Zaskakująco kruchym był nawet jak na ghoula. Najgorsze było to, że cierpiał przez własne przypuszczenia równie szczerze, jak przez prawdziwe wydarzenia. Potrafił zbudować w głowie cały świat złożony z jednego źle zrozumianego słowa, a potem godzinami nosić w sobie żałobę po czymś, co istniało wyłącznie w jego wyobraźni. Tak było i teraz. Jedno zdanie Septimy wystarczyło, by przez krótką chwilę uwierzył, że wszystko, co uważał za rodzącą się przyjaźń, było jedynie jego własną pomyłką. Wiedział, że nie powinien tego robić. Każdy człowiek zasługiwał przecież na to, by oceniać go przez własne czyny i słowa, a nie dawne rany zadane przez kogoś innego. A jednak nawyk okazywał się silniejszy od rozsądku. Zbyt wiele razy przekonał się, że świat potrafił odebrać coś cennego dokładnie wtedy, gdy zaczynał wierzyć, że może to zatrzymać. Z czasem nauczył się więc spodziewać po ludziach najgorszego. Spróbuj wyciągnąć do niego dłoń, a on i tak pomyśli że wyprowadzasz cios.
Gdyby smutek rzeczywiście był zasobem skończonym, powinien kiedyś się wyczerpać. Powinien zostać zużyty przez wszystkie te lata, w których los z uporem sprawdzał, ile jeszcze potrafi on unieść, zanim zacznie pękać. A jednak niektóre źródła najwyraźniej nie wysychały. Im częściej z nich czerpał, tym więcej znajdowało się na ich dnie. Jakby cierpienie miało paskudny zwyczaj rozmnażać się wszędzie tam, gdzie sięgnął sercem chociaż raz. I mimo tego pozostawało mu coś jeszcze. Upór. Cichy, niemal naiwny, lecz zadziwiająco trwały. Przekonanie, że świat nie zawsze będzie wyglądał tak samo, że nawet jeśli poprawa nie nadejdzie po nocy, to może za jakiś czas. Tak jakby nadzieja czuła się bardzo dobrze w towarzystwie wieczności. Szkopuł polegał na tym, że wieczność nie miała być łaskawa dla tych, których miał przy sobie. Część problemów z pewnością zniknie wraz z ich odejściem, ale wtedy pojawi się samotność, której bał się jeszcze bardziej, niż tego czym czasem potrafili być dla niego bliscy. W obliczu absolutnego nieistnienia nawet cierpienie zdawało się mieć jakiś sens.
Im dłużej był świadkiem Septimy, tym piękniejsza wydawała mu się myśl przyjaźni. Cichym współistnieniu dwóch istnień, które nie próbowały się nawzajem zmieniać. Wystarczała sama obecność. Świadomość, że gdzieś obok oddycha ktoś, przy kim świat nie wymaga nieustannej czujności. Ktoś, kto nie odbierał spokoju, lecz go przynosił. W takich chwilach rodziła się potrzeba, o której nie wiedział że w sobie nosi. Nie przypominała głodu ani pragnienia. Była cichym przyciąganiem ku drugiemu człowiekowi. Pragnieniem, by podzielić się z nim kolejnym odkrytym grzybem, śmiesznym kawałkiem drewna albo historią o leśnej istocie, która nikomu innemu nie wydałaby się wystarczająco ważna. Spełnienie tej potrzeby przynosiło coś, czego coraz rzadziej doświadczał - ulgę. A zaraz za nią pojawiała się radość. Nieśmiała i krucha, jak zwierzę wychylające pysk z bezpiecznej nory.
Nie odpowiedział od razu. Przez chwilę tylko patrzył na nią z uważnością, jakby próbował znaleźć właściwe słowa gdzieś pomiędzy opadłymi liśćmi, a nie we własnej głowie. Potem, niepewnie, niemal płochliwie, uniósł dłoń. Nie odważył się dotknąć jej samej. Czubkami palców uchwycił jedynie skrawek materiału przy jej ramieniu, ostrożnie, jakby bał się, że zbyt śmiały gest mógłby spłoszyć tę chwilę. - Korzenie nie pytają drzewa czy mogą rosnąć - Na jego twarzy pojawił się ciepły, nieco zawstydzony uśmiech - po prostu sprawiają, że ziemia staję się im mniej obca. Może właśnie tym stawała się dla niego Septima. Coś w nim, od długa skulone z zimna, powoli prostowało się ku światłu. Nieśmiało, z niedowierzaniem, jakby każdy kolejny oddech pytał jeszcze, czy naprawdę wolno. Czuł, że wzrasta. Niekoniecznie ciałem, lecz tam, gdzie od swojej śmierci pozostawał martwa cząstka jego ducha. Jakby jej obecność potrafiła obudzić miejsce, którego nie dosięgła żadna nekromancja. - To chyba pierwszy raz, kiedy ktoś ostrzega mnie przed tym, że zostanie. Nieśmiały, lecz z każdą chwilą coraz pewniejszy uśmiech rozkwitał w jego twarzy. Aż w kącikach oczu zatańczyło coś. Ciche rozbawienie, przez któe zaśmiał się bezgłośnie. Najłagodniejszy paradoks, jaki kiedykolwiek przyszło mu usłyszeć.