13.07.2026, 16:22 ✶
Rodolphus odprowadził panią Alderley wzrokiem, ale oczywiście wstał i ukłonił się, gdy ta wstawała. A gdy starsza kobieta zniknęła za ciężkimi drzwiami restauracji, pozwolił, by z jego twarzy opadła ta niezwykła, zaskakująco autentyczna łagodność. Nie wrócił jednak do swojej typowej, lodowatej maski czystokrwistego arystokraty. Zamiast tego na jego ustach wykwitł leniwy, autentycznie rozbawiony uśmiech, a w ciemnych oczach błysnęła ta sama przekorna iskra, która rzadko pojawiała się na salonach, rezerwowana dla nielicznych. Przez chwilę milczał, bębniąc palcami o blat stołu w rytm powolnego, londyńskiego deszczu uderzającego o szyby. Słysząc jej oskarżycielski ton i teorię o złośliwości losu, oparł się wygodnie o oparcie krzesła i zmierzył Astorię rozbawionym spojrzeniem.
– Ledwo się znamy? Tylko znajomymi? – powtórzył jej słowa, celowo zniżając głos i parodiując jej niedawne, spanikowane zapewnienia. – Och, Astorio. Gdyby pani Alderley miała jeszcze trochę czasu, zapewne wyciągnęłaby z ciebie datę naszego rzekomego ślubu. Miałaś wypieki godne trzeciorocznej hogwarckiej uczennicy, którą przyłapano na czytaniu romansów pod kołdrą.
Pochylił się lekko w jej stronę, opierając przedramiona o stół. W jego postawie nie było już sztywności – Londyn, z całym swoim brudem i niepokojem, zostawał za oknami, a tutaj, w ciepłym świetle lamp, grali w swoją własną grę.
– I doprawdy, ranisz moją dumę. Gdybym cię śledził, wybrałbym znacznie bardziej spektakularne okoliczności niż pomaganie staruszce w przesuwaniu i naprawie dębowych kredensów. Choć muszę przyznać… obrona przed jej swataniem była o wiele trudniejszym zadaniem niż jakikolwiek pojedynek na zaklęcia, w którym brałem udział.
Sięgnął po kartę dań, którą zostawiła im pani Alderley, i przejrzał ją pobieżnie, po czym uniósł wzrok z powrotem na dziewczynę. Jego uśmiech złagodniał, stając się cieplejszy, choć wciąż podszyty był tą nową, kruchą szczerością, która tak bardzo nie pasowała do nazwiska Lestrange.
– Skoro jednak los – lub moja rzekoma złośliwość – znowu nas tu uwięził, a rachunek jest otwarty… proponuję zawieszenie broni na czas kolacji. No, chyba że wolisz dalej uciekać wzrokiem i udawać, że to ja rzuciłem na nas klątwę przyciągania. Co zamierzasz zamówić, moja „ledwo znana znajoma”?
Sielankową atmosferę i cichy brzęk sztućców brutalnie jednak przerwał nagły, piskliwy podniesiony głos dochodzący z sąsiedniego stolika, zaledwie metr od nich. Siedziała tam para – młoda kobieta w jaskrawym, wzorzystym płaszczu, który krzyczał estetyką wczesnych lat siedemdziesiątych, oraz mężczyzna z wyraźnie zmęczoną twarzą, nerwowo miętoszący w dłoniach serwetkę.
– Przestań mi wmawiać, że to był przypadek, Arthur! – fuknęła kobieta na tyle głośno, że kilku gości w restauracji odwróciło głowy. Uderzyła dłonią w stół, aż podskoczyły filiżanki. – Ja wiem, co widziałam. Ty zawsze coś kręcisz, zawsze masz jakiś ukryty plan! Całe twoje życie to jeden wielki spisek, a ja mam dość bycia tą naiwną, która we wszystko wierzy!
– Na miłość boską, Margaret, błagam cię, zniż głos – odpowiedział mężczyzna, a w jego głosie brzmiała absolutna, niemal błagalna bezsilność. Spojrzał na nią z tak uderzającą, czystą szczerością, że trudno było mu nie uwierzyć. – Mówię ci prawdę. Przysięgam na wszystko, co mam. Nie ma tu żadnego drugiego dna, żadnego kłamstwa. Dlaczego ty zawsze musisz węszyć podstęp tam, gdzie go nie ma?
– Bo jesteś zbyt idealny, żeby to było prawdziwe! – rzuciła jadowicie, zakładając ręce na piersi i ostentacyjnie odwracając głowę w stronę okna, dokładnie w kierunku Astorii i Rodolphusa.
