17.07.2026, 21:04 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.07.2026, 21:05 przez Benjy Fenwick.)
Przez jedną krótką, błogosławioną chwilę naprawdę uwierzyłem, że odzyskiwałem kontrolę nad sytuacją, wziąłem kilka głębokich oddechów, wyprostowałem plecy i zacisnąłem szczęki tak mocno, że aż zabolały mnie skronie. Próbowałem jeszcze zachować resztki godności, nie wiedząc, co mnie czekało, wypiąłem więc pierś i przez sekundę naprawdę uwierzyłem, że samym wzrokiem byłem w stanie pokazać tym małym bydlakom, kto tu był drapieżnikiem. Nie mogłem przecież dać się zastraszyć kilku pająkom, nieważne, jak pokaźnym lub szybkim. Byłem, do cholery, dorosłym facetem, przeżyłem rzeczy, po których większość ludzi przez lata budziłaby się z krzykiem, nie mogłem przegrać wojny psychologicznej z bandą ośmionogich skurwysynów. Problem polegał na tym, że one najwyraźniej doskonale o tym wiedziały i właśnie dlatego wybrały dokładnie taką a nie inną taktykę…
- Nie kończ tej myśli. - Pokręciłem głową stanowczo, chociaż to ja zacząłem. - Nie dawaj im pomysłów. One nas słyszą. - Spojrzałem podejrzliwie na sufit, potem na jeden z rogów salonu, potem na drugi, i chociaż niczego tam nie dostrzegłem, wcale nie poczułem się bardziej rozluźniony - jeśli naprawdę potraktować tę pajęczynę jako demonstrację siły, to tydzień później mogliśmy obudzić się owinięci ciasno w już nie naszej własnej sypialni, a nawet jeśli popierałem pewne… Naukowe eksperymenty, jak to zwykliśmy mówić, coś takiego zdecydowanie mnie nie rajcowało. Prawdę mówiąc - cała ta sytuacja była przerażająco absurdalna, bo przecież nigdy nie chcieliśmy wywoływać pająków z rogów szafy, nasze historie były wyłącznie głupimi żartami, które najwyraźniej odbiły nam się czkawką…
Sam pomysł tego, co chciały nam przekazać pająki, był tak przerażający, że aż wiarygodny, mój mózg natychmiast podsunął mi obrazy zawiłych fortyfikacji na piętrze, kokonów wiszących nad schodami i oddziałów zwiadowczych patrolujących kuchnię. Wystarczyło spojrzeć na salon, żeby dojść do wniosku, że te małe skurwiele prowadziły planowanie strategiczne na poziomie, którego nie powstydziłoby się Ministerstwo podczas wojny. Znowu spojrzałem na pajęczynę, im dłużej się jej przyglądałem, tym więcej zaczynałem dostrzegać, niektóre nici były grubsze, inne cieńsze. Wszystko wyglądało… Zaplanowanie.
A potem cała moja determinacja, odwaga i doświadczenie człowieka, który nie raz patrzył śmierci w oczy, przegrały z jednym małym, włochatym agresorem, który najwyraźniej postanowił odbyć wycieczkę krajoznawczą po moim ciele.
- NIE, NIE, NIE, ABSOLUTNIE KULWA NIE!
Cała ta pięknie budowana legenda, którą tak się chełpiłem, rozpadła się szybciej niż domek z kart. W tej jednej chwili byłem już absolutnie przekonany, że nie walczyliśmy z bezmyślnymi stworzeniami - walczyliśmy z doskonale wytrenowanym oddziałem, który doskonale wiedział, jak złamać morale przeciwnika.
Usłyszałem jej spokojne polecenie, żebym się nie ruszał, i naprawdę, z całego serca, z całej swojej pieprzonej silnej woli, próbowałem je wykonać. Zamknąłem oczy. Zacisnąłem szczękę. Powtarzałem sobie w myślach, że przeżyłem rzeczy znacznie gorsze od jednego pająka. Walczyłem z ludźmi, którzy naprawdę chcieli mnie zabić. Właziłem do przeklętych ruin, w których byle gówno próbowało urwać człowiekowi rękę. Spotykałem stworzenia, przy których rozsądny czarodziej odwracał się i uciekał. Nie mogłem przecież dać się pokonać owadowi. Robakowi. Arachnidowi. Cholernemu, włochatemu punkcikowi. Byłem niemal pewien, że jeśli którykolwiek z nich potrafił się śmiać, to właśnie robiły to wszystkie jednocześnie.
