Niby nie mieli na to czasu, ale nie mogła sobie odmówić chwili na to wzrokowe badanie drzewa, które było tak fascynującym zjawiskiem nie tylko o tej porze roku, ale też w ogóle, patrząc na jego rozmiary. A jeśli Emily nic się nie pomyliło, to jabłoń urosła do takich rozmiarów w ciągu kilku lat. Jakaś magia z pewnością była tego powodem i Lestrange odmawiała, by wierzyć inaczej.
– Siądę – przytaknęła, odsuwając się, by nie wejść w żadną zapałkę czy liście podpalane przez Chrisa i Emily.
Ale już gdy w połowie zgniłe jabłko tak po prostu spadło tuż obok, a wzrok ślizgał się na niego co chwila, gdy odebrała drugi kanister i wylewała jego zawartość na drzewo, żeby na pewno wszystko się podpaliło, pomyślała sobie, że coś musi być na rzeczy. Coś było nie tak z jabłonią, bo te owoce nie powinny tak szybko gnić, a wczoraj widzieli je piękne, dojrzałe. I absolutnie nikt ich nie zrywał.
– Zabierzemy. Dlatego Chris pobiegł po twoje rzeczy – uśmiechnęła się do dziewczyny, co w świetle ognia płonącego drzewa, musiało wyglądać nieco upiornie. – Nie martw się, nie zostawimy cię samej w polu – dodała jeszcze, wylewając ostatnie krople z kanistra. Obie rzuciły się do samochodu, a Victoria wepchnęła się na miejsce kierowcy i nie miała wiele czasu, żeby przestawić sobie fotel, ale Emily odebrała od niej pusty kanister i wepchnęła go pod któreś siedzenie z tyłu. Czekała tylko, aż Chris wróci i po chwili rzucił naręcze rzeczy, które udało mu się porwać, gdziekolwiek, a Victoria nawet nie czekała, aż zatrzaśnie drzwi z puszczeniem ręcznego. Tym bardziej, że powiedział, że któreś chyba obudził…
– Jeżeli ogień sobie nie poradzi, to gwoździe chyba nie zrobiłyby wiele więcej – rzuciła jeszcze ostatnie spojrzenie na płonące drzewo, gdy wykręcała, żeby zawrócić na drogę, ale zaraz zostało za ich plecami, bo samochód ruszył z piskiem opon. A tak się składało, że znowu będą musieli przejechać obok tych pól i miejsca ataku stracha… – Zresztą trzymaj je. To straszydło może się jeszcze ruszać.