15.07.2026, 23:23 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 15.07.2026, 23:28 przez Benjy Fenwick.)
Patrzyłem na nią jeszcze przez chwilę, po czym przeniosłem wzrok na konstrukcję, powstrzymując wzdrygnięcie się i znowu patrząc w kierunku mojej żony, a… A potem znowu pajęczyny, bo… No, kurwa, naprawdę próbowałem wmówić sobie, że to wszystko było jakąś zbiorową halucynacją. Człowiek nie spodziewał się przecież wbiec do własnego salonu i odkryć, że został on oficjalnie zaanektowany przez arachnidzkie siły okupacyjne. W normalnych okolicznościach pewnie parsknąłbym śmiechem, ale teraz… Teraz brzmiało to boleśnie wiarygodnie, kiedy więc Prue cicho stwierdziła, że przejęły salon, zacisnąłem szczękę i bardzo poważnie pokiwałem głową. Salon już miały, kuchnia była następna - jak zdobędą kuchnię, przejmą zapasy - jak przejmą zapasy, to jesteśmy skończeni - będziemy żyli na ich zasadach.
Brzmiało to absurdalnie, problem polegał na tym, że po zobaczeniu tej pajęczyny przestało mi się wydawać aż tak absurdalne.
- Chuj wie. To był pokaz siły. - Mruknąłem, nie odrywając wzroku od misternie utkanych nici. - Nie buduje się czegoś takiego bez powodu. To komunikat. „Patszcie, co potlafimy zlobiś w jedną noc”. - Odruchowo się wyprostowałem, jakby stanie się większym miało cokolwiek zmienić… Chuja tam. Stanąłem sztywno, starając się pospiesznie przeanalizować sytuację, lecz w rzeczywistości chyba po prostu próbowałem wyglądać jak człowiek, który za chwilę opracuje genialną strategię militarną przeciwko pajęczemu imperium. Słyszałem cichy głos Prudence, widziałem kątem oka, jak kiwnęła głową, najwyraźniej uznając moje brednie za całkiem sensowne - w normalnych okolicznościach byłbym z siebie nawet dumny - problem polegał na tym, że normalne okoliczności właśnie skończyły istnieć.
Otworzyłem usta, żeby powiedzieć jeszcze coś pokrzepiającego, coś w stylu, że przecież sobie poradzimy, że to tylko kilka pająków, kiedy kątem oka dostrzegłem ruch. Bardzo mały ruch… Tak mały, że normalnie pewnie bym go zignorował…
Początkowo nawet nie dotarło do mnie, co właściwie się działo. Poczułem jedynie coś delikatnego na karku, lekkie muśnięcie, przez ułamek sekundy próbowałem wmówić sobie, że to pewnie kosmyk moich własnych włosów albo nitka z koszuli, ale potem to coś… Poruszyło się. Nie mocniej, nie gwałtowniej, po prostu się, kurwa, poruszyło. Wystarczyło ledwie zauważalne łaskotanie pełznące ku szyi, żebym w jednej chwili zapomniał o całej swojej godności. Poczułem swędzenie na karku, na plecach, na ramieniu, właściwie wszędzie… Byłem przekonany, że przynajmniej siedemset pająków właśnie spacerowało po moim ciele.
„Kuuuuurwa!”
Wydałem z siebie dźwięk, którego nigdy wcześniej nie podejrzewałbym u własnej osoby - przysięgam, nie miałem go wcześniej w repertuarze, moje pokiereszowane struny głosowe przeszły same siebie - był wysoki, żałośnie piskliwy i tak kompromitujący, że gdyby usłyszał go którykolwiek z moich kumpli, żyłbym z tym do końca życia. Ba! Co tam kolega - skoro już robiliśmy te wszystkie animalistyczne odniesienia - był tak absurdalnie wysoki, że gdyby usłyszał go jakiś nietoperz, pewnie uznałby mnie za członka rodziny…
- JEST! JEST NA MNIE! - Wydarłem się głosem, którego żaden mężczyzna nie chciałby usłyszeć we własnym wykonaniu. Byłem gotowy potraktować własne plecy Incendio, gdyby nie to, że gdzieś po drodze wypadła mi różdżka. - PLUE, ZDEJMIJ GO! ZDEJMIJ GO ZE MNIE! - Zacząłem wymachiwać rękami jak opętany, próbując jednocześnie dosięgnąć karku i nie dotknąć tego, co, jak byłem przekonany, właśnie próbowało dostać się pod mój kołnierz.
Ona natomiast, zamiast natychmiast ratować mojego ducha i ciało, zachowała ten swój przeklęty, medyczny profesjonalizm - kiedy usłyszałem, że mam się nie ruszać, spojrzałem na nią z autentycznym oburzeniem.
- Nie mogę się nie luszaś! Jeśli się nie luszam, to on wyglywa! Nie chcę zostaś nosicielem jego jajec! - Mimo to spróbowałem, naprawdę spróbowałem, zacisnąłem zęby tak mocno, że aż rozbolała mnie szczęka, rozłożyłem ręce na boki i zastygłem, chociaż każda komórka mojego organizmu krzyczała, żeby biec przed siebie przez najbliższe trzy kilometry. Nachyliłem się do niej ostrożnie.
