15.07.2026, 09:08 ✶
Rodolphus nie odpowiedział od razu na jej przekorę o dzieciach i kocie. Pozwolił, by kelner przyjął zamówienie – dodając do jej grzybowych tartolek porcję pieczonych pieczarek dla siebie oraz butelkę ciężkiego, wytrawnego Bordeaux – po czym odprawił go krótkim skinieniem głowy. Gdy obok nich rozgorzała awantura, Lestrange nawet nie drgnął. Nie odwrócił głowy. Jego spojrzenie pozostawało utkwione w Astorii, czujne i zimne, choć pod tą powłoką kryło się coś, co rzadko pozwalał komukolwiek dostrzec. Słuchał jej cichych, melancholijnych słów, a każde z nich zdawało się uderzać w strunę, którą oboje starannie próbowali ignorować od tygodni.
„Szczerość zaczyna sprawiać wrażenie najlepiej przygotowanego kłamstwa.”
W jego ciemnych oczach błysnęło coś surowego, pozbawionego dotychczasowej ironii. Doskonale wiedział, że te słowa nie były o parze przy sąsiednim stoliku. Były o nim. O nich. O świecie, w którym oboje zostali wychowani – świecie, gdzie zaufanie było walutą najgłupszych, a każdy uśmiech miał swoją cenę i drugie dno. Gdy Astoria wyznała, że straciła apetyt, Rodolphus powoli wypuścił powietrze. Nie próbował jej namawiać na siłę, nie rzucił żadnego ze swoich złośliwych, lekkich komentarzy. Zamiast tego powoli sięgnął po skórzany portfel, wyjął z niego monety i położył je na stole z nawiązką, niemal bezgłośnie. Niby mieli otwarty rachunek ale nie chciał pozwolić, by to starsza kobieta płaciła za ich posiłek.
– Masz rację. Hałas potrafi zepsuć nawet najlepsze wino – powiedział cicho, a jego głos brzmiał teraz niezwykle spokojnie, niemal kojąco. Odsunął krzesło i wstał, wygładzając idealnie skrojony, ciemny płaszcz. Przez chwilę stał nad nią, wysoki i postawny, odcinając ją swoją sylwetką od reszty rozwrzeszczanej sali, jakby tworzył dla niej niewidzialną barierę bezpieczeństwa.– Chodźmy stąd. Londyński deszcz bywa o wiele bardziej znośny niż cudze dramaty
Odezwał się, podając jej dłoń, by pomóc jej wstać. Gdy Astoria ujęła jego ramię, poczuła pod palcami miękki materiał jego płaszcza.
Ruszyli w stronę wyjścia, zostawiając za sobą krzyki zniecierpliwionej kobiety i brzęk uderzających o siebie talerzy. Gdy tylko ciężkie, dębowe drzwi restauracji zamknęły się za nimi, uderzyło w nich chłodne, wilgotne powietrze listopadowego wieczoru. Deszcz nieco zelżał, zamieniając się w gęstą, wiszącą nad chodnikami mżawkę, w której żółte światła latarni odbijały się jak rozlane złoto. Rodolphus wyczarował nad nimi duży, czarny parasol. Spojrzał na nią z góry, a jego twarz, oświetlona jedynie słabym blaskiem ulicznej lampy, wydawała się spokojniejsza, pozbawiona tej całej salonowej gry.
– Odprowadzę cię do domu, Astorio – zaproponował cicho, dostosowując swój krok do jej tempa. – Bez ukrytych intencji. Bez drugiego dna. Po prostu… nie mam zamiaru pozwolić, byś błąkała się sama po tych mokrych ulicach, myśląc o rzeczach, na które i tak nie mamy dziś wpływu.
„Szczerość zaczyna sprawiać wrażenie najlepiej przygotowanego kłamstwa.”
W jego ciemnych oczach błysnęło coś surowego, pozbawionego dotychczasowej ironii. Doskonale wiedział, że te słowa nie były o parze przy sąsiednim stoliku. Były o nim. O nich. O świecie, w którym oboje zostali wychowani – świecie, gdzie zaufanie było walutą najgłupszych, a każdy uśmiech miał swoją cenę i drugie dno. Gdy Astoria wyznała, że straciła apetyt, Rodolphus powoli wypuścił powietrze. Nie próbował jej namawiać na siłę, nie rzucił żadnego ze swoich złośliwych, lekkich komentarzy. Zamiast tego powoli sięgnął po skórzany portfel, wyjął z niego monety i położył je na stole z nawiązką, niemal bezgłośnie. Niby mieli otwarty rachunek ale nie chciał pozwolić, by to starsza kobieta płaciła za ich posiłek.
– Masz rację. Hałas potrafi zepsuć nawet najlepsze wino – powiedział cicho, a jego głos brzmiał teraz niezwykle spokojnie, niemal kojąco. Odsunął krzesło i wstał, wygładzając idealnie skrojony, ciemny płaszcz. Przez chwilę stał nad nią, wysoki i postawny, odcinając ją swoją sylwetką od reszty rozwrzeszczanej sali, jakby tworzył dla niej niewidzialną barierę bezpieczeństwa.– Chodźmy stąd. Londyński deszcz bywa o wiele bardziej znośny niż cudze dramaty
Odezwał się, podając jej dłoń, by pomóc jej wstać. Gdy Astoria ujęła jego ramię, poczuła pod palcami miękki materiał jego płaszcza.
Ruszyli w stronę wyjścia, zostawiając za sobą krzyki zniecierpliwionej kobiety i brzęk uderzających o siebie talerzy. Gdy tylko ciężkie, dębowe drzwi restauracji zamknęły się za nimi, uderzyło w nich chłodne, wilgotne powietrze listopadowego wieczoru. Deszcz nieco zelżał, zamieniając się w gęstą, wiszącą nad chodnikami mżawkę, w której żółte światła latarni odbijały się jak rozlane złoto. Rodolphus wyczarował nad nimi duży, czarny parasol. Spojrzał na nią z góry, a jego twarz, oświetlona jedynie słabym blaskiem ulicznej lampy, wydawała się spokojniejsza, pozbawiona tej całej salonowej gry.
– Odprowadzę cię do domu, Astorio – zaproponował cicho, dostosowując swój krok do jej tempa. – Bez ukrytych intencji. Bez drugiego dna. Po prostu… nie mam zamiaru pozwolić, byś błąkała się sama po tych mokrych ulicach, myśląc o rzeczach, na które i tak nie mamy dziś wpływu.
Koniec sesji