Z żelaznymi prętami był jeden zasadniczy problem: trzeba było się do stracha najpewniej zbliżyć, a to oznaczało znalezienie się w zasięgu tak haka jak i kosy. No chyba, że wyczuwał żelazo z daleka i nie zbliżał się wtedy do osoby, która była przezeń „chroniona” – to wszystko to były tylko teorie, których tak naprawdę Victoria wcale nie chciała sprawdzać o testować na własnej skórze, ani również na skórze Christophera. Trudno było jej zresztą uwierzyć, że ten stwór nie został nigdzie opisany, na pewno był, tylko szukali pod złą nazwą (on miał jakąś nazwę? Na pewno miał) i znając życie w złej książce i ciemnowłosa już sobie obiecała, że po tej całej akcji przekopie wszystkie książki, żeby wiedzieć chociaż, z czym właściwie mieli do czynienia.
A teraz i tak mocno ściskała pręt trzymany na kolanach, jakby to miała być jakaś niema modlitwa, albo przynajmniej prośba o pomyślność, gdy mknęli samochodem w tej ciemności bliskiej świtu i dostrzegli jasnowłosą postać, a gdzieś za nią wielką postać jak z koszmarów. Zobaczenie go po raz trzeci było jednocześnie prostsze, bo człowiek już wiedział dokładnie, czego się spodziewać i jednocześnie nadal robiło wrażenie, w końcu gigantyczny stwór poubierany w jakieś szmaty, będące kiedyś zapewne jakiś ubraniem, w kapelusz, we wszystko, co miało go upodobnić do człowieka i służyć jako odstraszenie szkodników, z kosą i hakiem, to nie było coś, co widywało się na co dzień – a ciemności również dodawały swoje. Cienie były wtedy jakoś bardziej złowieszcze.
Samochodem zarzuciło, blondynka zdążyła wcisnąć się do tyłu, Chris walczył z samochodem, a czasu na reakcję nie miał zbyt wiele, zdecydował się za to ruszyć po prostu do przodu, a Victoria instynktownie złapała się rączki przy drzwiach i wstrzymała oddech, kiedy ostrze kosy spotkało się z drzwiami krzesząc iskry i ten nieprzyjemny odgłos podobny do drapania po tablicy.
Udało im się jakimś cudem umknąć pomiędzy ramieniem (?) stracha, który został w tyle, a Victoria w uspokajającym geście poklepała Chrisa po udzie. Ostatecznie…. Lepiej brać samochód do warsztatu niż stracić rękę. Albo głowę.
– Tak, wiemy – mruknęła, odwracając się w końcu do dziewczyny, równie przerażonej jak Brian i jego partnerka (chyba Jessica…). – Z nami zrobili w końcu to samo – stwierdziła i wtedy oczy Emily przeniosły się najpierw na twarz Victorii, potem na tył głowy Christophera i w końcu połączyła wątki. Strach i adrenalina robiły swoje.
– To… ale… – wydukała z siebie i odwróciła się, najpewniej chcąc zobaczyć czy strach ich goni.
– Posłuchaj mnie, Emily. Wszystko ci opowiemy, ale trochę nie ma czasu. Czy jesteś w stanie nam coś powiedzieć o tym wielkim drzewie w miasteczku? Jesteśmy prawie pewni, że ma ono coś wspólnego z tym potworem – powiedziała w końcu, mając nadzieję, że jednak dziewczyna ogarnie się na tyle, żeby być w stanie mówić.