15.07.2026, 14:15 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 15.07.2026, 14:38 przez Benjy Fenwick.)
Z początku nawet nie zarejestrowałem pierwszego krzyku, będąc gdzieś na tyłach domu i zajmując się czymś kompletnie przyziemnym, a mianowicie gorączkowym poszukiwaniem mojego ulubionego sztylecika, który jakimś cudem znowu odłożyłem w miejsce tak oczywiste, że natychmiast przestało być oczywiste, co stanowiło chyba najbardziej prawdziwy paradoks naszego magicznego udomowienia, na jaki tylko mógłbym wpaść. Dopiero drugie krzyknięcie, znacznie głośniejsze i przepełnione czystym ponagleniem, wydarło mnie z letargu tak skutecznie, że niemal potknąłem się o własne nogi, wybiegając z zagraconej komórki, w której akurat grzebałem. Nie zastanawiałem się ani chwili, tylko od razu ruszyłem szybkim krokiem w kierunku, z którego dochodził do mnie głos Prue, doskonale wiedząc, że jeśli moja żona podnosiła głos do tego stopnia, zazwyczaj oznaczało to jedno z dwojga - albo ktoś właśnie próbował nas zamordować, albo świat postanowił po raz kolejny udowodnić nam, że spokojne, sielankowe życie zwyczajnie nie było nam pisane.
Odkąd zamieszkaliśmy razem pod jednym dachem, zdążyłem się już nauczyć, że Prudence była uosobieniem spokoju i niezwykle rzadko podnosiła głos, a histeria była ostatnią rzeczą, jakiej można by się po niej spodziewać, skoro więc teraz wrzeszczała w tak niepokojący sposób, sytuacja musiała być naprawdę krytyczna, w naszej specyficznej rzeczywistości żaden rozsądny człowiek nie ignorowałby podobnego tonu. Podczas gdy pędziłem korytarzem, moje serce waliło jak oszalałe, jednak nie z powodu wysiłku, lecz przez to, iż wyobraźnia, mocno nadwyrężona przez wydarzenia ostatnich miesięcy, zaczęła błyskawicznie podsuwać mi najczarniejsze scenariusze - od pożaru, ulatniającego się gazu i zapadniętej podłogi, przez eksplodujący kocioł, aż po nagły atak bandy zamaskowanych czarodziejów, krwiożerczych inferiusów czy nawet tamtego wyjątkowo złośliwego poltergeista, który zaatakował ją wcześniej na ulicy przed Ministerstwem.
Wpadłem do salonu z różdżką automatycznie uniesioną w dłoni, gotów rzucić pierwsze lepsze zaklęcie obronne i własnym ciałem zasłonić Prudence przed śmiertelnym niebezpieczeństwem, po czym… Zatrzymałem się tak gwałtownie, jakbym z pełnym impetem przywalił czołem w niewidzialną, litą ścianę - dosłownie zamarłem w pół kroku - moja jedna noga zawisła w powietrzu, dłoń kurczowo zacisnęła się na framudze drzwi, a mózg chyba natychmiast wyszedł na zaległego papierosa, ponieważ przez dobre kilkanaście sekund nie byłem w stanie przetworzyć tego, co właściwie widziały moje oczy. Zamiast groźnych napastników, całe pomieszczenie spowijała gigantyczna, misternie utkana pajęczyna, która ciągnęła się od jednej ściany do drugiej, oplatając dębowe belki pod sufitem i zwisając ciężkimi, lśniącymi pasmami niczym upiorne dekoracje przygotowane na bal z okazji Samhain organizowany u obłąkanego, wiktoriańskiego arystokraty.
Poczuwszy bardzo nieprzyjemny dreszcz przebiegający mi po karku, przez kilka dobrych sekund gapiłem się na to geometryczne cudo. Jako były klątwołamacz widziałem w swoim życiu naprawdę wiele - włóczyłem się po starożytnych ruinach, zaglądałem do zapomnianych grobowców, widziałem pajęczyny akromantul wielkości wozów głęboko w Zakazanym Lesie, w które bez trudu mógłby złapać się dorosły jeleń - jednak to, co zastałem we własnym domu, wyglądało wprost… Masywnie.
