17.07.2026, 23:43 ✶
Spojrzałem na na Prudence wyłącznie kątem oka, niemal niezauważalnie przełykając ślinę, kiedy z całkowitą powagą oznajmiła, że przecież faktycznie pająki rozumiały nasz język. Jeszcze kilka minut wcześniej uznałbym to za absurdalną teorię, chociaż przecież zalążki tego wniosku opuściły moje własne usta, jeszcze zanim podchwyciła je moja żona, ale teraz, stojąc naprzeciw tej monstrualnej pajęczyny, nie potrafiłem już niczego wykluczyć - im dłużej się nad tym zastanawiałem, tym bardziej zaczynało mieć to przerażający sens - arachnidy siedziały po kątach naszych domów od setek lat, słuchały ludzi, obserwowały ich, uczyły się… My natomiast nie mieliśmy najmniejszego pojęcia, o czym rozmawiały między sobą. To oznaczało tylko jedno…
- Kulwa… - Mruknąłem, nie odrywając wzroku od sufitu, do którego rogów były przytwierdzone najgrubsze nici. Mogły podsłuchiwać nasze rozmowy od tygodni, siedząc spokojnie pod sufitem, a my nawet nie wiedzieliśmy, że każda uwaga o kapciu i miotle trafiała prosto do ich dowództwa. Nie miałem jednak czasu rozwijać tej teorii, bo cała moja uwaga skupiała się na jednym, małym, włochatym terroryście, a kiedy Prue zapytała, czy czułem wszystkie jego palce, spojrzałem na nią z oczami pełnymi autentycznej rozpaczy. Nawet nie zdążyłem odpowiedzieć, bo sama przypomniała sobie, że pająki nie miały palców, tylko pazury. Informacja, która w jej głowie najwyraźniej miała mnie uspokoić, w mojej wywołała efekt dokładnie odwrotny… W tej chwili nie obchodziło mnie, jak wyglądała anatomia pająka - byłem absolutnie przekonany, że czułem wszystko, czym tylko dysponował. Coś mnie łaskotało pod łopatką, coś swędziało na karku, coś pełzło przy obojczyku. Rozum podpowiadał mi, że to niemożliwe, lecz instynkt wrzeszczał, że pod moją koszulą odbywał się właśnie zjazd całej pajęczej rodziny, a że zazwyczaj szybciej ulegałem temu drugiemu… Moja własna wyobraźnia postanowiła dołożyć mi kolejną porcję cierpienia - zacząłem sobie wyobrażać całą anatomię tego potwora, która właśnie mogła dotykać moich pleców. Cały mój organizm przeszedł w tryb absolutnej paniki, a mózg ograniczył swoje funkcje do jednego komunikatu. „Zdejmij to z siebie. Natychmiast.”
- Nie, nie, nie… Telas jest goszej! - Jęknąłem z autentycznym cierpieniem. - Telas czuję wszystkie szesnaście. Czuję pasuly. Czuję odnósza. Czuję… Nie wiem… Jego kolana, chociasz chyba ich nie ma! Chuj mnie to obchodzi. Pszysięgam, czuję nawet cięszal tego napompowanego dupska! - A potem było jeszcze gorzej - usłyszałem, że nie było kłamstwa w małżeństwie i że dobrze zrobiła, mówiąc mi prawdę. W normalnych okolicznościach zgodziłbym się bez wahania, w tej jednej sytuacji byłem jednak gotów zrobić jedyny wyjątek od naszej małżeńskiej zasady.
- Wiesz co? Cofam wszystko. W tej jednej splawie mogłaś skłamaś. Mogłaś powiedzieś: „Benjy, nic tam nie ma”. Szyłbym szczęśliwy, chośby jeszcze przez pięś sekund… - No, ale teraz już się tak nie dało, więc… Aż parsknąłem nerwowym dźwiękiem, który bardziej przypominał odgłos człowieka stojącego na granicy załamania, niż kogoś wdzięcznego za jej szczerość.
Potem wskazała miejsce przy szyi, a ja odruchowo ponownie spróbowałem tam spojrzeć, co oczywiście było fizycznie niemożliwe. Oczywiście, nijak mnie to nie powstrzymało, wykonałem absurdalny skręt tułowia, przypominając bardziej psa próbującego złapać własny ogon niż dorosłego czarodzieja. W pewnym momencie niemal straciłem równowagę i tylko cudem nie przewróciłem się na plecy, co w obecności tej gigantycznej pajęczyny wydawało mi się najgorszym możliwym scenariuszem. Sapnąłem, rozpaczliwie próbując zajrzeć sobie za kołnierzyk, starając się nie zwracać uwagi na to, iż jeszcze chwilę wcześniej stałem wyprostowany jak pieprzony bohater, gotowy patrzeć śmierci w oczy, lecz teraz honor opuszczał mnie w zastraszającym tempie. Gdyby ktoś powiedział mi kilka lat wcześniej, że największy kryzys mojego życia wywoła pająk wielkości paproszka z pępka, wyśmiałbym go, teraz sam miałem ochotę się roześmiać, tyle że nerwy skutecznie mi to uniemożliwiały.