Awantura przy stoliku obok była tak groteskowym, a zarazem idealnym zwierciadłem dla ich własnego odbicia relacji. Lestrange odchrząknął, odwracając wzrok od kobiety. Arthur patrzył na nich błagalnie, ale w tej walce był sam. Mężczyźni nie mieli czegoś takiego jak solidarność jajników. I chyba Astoria także czuła się… dziwnie w tej sytuacji. Nawet on wyglądał na zbitego z tropu, bowiem to, co powiedziała Margaret, było… Coż. Spojrzał na pannę Avery z zastanowieniem. Czy ona także tak o nim myślała? Czy za tą podejrzliwością jej kryło się coś więcej, niż złe wspomnienia?
– Ledwo się znamy? Tylko znajomymi? – powtórzył jej słowa, celowo zniżając głos i parodiując jej niedawne, spanikowane zapewnienia. – Och, Astorio. Gdyby pani Alderley miała jeszcze trochę czasu, zapewne wyciągnęłaby z ciebie datę naszego rzekomego ślubu. Miałaś wypieki godne trzeciorocznej hogwarckiej uczennicy, którą przyłapano na czytaniu romansów pod kołdrą.
Pochylił się lekko w jej stronę, opierając przedramiona o stół. W jego postawie nie było już sztywności – Londyn, z całym swoim brudem i niepokojem, zostawał za oknami, a tutaj, w ciepłym świetle lamp, grali w swoją własną grę.
– I doprawdy, ranisz moją dumę. Gdybym cię śledził, wybrałbym znacznie bardziej spektakularne okoliczności niż pomaganie staruszce w przesuwaniu i naprawie dębowych kredensów. Choć muszę przyznać… obrona przed jej swataniem była o wiele trudniejszym zadaniem niż jakikolwiek pojedynek na zaklęcia, w którym brałem udział.
Sięgnął po kartę dań, którą zostawiła im pani Alderley, i przejrzał ją pobieżnie, po czym uniósł wzrok z powrotem na dziewczynę. Jego uśmiech złagodniał, stając się cieplejszy, choć wciąż podszyty był tą nową, kruchą szczerością, która tak bardzo nie pasowała do nazwiska Lestrange.
– Skoro jednak los – lub moja rzekoma złośliwość – znowu nas tu uwięził, a rachunek jest otwarty… proponuję zawieszenie broni na czas kolacji. No, chyba że wolisz dalej uciekać wzrokiem i udawać, że to ja rzuciłem na nas klątwę przyciągania. Co zamierzasz zamówić, moja „ledwo znana znajoma”?
Sielankową atmosferę i cichy brzęk sztućców brutalnie jednak przerwał nagły, piskliwy podniesiony głos dochodzący z sąsiedniego stolika, zaledwie metr od nich. Siedziała tam para – młoda kobieta w jaskrawym, wzorzystym płaszczu, który krzyczał estetyką wczesnych lat siedemdziesiątych, oraz mężczyzna z wyraźnie zmęczoną twarzą, nerwowo miętoszący w dłoniach serwetkę.
– Przestań mi wmawiać, że to był przypadek, Arthur! – fuknęła kobieta na tyle głośno, że kilku gości w restauracji odwróciło głowy. Uderzyła dłonią w stół, aż podskoczyły filiżanki. – Ja wiem, co widziałam. Ty zawsze coś kręcisz, zawsze masz jakiś ukryty plan! Całe twoje życie to jeden wielki spisek, a ja mam dość bycia tą naiwną, która we wszystko wierzy!
– Na miłość boską, Margaret, błagam cię, zniż głos – odpowiedział mężczyzna, a w jego głosie brzmiała absolutna, niemal błagalna bezsilność. Spojrzał na nią z tak uderzającą, czystą szczerością, że trudno było mu nie uwierzyć. – Mówię ci prawdę. Przysięgam na wszystko, co mam. Nie ma tu żadnego drugiego dna, żadnego kłamstwa. Dlaczego ty zawsze musisz węszyć podstęp tam, gdzie go nie ma?
– Bo jesteś zbyt idealny, żeby to było prawdziwe! – rzuciła jadowicie, zakładając ręce na piersi i ostentacyjnie odwracając głowę w stronę okna, dokładnie w kierunku Astorii i Rodolphusa.
Awantura przy stoliku obok była tak groteskowym, a zarazem idealnym zwierciadłem dla ich własnego odbicia relacji. Lestrange odchrząknął, odwracając wzrok od kobiety. Arthur patrzył na nich błagalnie, ale w tej walce był sam. Mężczyźni nie mieli czegoś takiego jak solidarność jajników. I chyba Astoria także czuła się… dziwnie w tej sytuacji. Nawet on wyglądał na zbitego z tropu, bowiem to, co powiedziała Margaret, było… Coż. Spojrzał na pannę Avery z zastanowieniem. Czy ona także tak o nim myślała? Czy za tą podejrzliwością jej kryło się coś więcej, niż złe wspomnienia?