Zacząłem gorączkowo przeszukiwać pamięć w poszukiwaniu jakichkolwiek informacji o magicznych pajęczakach, lecz doszedłem do skrajnie niewesołego wniosku, że żaden znany mi gatunek nie powinien być zdolny do takiego wyczynu. Mrugnąłem kilkakrotnie, mając nadzieję, że to tylko omam wzrokowy wywołany brakiem kawy, ale niesamowita konstrukcja uparcie nie chciała zniknąć, odruchowo uniosłem więc wzrok wyżej, jakbym spodziewał się zobaczyć pajęczaka wielkości smoka, który właśnie kończył ostatnie poprawki. Na szczęście - lub też nie - go tam nie było. I choć jakaś lekkomyślna część mnie miała ochotę podejść bliżej, każdy instynkt przetrwania, który pozwolił mi dożyć dorosłości, szczególnie w moim fachu, darł się wniebogłosy, żebym absolutnie nie stawiał ani kroku naprzód - jeśli jakiekolwiek stworzenie było w stanie utkać tak monumentalną konstrukcję w zaledwie jedną noc, to podświadomie wolałem nawet nie myśleć o gabarytach jego autora.
- Pluey… Co… - To było dosłownie wszystko, co udało mi się z siebie wydusić, nie dało się ukryć, że moja elokwencja w tej konkretnej chwili była z pewnością godna człowieka, który właśnie stanął oko w oko z zupełnie nowym, niewytłumaczalnym gatunkiem magicznego horroru.
Nagle, kątem oka, zarejestrowałem gwałtowny ruch na jednej z grubych nici - coś maleńkiego i ledwie dostrzegalnego przemknęło po niej z prędkością, która wydawała się wręcz fizycznie niemożliwa - zamarłem po raz kolejny, chociaż nie ze strachu przed tym konkretnym, mikroskopijnym stworzonkiem, lecz z przerażenia na myśl o potencjalnych rozmiarach reszty jego domniemanej rodziny.
- Dobla. - Przełknąłem ciężko gęstą, rozgrzaną ślinę, starając się opanować drżenie rąk. To małe coś z pewnością nie mogło być konstruktorem tak monstrualnych połączeń sieciowych, co oznaczało, że z dużym prawdopodobieństwem było zwiadowcą, wysłanym do zrobienia rozeznania, dlatego tylko przeleciało po tej gigantycznej autostradzie, ale gdzie, do jasnej cholery, ukrywała się cała reszta tej ośmionogiej armii? - Plan jest następujący. Nie panikujemy, nie wykonujemy szadnych gwałtownych luchów i pszede wszystkim nie pokazujemy im stlachu. Nie dajmy tym małym potwolom satysfa… - Dokładnie w tym samym ułamku sekundy poczułem, jak coś niezwykle delikatnego, zimnego i nitkowatego subtelnie muska mnie z tyłu po karku. Wydałem z siebie piskliwy dźwięk, którego żaden dorosły i szanujący się mężczyzna nigdy nie powinien z siebie wydobyć, po czym poderwałem się z miejsca na dobre pół metra w górę, zacząwszy okładać własną szyję obiema dłońmi z taką samą desperacją, z jaką walczyłbym z duszącym mnie inferiusem.
- JEST NA MNIE?!
Odkąd zamieszkaliśmy razem pod jednym dachem, zdążyłem się już nauczyć, że Prudence była uosobieniem spokoju i niezwykle rzadko podnosiła głos, a histeria była ostatnią rzeczą, jakiej można by się po niej spodziewać, skoro więc teraz wrzeszczała w tak niepokojący sposób, sytuacja musiała być naprawdę krytyczna, w naszej specyficznej rzeczywistości żaden rozsądny człowiek nie ignorowałby podobnego tonu. Podczas gdy pędziłem korytarzem, moje serce waliło jak oszalałe, jednak nie z powodu wysiłku, lecz przez to, iż wyobraźnia, mocno nadwyrężona przez wydarzenia ostatnich miesięcy, zaczęła błyskawicznie podsuwać mi najczarniejsze scenariusze - od pożaru, ulatniającego się gazu i zapadniętej podłogi, przez eksplodujący kocioł, aż po nagły atak bandy zamaskowanych czarodziejów, krwiożerczych inferiusów czy nawet tamtego wyjątkowo złośliwego poltergeista, który zaatakował ją wcześniej na ulicy przed Ministerstwem.