- Jest? - Zapytałem szeptem. - Powiedz, sze go nie ma. Skłam. Nie oblaszę się. Po plostu powiec, sze go nie ma. - I właśnie wtedy pozułem, jak coś znowu musnęło mnie po karku, całe ciało spięło mi się natychmiast. - O nie, luszył się! Luszył się, przysięgam ci! - Nie wytrzymałem nawet dwóch sekund - znowu zacząłem wykonywać jakieś idiotyczne podskoki połączone z próbą jednoczesnego drapania własnych pleców i karku, co przy moim wzroście wyglądało debilnie, ale… „No, kurwa, jego, pierdolona, mać! Ja pierdolę! Po chuja to miało tyle nóg?!”
Brzmiało to absurdalnie, problem polegał na tym, że po zobaczeniu tej pajęczyny przestało mi się wydawać aż tak absurdalne.
- Chuj wie. To był pokaz siły. - Mruknąłem, nie odrywając wzroku od misternie utkanych nici. - Nie buduje się czegoś takiego bez powodu. To komunikat. „Patszcie, co potlafimy zlobiś w jedną noc”. - Odruchowo się wyprostowałem, jakby stanie się większym miało cokolwiek zmienić… Chuja tam. Stanąłem sztywno, starając się pospiesznie przeanalizować sytuację, lecz w rzeczywistości chyba po prostu próbowałem wyglądać jak człowiek, który za chwilę opracuje genialną strategię militarną przeciwko pajęczemu imperium. Słyszałem cichy głos Prudence, widziałem kątem oka, jak kiwnęła głową, najwyraźniej uznając moje brednie za całkiem sensowne - w normalnych okolicznościach byłbym z siebie nawet dumny - problem polegał na tym, że normalne okoliczności właśnie skończyły istnieć.
Otworzyłem usta, żeby powiedzieć jeszcze coś pokrzepiającego, coś w stylu, że przecież sobie poradzimy, że to tylko kilka pająków, kiedy kątem oka dostrzegłem ruch. Bardzo mały ruch… Tak mały, że normalnie pewnie bym go zignorował…
Początkowo nawet nie dotarło do mnie, co właściwie się działo. Poczułem jedynie coś delikatnego na karku, lekkie muśnięcie, przez ułamek sekundy próbowałem wmówić sobie, że to pewnie kosmyk moich własnych włosów albo nitka z koszuli, ale potem to coś… Poruszyło się. Nie mocniej, nie gwałtowniej, po prostu się, kurwa, poruszyło. Wystarczyło ledwie zauważalne łaskotanie pełznące ku szyi, żebym w jednej chwili zapomniał o całej swojej godności. Poczułem swędzenie na karku, na plecach, na ramieniu, właściwie wszędzie… Byłem przekonany, że przynajmniej siedemset pająków właśnie spacerowało po moim ciele.
„Kuuuuurwa!”
Wydałem z siebie dźwięk, którego nigdy wcześniej nie podejrzewałbym u własnej osoby - przysięgam, nie miałem go wcześniej w repertuarze, moje pokiereszowane struny głosowe przeszły same siebie - był wysoki, żałośnie piskliwy i tak kompromitujący, że gdyby usłyszał go którykolwiek z moich kumpli, żyłbym z tym do końca życia. Ba! Co tam kolega - skoro już robiliśmy te wszystkie animalistyczne odniesienia - był tak absurdalnie wysoki, że gdyby usłyszał go jakiś nietoperz, pewnie uznałby mnie za członka rodziny…
- JEST! JEST NA MNIE! - Wydarłem się głosem, którego żaden mężczyzna nie chciałby usłyszeć we własnym wykonaniu. Byłem gotowy potraktować własne plecy Incendio, gdyby nie to, że gdzieś po drodze wypadła mi różdżka. - PLUE, ZDEJMIJ GO! ZDEJMIJ GO ZE MNIE! - Zacząłem wymachiwać rękami jak opętany, próbując jednocześnie dosięgnąć karku i nie dotknąć tego, co, jak byłem przekonany, właśnie próbowało dostać się pod mój kołnierz.
Ona natomiast, zamiast natychmiast ratować mojego ducha i ciało, zachowała ten swój przeklęty, medyczny profesjonalizm - kiedy usłyszałem, że mam się nie ruszać, spojrzałem na nią z autentycznym oburzeniem.
- Nie mogę się nie luszaś! Jeśli się nie luszam, to on wyglywa! Nie chcę zostaś nosicielem jego jajec! - Mimo to spróbowałem, naprawdę spróbowałem, zacisnąłem zęby tak mocno, że aż rozbolała mnie szczęka, rozłożyłem ręce na boki i zastygłem, chociaż każda komórka mojego organizmu krzyczała, żeby biec przed siebie przez najbliższe trzy kilometry. Nachyliłem się do niej ostrożnie.
- Jest? - Zapytałem szeptem. - Powiedz, sze go nie ma. Skłam. Nie oblaszę się. Po plostu powiec, sze go nie ma. - I właśnie wtedy pozułem, jak coś znowu musnęło mnie po karku, całe ciało spięło mi się natychmiast. - O nie, luszył się! Luszył się, przysięgam ci! - Nie wytrzymałem nawet dwóch sekund - znowu zacząłem wykonywać jakieś idiotyczne podskoki połączone z próbą jednoczesnego drapania własnych pleców i karku, co przy moim wzroście wyglądało debilnie, ale… „No, kurwa, jego, pierdolona, mać! Ja pierdolę! Po chuja to miało tyle nóg?!”
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)