokolwiek sprzedawcą powodowało, pozwalało zyskać całkiem ciekawy dla oka okaz. Skrzat domowy pojawił się i zniknął, wypełniając polecenie swojej właścicielki i dość szybko wracając z pudełeczkiem, które do granic możliwości wypełnione było leśną ściółką.
— Daj — rzucił łagodnie, wyciągając w jej stronę dłoń. Mógł ją poinstruować, ale nic nie zastępowało wprawnych rąk. — Na pewno mu nie zaszkodzi. Ciemność i wilgoć, to jedne z kluczowych warunków — tłumaczył dalej, rozgrzebywając ściółkę, tak by zrobić w niej przytulne wgłębienie, w którym następnie ułożył jajo. Mieszanka liści, ziemi i igliwia wydawała się być idealna, więc zagrzebał je dokładnie, a następnie sięgnął po różdżkę, chcąc za jej pomocą nieco nawilgotnić całość, tak by zanadto nie wyschła przez kolejną dobę. — Dwadzieścia cztery godziny. Potem powinien zacząć się wykluwać i będzie cały twój.
Go on, stick your bloody head in the jaws of the beast