13.07.2026, 21:12 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 03.09.2026, 10:52 przez Keyleth Nico Yako.)
Nawet jeśli miała schowany swój podręcznik do angielskiego głęboko głęboko głęboko w swoim plecaku i nawet jeśli tenże plecak z całym zapasem przedmiotów (właściwie ze wszystkimi przedmiotami, które posiadała jak dotąd) pozostał w jej małym pokoiczku, to jednak w swojej małej główce o ograniczonej rozpiętości loków (na poczet świąteczny) odhaczała kolejne punkty. Wściekle zielone oczy świeciły jak psu jajca na wiosnę, w zachwycie wszystkimi i wszystkim, a komplement pana Woody'ego wylądował w jej dłoniach tak niespodziewanie, że aż nie wiedziała absolutnie co powiedzieć.
– To my wszyscy się staraliśmy… – burknęła patrząc to po Asence to po Zenku i Julku, bo Lewis wiadomo skupiony był na tym co działo się w garach, a co teraz…
Modlitwa modlitwą, komplementy komplementami, gdy padło hasło dające możliwość zjedzenia posiłku i momentalnie Keyleth zapomniała o jakichkolwiek konwenansach. Była po prostu wściekle głodna. Była głodna JAK WILK (co zapewne wywołałoby uśmiech na twarzy Aseny z wiadomych powodów), a to oznaczało, że jej dłonie powędrowały od razu do półmisków i nie, nie było czasu na mówienie prawdy czy kłamanie (o jakim kłamaniu w ogóle była mowa, skoro absolutnie wszystko co wyszło spod dłoni Lewisa było absolutnym hitem nad hitami i najlepszą rzeczą jaką jadła od poprzedniego zaserwowanego przez przyjaciela posiłku!).
Zapomniała przy tym o sztućcach, złociste bransoletki pobrzękiwały gdy wyciągnięta przez cały stół odrywała nogę gęsi tylko po to by nie wylądowała na talerzu a prosto w jej ustach. Wracając na miejsce drugą ręką sięgnęła od razu po pajdę chleba tylko po to, by kątem oka dostrzec naczynie pełne masła. Stęknęła niezadowolona z twarzą pełną mięsiwa, bo jednak do posmarowania pajdy potrzebny był nóż. Zagryzła nią jednak mięsiwo (wciąż przeżuwane) i chciała sięgnąć po nóż, gdy w jej oczy wpadło puree. Miała zacząć od ciasta? Niedoczekanie. Odrywała kolejny kawał z nogi pieczonego drobiu, obficie na chleb nakładając puree (czy będzie mogła to posmarować masłem), gdy defilada innych głodomorów pojawiła się w sali.
– Onienienienienienie onie onieonie…! – poderwała się na równe nogi, całkiem zwinnie opuszczając swoje miejsce i wycierając rękawem usta – Gajto, Iwanie, Maddy, Miyale… i Ty Cynamonko! Nawet Ty?! – sapnęła karcąco, po czym odwróciła się nieco płochliwie w stronę Woody'ego. W końcu to była jej odpowiedzialność opiekować się gryzoniami, jako że jej samej nie było do nich zbyt daleko – Już się nimi zajmuje, już już… – zapewniła, opuszczając dłoń do wysokości podłogi, by zwabić je wonią pieczystych pulchnych paluszków. – Taś taś, nie potrzebujecie Rudolfa z czerwonym nosem, już, dam Wam pyszności w Waszym pokoiku, taś taś… – zachęcała słodkie zwierzątka po dobroci, nim sięgnęła po swój tryb psa pasterskiego i wściekłą fretkę w natarciu.
Głodomór, Poza Schematem, WoP II umożliwiający mi opiekę nad włochatymi oślizgłymi
– To my wszyscy się staraliśmy… – burknęła patrząc to po Asence to po Zenku i Julku, bo Lewis wiadomo skupiony był na tym co działo się w garach, a co teraz…
Modlitwa modlitwą, komplementy komplementami, gdy padło hasło dające możliwość zjedzenia posiłku i momentalnie Keyleth zapomniała o jakichkolwiek konwenansach. Była po prostu wściekle głodna. Była głodna JAK WILK (co zapewne wywołałoby uśmiech na twarzy Aseny z wiadomych powodów), a to oznaczało, że jej dłonie powędrowały od razu do półmisków i nie, nie było czasu na mówienie prawdy czy kłamanie (o jakim kłamaniu w ogóle była mowa, skoro absolutnie wszystko co wyszło spod dłoni Lewisa było absolutnym hitem nad hitami i najlepszą rzeczą jaką jadła od poprzedniego zaserwowanego przez przyjaciela posiłku!).
Zapomniała przy tym o sztućcach, złociste bransoletki pobrzękiwały gdy wyciągnięta przez cały stół odrywała nogę gęsi tylko po to by nie wylądowała na talerzu a prosto w jej ustach. Wracając na miejsce drugą ręką sięgnęła od razu po pajdę chleba tylko po to, by kątem oka dostrzec naczynie pełne masła. Stęknęła niezadowolona z twarzą pełną mięsiwa, bo jednak do posmarowania pajdy potrzebny był nóż. Zagryzła nią jednak mięsiwo (wciąż przeżuwane) i chciała sięgnąć po nóż, gdy w jej oczy wpadło puree. Miała zacząć od ciasta? Niedoczekanie. Odrywała kolejny kawał z nogi pieczonego drobiu, obficie na chleb nakładając puree (czy będzie mogła to posmarować masłem), gdy defilada innych głodomorów pojawiła się w sali.
– Onienienienienienie onie onieonie…! – poderwała się na równe nogi, całkiem zwinnie opuszczając swoje miejsce i wycierając rękawem usta – Gajto, Iwanie, Maddy, Miyale… i Ty Cynamonko! Nawet Ty?! – sapnęła karcąco, po czym odwróciła się nieco płochliwie w stronę Woody'ego. W końcu to była jej odpowiedzialność opiekować się gryzoniami, jako że jej samej nie było do nich zbyt daleko – Już się nimi zajmuje, już już… – zapewniła, opuszczając dłoń do wysokości podłogi, by zwabić je wonią pieczystych pulchnych paluszków. – Taś taś, nie potrzebujecie Rudolfa z czerwonym nosem, już, dam Wam pyszności w Waszym pokoiku, taś taś… – zachęcała słodkie zwierzątka po dobroci, nim sięgnęła po swój tryb psa pasterskiego i wściekłą fretkę w natarciu.
Głodomór, Poza Schematem, WoP II umożliwiający mi opiekę nad włochatymi oślizgłymi