Trochę tak było – że Helloise została w tym pokoju sama, bo choć ciałem Ginny była tutaj z nią, tak duchem była zdecydowanie w innym miejscu. Pytanie tylko w jakim, bo nie była to chata Helloise, a wzgórze i drzewo, i inne rzeczy, jakie widziała, nie były jej znajome. Ale znowu… nie byłoby to pierwszy raz. W czerwcu miała wiele snów o pewnym jeziorze, snów, które przelewała na papier w szkicach i malunkach, a jeden z takich Thomas Figg rozpoznał i miejsce okazało się całkowicie prawdziwe.
– Co? – zapytała bez sensu po pytaniach blondynki, bo Guinevere zupełnie nie to miała na myśli i aż przekrzywiła w głowę, powtarzając w pamięci swoje słowa i pytania kobiety. – Och. Nie, nie. Miałam na myśli, że to nie twoja chata jest wrogo wobec ciebie nastawiona – powiedziała w końcu nieco zachrypniętym głosem, jakby miała przez ostatnią godzinę zaciśnięte gardło, co rzecz jasna nie było możliwe. Odchrząknęła dwa razy i nawet odruchowo pomasowała swoją szyję, jakby to faktycznie miało pomóc. – Chata raczej nie jest w stanie mącić we wróżbach z kuli. Wiesz… Te kształty, wiadomości to nie jest kwestia tego, co wróżbita sobie wymyśli – a z pewnością nie gdy wróżbita był na symbole wrażliwy i wiedział jak patrzeć. Nefret przełknęła ślinę, próbując bardzo pozornie nawilżyć gardło. Ta herbata bardzo im się jednak przyda… – To magia, która odpowiada na pytania, wysyła znaki. I to coś… albo ktoś… wyczuł moje spojrzenie w kulę. Nie wiem jak. Nie wiedziałam, że to w ogóle jest możliwe – McGonagall wpatrywała się przez moment w Helloise, po czym bezwiednie spojrzenie spoczęło jej na kuli, na mlecznobiałej mgle, która kotłowała się wewnątrz.
Nie trwało długo, a jasnobrązowe oczy ponownie podniosły się na Helloise. Powoli kiwnęła głową.
– Tak. Wiem o co ci chodzi. Ten głos… To brzmiało jakby hmm… Jakby drapać w drzewo. Był taki chropowaty – czy głos może być chropowaty? – Nie wiem jak to opisać, ale cokolwiek to było, nie spodziewało się tego, że ktoś na nie zerknie. Kula jasno mówi o zagrożeniu, niebezpieczeństwie. Nie mam pojęcia co to było, ale ewidentnie jest związane z naturą. I miałam wrażenie, że to coś jest… stare. Bardzo stare. Pradawne może? Ten palec wyglądał… Wiesz co. Narysuję ci to, co widziałam. Może to ci powie więcej niż mi – Ginny ostatecznie dużo rysowała; kiedyś jako dziecko, następnie wróciła do tego w lecie, nie mogąc sobie do końca poradzić z ciężarem niektórych snów, symbolik, których nie dostrzegała od razu. Pozwalało jej to oczyścić głowę. – Chodź, pójdziemy na to ciasto i herbatę… a ja w tym czasie narysuję to co pamiętam. Póki pamiętam – dodała i uśmiechnęła się krzywo. – Opętanie chyba dotyczy istot żywych, a nie materii nieożywionej jak chata. Chyba, że to coś próbuje opętać ciebie – stwierdziła, nakładając atłasową szmatkę na kulę.