Wpadłem do salonu z różdżką automatycznie uniesioną w dłoni, gotów rzucić pierwsze lepsze zaklęcie obronne i własnym ciałem zasłonić Prudence przed śmiertelnym niebezpieczeństwem, po czym… Zatrzymałem się tak gwałtownie, jakbym z pełnym impetem przywalił czołem w niewidzialną, litą ścianę - dosłownie zamarłem w pół kroku - moja jedna noga zawisła w powietrzu, dłoń kurczowo zacisnęła się na framudze drzwi, a mózg chyba natychmiast wyszedł na zaległego papierosa, ponieważ przez dobre kilkanaście sekund nie byłem w stanie przetworzyć tego, co właściwie widziały moje oczy. Zamiast groźnych napastników, całe pomieszczenie spowijała gigantyczna, misternie utkana pajęczyna, która ciągnęła się od jednej ściany do drugiej, oplatając dębowe belki pod sufitem i zwisając ciężkimi, lśniącymi pasmami niczym upiorne dekoracje przygotowane na bal z okazji Samhain organizowany u obłąkanego, wiktoriańskiego arystokraty.
Poczuwszy bardzo nieprzyjemny dreszcz przebiegający mi po karku, przez kilka dobrych sekund gapiłem się na to geometryczne cudo. Jako były klątwołamacz widziałem w swoim życiu naprawdę wiele - włóczyłem się po starożytnych ruinach, zaglądałem do zapomnianych grobowców, widziałem pajęczyny akromantul wielkości wozów głęboko w Zakazanym Lesie, w które bez trudu mógłby złapać się dorosły jeleń - jednak to, co zastałem we własnym domu, wyglądało wprost… Masywnie.
Zacząłem gorączkowo przeszukiwać pamięć w poszukiwaniu jakichkolwiek informacji o magicznych pajęczakach, lecz doszedłem do skrajnie niewesołego wniosku, że żaden znany mi gatunek nie powinien być zdolny do takiego wyczynu. Mrugnąłem kilkakrotnie, mając nadzieję, że to tylko omam wzrokowy wywołany brakiem kawy, ale niesamowita konstrukcja uparcie nie chciała zniknąć, odruchowo uniosłem więc wzrok wyżej, jakbym spodziewał się zobaczyć pajęczaka wielkości smoka, który właśnie kończył ostatnie poprawki. Na szczęście - lub też nie - go tam nie było. I choć jakaś lekkomyślna część mnie miała ochotę podejść bliżej, każdy instynkt przetrwania, który pozwolił mi dożyć dorosłości, szczególnie w moim fachu, darł się wniebogłosy, żebym absolutnie nie stawiał ani kroku naprzód - jeśli jakiekolwiek stworzenie było w stanie utkać tak monumentalną konstrukcję w zaledwie jedną noc, to podświadomie wolałem nawet nie myśleć o gabarytach jego autora.
- Pluey… Co… - To było dosłownie wszystko, co udało mi się z siebie wydusić, nie dało się ukryć, że moja elokwencja w tej konkretnej chwili była z pewnością godna człowieka, który właśnie stanął oko w oko z zupełnie nowym, niewytłumaczalnym gatunkiem magicznego horroru.
Nagle, kątem oka, zarejestrowałem gwałtowny ruch na jednej z grubych nici - coś maleńkiego i ledwie dostrzegalnego przemknęło po niej z prędkością, która wydawała się wręcz fizycznie niemożliwa - zamarłem po raz kolejny, chociaż nie ze strachu przed tym konkretnym, mikroskopijnym stworzonkiem, lecz z przerażenia na myśl o potencjalnych rozmiarach reszty jego domniemanej rodziny.
- Dobla. - Przełknąłem ciężko gęstą, rozgrzaną ślinę, starając się opanować drżenie rąk. To małe coś z pewnością nie mogło być konstruktorem tak monstrualnych połączeń sieciowych, co oznaczało, że z dużym prawdopodobieństwem było zwiadowcą, wysłanym do zrobienia rozeznania, dlatego tylko przeleciało po tej gigantycznej autostradzie, ale gdzie, do jasnej cholery, ukrywała się cała reszta tej ośmionogiej armii? - Plan jest następujący. Nie panikujemy, nie wykonujemy szadnych gwałtownych luchów i pszede wszystkim nie pokazujemy im stlachu. Nie dajmy tym małym potwolom satysfa… - Dokładnie w tym samym ułamku sekundy poczułem, jak coś niezwykle delikatnego, zimnego i nitkowatego subtelnie muska mnie z tyłu po karku. Wydałem z siebie piskliwy dźwięk, którego żaden dorosły i szanujący się mężczyzna nigdy nie powinien z siebie wydobyć, po czym poderwałem się z miejsca na dobre pół metra w górę, zacząwszy okładać własną szyję obiema dłońmi z taką samą desperacją, z jaką walczyłbym z duszącym mnie inferiusem.
- JEST NA MNIE?!
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)