- O Molgano… On ma stopy… - Wychrypiałem przez zaciśnięte zęby. W normalnych okolicznościach uznałbym to za żałosny widok, w obecnych jednak uważałem, że zachowywałem wyjątkową odwagę. - Czuję wszystkie jego pieldolone stopy… On ma ich osiem! Osiem punktów kontaktu! - Jeszcze chwilę wcześniej byłem przekonany, że sytuacja osiągnęła już absolutne dno, poziom gleby, desek na już nie całkowicie naszej salonowej podłodze - myliłem się - okazało się, że dno miało piwnicę, pod piwnicą był loch, a pod lochem znajdowało się miejsce, do którego właśnie zmierzało moje życie. Próbowałem otrzepać plecy, kark, ramiona, jednocześnie obracając się w kółko jak kompletny idiota. Byłem gotów znieść klątwy, smoki, wilkołaki, nawet kolejnego psychopatę z różdżką, ale świadomość, że gdzieś pod moją koszulą mogło spacerować osiem włochatych odnóży, skutecznie odbierała mi resztki godności.
- Plue… - Odezwałem się, oddychając bardzo, ale to bardzo płytko. - Jak to „dlaczego mam mówić, że go nie ma”?! - Wydusiłem z siebie z oburzeniem. - Bo to jest właśnie małszeństwo! Kłamiesz dla mojego dobla! - No, cóż, nie to, bym był jakoś specjalnie długo żonaty, trudno mnie było nazwać autorytetem w tej dziedzinie, lecz z pewnością miałem rację. - Są momenty w szyciu, kiedy człowiek nie oczekuje plawdy. To był właśnie jeden s nich. - Jeszcze miałem cień nadziei, że za chwilę powie, iż już go zrzuciła, zamiast tego usłyszałem coś znacznie gorszego - „wydaje mi się, że wlazł ci pod ubranie” - świat zatrzymał się na sekundę… Potem eksplodował.
- CO ZNACZY „POD UBLANIE”?! - Odruchowo złapałem za koszulę obiema rękami i odciągnąłem materiał od ciała, patrząc w dół tak intensywnie, jakbym spodziewał się zobaczyć tam co najmniej, kurwa, tarantulę. - NIE. NIE. ABSOLUTNIE NIE. TAK SIĘ NIE BAWIMY. ZDEJM TO! ZDEJM TO ZE MIĘ! - Zapomniałem o godności, zapomniałem, że byłem we własnym domu, zapomniałem nawet, że stała obok mnie moja własna żona, gotowa mi pomóc - nawet jeśli sugerowała mi „spokój” - jednym szarpnięciem zacząłem rozpinać koszulę, puszczając serię przekleństw, których nie powstydziłby się portowy pijak. Nie interesowało mnie już, że dopiero co się ubrałem. Nie interesowało mnie, że byliśmy we własnym salonie. Nie interesowało mnie absolutnie nic poza jedną, jedyną myślą.
- WYŁAŚ, TY MAŁY SKULWYSYNU! - Ściągnąłem koszulę ze z takim impetem, jakbym próbował wyrwać ją ze spodni razem z własnym kręgosłupem.
- Nie kończ tej myśli. - Pokręciłem głową stanowczo, chociaż to ja zacząłem. - Nie dawaj im pomysłów. One nas słyszą. - Spojrzałem podejrzliwie na sufit, potem na jeden z rogów salonu, potem na drugi, i chociaż niczego tam nie dostrzegłem, wcale nie poczułem się bardziej rozluźniony - jeśli naprawdę potraktować tę pajęczynę jako demonstrację siły, to tydzień później mogliśmy obudzić się owinięci ciasno w już nie naszej własnej sypialni, a nawet jeśli popierałem pewne… Naukowe eksperymenty, jak to zwykliśmy mówić, coś takiego zdecydowanie mnie nie rajcowało. Prawdę mówiąc - cała ta sytuacja była przerażająco absurdalna, bo przecież nigdy nie chcieliśmy wywoływać pająków z rogów szafy, nasze historie były wyłącznie głupimi żartami, które najwyraźniej odbiły nam się czkawką…
Sam pomysł tego, co chciały nam przekazać pająki, był tak przerażający, że aż wiarygodny, mój mózg natychmiast podsunął mi obrazy zawiłych fortyfikacji na piętrze, kokonów wiszących nad schodami i oddziałów zwiadowczych patrolujących kuchnię. Wystarczyło spojrzeć na salon, żeby dojść do wniosku, że te małe skurwiele prowadziły planowanie strategiczne na poziomie, którego nie powstydziłoby się Ministerstwo podczas wojny. Znowu spojrzałem na pajęczynę, im dłużej się jej przyglądałem, tym więcej zaczynałem dostrzegać, niektóre nici były grubsze, inne cieńsze. Wszystko wyglądało… Zaplanowanie.
A potem cała moja determinacja, odwaga i doświadczenie człowieka, który nie raz patrzył śmierci w oczy, przegrały z jednym małym, włochatym agresorem, który najwyraźniej postanowił odbyć wycieczkę krajoznawczą po moim ciele.
- NIE, NIE, NIE, ABSOLUTNIE KULWA NIE!
Cała ta pięknie budowana legenda, którą tak się chełpiłem, rozpadła się szybciej niż domek z kart. W tej jednej chwili byłem już absolutnie przekonany, że nie walczyliśmy z bezmyślnymi stworzeniami - walczyliśmy z doskonale wytrenowanym oddziałem, który doskonale wiedział, jak złamać morale przeciwnika.
Usłyszałem jej spokojne polecenie, żebym się nie ruszał, i naprawdę, z całego serca, z całej swojej pieprzonej silnej woli, próbowałem je wykonać. Zamknąłem oczy. Zacisnąłem szczękę. Powtarzałem sobie w myślach, że przeżyłem rzeczy znacznie gorsze od jednego pająka. Walczyłem z ludźmi, którzy naprawdę chcieli mnie zabić. Właziłem do przeklętych ruin, w których byle gówno próbowało urwać człowiekowi rękę. Spotykałem stworzenia, przy których rozsądny czarodziej odwracał się i uciekał. Nie mogłem przecież dać się pokonać owadowi. Robakowi. Arachnidowi. Cholernemu, włochatemu punkcikowi. Byłem niemal pewien, że jeśli którykolwiek z nich potrafił się śmiać, to właśnie robiły to wszystkie jednocześnie.
- O Molgano… On ma stopy… - Wychrypiałem przez zaciśnięte zęby. W normalnych okolicznościach uznałbym to za żałosny widok, w obecnych jednak uważałem, że zachowywałem wyjątkową odwagę. - Czuję wszystkie jego pieldolone stopy… On ma ich osiem! Osiem punktów kontaktu! - Jeszcze chwilę wcześniej byłem przekonany, że sytuacja osiągnęła już absolutne dno, poziom gleby, desek na już nie całkowicie naszej salonowej podłodze - myliłem się - okazało się, że dno miało piwnicę, pod piwnicą był loch, a pod lochem znajdowało się miejsce, do którego właśnie zmierzało moje życie. Próbowałem otrzepać plecy, kark, ramiona, jednocześnie obracając się w kółko jak kompletny idiota. Byłem gotów znieść klątwy, smoki, wilkołaki, nawet kolejnego psychopatę z różdżką, ale świadomość, że gdzieś pod moją koszulą mogło spacerować osiem włochatych odnóży, skutecznie odbierała mi resztki godności.
- Plue… - Odezwałem się, oddychając bardzo, ale to bardzo płytko. - Jak to „dlaczego mam mówić, że go nie ma”?! - Wydusiłem z siebie z oburzeniem. - Bo to jest właśnie małszeństwo! Kłamiesz dla mojego dobla! - No, cóż, nie to, bym był jakoś specjalnie długo żonaty, trudno mnie było nazwać autorytetem w tej dziedzinie, lecz z pewnością miałem rację. - Są momenty w szyciu, kiedy człowiek nie oczekuje plawdy. To był właśnie jeden s nich. - Jeszcze miałem cień nadziei, że za chwilę powie, iż już go zrzuciła, zamiast tego usłyszałem coś znacznie gorszego - „wydaje mi się, że wlazł ci pod ubranie” - świat zatrzymał się na sekundę… Potem eksplodował.
- CO ZNACZY „POD UBLANIE”?! - Odruchowo złapałem za koszulę obiema rękami i odciągnąłem materiał od ciała, patrząc w dół tak intensywnie, jakbym spodziewał się zobaczyć tam co najmniej, kurwa, tarantulę. - NIE. NIE. ABSOLUTNIE NIE. TAK SIĘ NIE BAWIMY. ZDEJM TO! ZDEJM TO ZE MIĘ! - Zapomniałem o godności, zapomniałem, że byłem we własnym domu, zapomniałem nawet, że stała obok mnie moja własna żona, gotowa mi pomóc - nawet jeśli sugerowała mi „spokój” - jednym szarpnięciem zacząłem rozpinać koszulę, puszczając serię przekleństw, których nie powstydziłby się portowy pijak. Nie interesowało mnie już, że dopiero co się ubrałem. Nie interesowało mnie, że byliśmy we własnym salonie. Nie interesowało mnie absolutnie nic poza jedną, jedyną myślą.
- WYŁAŚ, TY MAŁY SKULWYSYNU! - Ściągnąłem koszulę ze z takim impetem, jakbym próbował wyrwać ją ze spodni razem z własnym kręgosłupem.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)