Kątem oka zobaczyłem, że Prudence zdjęła klapka i ścisnęła go w dłoni, niczym broń gotową do zadania decydującego ciosu, gdyby sytuacja nie była tak tragiczna, pewnie wybuchnąłbym śmiechem, gdyż moja żona wyglądała jak doświadczony łowca przygotowujący się do pojedynku z legendarną bestią, ja natomiast stałem przed nią półnagi, z rozczochranymi włosami, dysząc ciężko i walcząc z własną wyobraźnią.
-Dobla… - Powiedziałem, unosząc obie ręce wysoko, żeby ułatwić jej zadanie. - Masz tylko jedną szansę. Jak go zobaczysz, wal. Nie zastanawiaj się. Wal, kulwa. - Zacisnąłem powieki, czekając na wyrok, jednocześnie modląc się w duchu, żeby jedynym stworzeniem, które za chwilę spadnie na podłogę, był ten jeden bezczelny intruz, a nie cała jego wyimaginowana rodzina, którą moja spanikowana wyobraźnia zdążyła już umieścić pod koszulą. Jeszcze godzinę wcześniej uważałem, że największym zagrożeniem w naszym życiu byli czarnoksiężnicy, lecz w tym momencie, tego ranka, byłem gotów oficjalnie zrewidować swoje poglądy. Pająki prowadziły wojnę psychologiczną na poziomie, którego nie powstydziłby się żaden mistrz manipulacji, a ja, ku własnemu upokorzeniu, przegrywałem ją z kretesem.
- Kulwa… - Mruknąłem, nie odrywając wzroku od sufitu, do którego rogów były przytwierdzone najgrubsze nici. Mogły podsłuchiwać nasze rozmowy od tygodni, siedząc spokojnie pod sufitem, a my nawet nie wiedzieliśmy, że każda uwaga o kapciu i miotle trafiała prosto do ich dowództwa. Nie miałem jednak czasu rozwijać tej teorii, bo cała moja uwaga skupiała się na jednym, małym, włochatym terroryście, a kiedy Prue zapytała, czy czułem wszystkie jego palce, spojrzałem na nią z oczami pełnymi autentycznej rozpaczy. Nawet nie zdążyłem odpowiedzieć, bo sama przypomniała sobie, że pająki nie miały palców, tylko pazury. Informacja, która w jej głowie najwyraźniej miała mnie uspokoić, w mojej wywołała efekt dokładnie odwrotny… W tej chwili nie obchodziło mnie, jak wyglądała anatomia pająka - byłem absolutnie przekonany, że czułem wszystko, czym tylko dysponował. Coś mnie łaskotało pod łopatką, coś swędziało na karku, coś pełzło przy obojczyku. Rozum podpowiadał mi, że to niemożliwe, lecz instynkt wrzeszczał, że pod moją koszulą odbywał się właśnie zjazd całej pajęczej rodziny, a że zazwyczaj szybciej ulegałem temu drugiemu… Moja własna wyobraźnia postanowiła dołożyć mi kolejną porcję cierpienia - zacząłem sobie wyobrażać całą anatomię tego potwora, która właśnie mogła dotykać moich pleców. Cały mój organizm przeszedł w tryb absolutnej paniki, a mózg ograniczył swoje funkcje do jednego komunikatu. „Zdejmij to z siebie. Natychmiast.”
- Nie, nie, nie… Telas jest goszej! - Jęknąłem z autentycznym cierpieniem. - Telas czuję wszystkie szesnaście. Czuję pasuly. Czuję odnósza. Czuję… Nie wiem… Jego kolana, chociasz chyba ich nie ma! Chuj mnie to obchodzi. Pszysięgam, czuję nawet cięszal tego napompowanego dupska! - A potem było jeszcze gorzej - usłyszałem, że nie było kłamstwa w małżeństwie i że dobrze zrobiła, mówiąc mi prawdę. W normalnych okolicznościach zgodziłbym się bez wahania, w tej jednej sytuacji byłem jednak gotów zrobić jedyny wyjątek od naszej małżeńskiej zasady.
- Wiesz co? Cofam wszystko. W tej jednej splawie mogłaś skłamaś. Mogłaś powiedzieś: „Benjy, nic tam nie ma”. Szyłbym szczęśliwy, chośby jeszcze przez pięś sekund… - No, ale teraz już się tak nie dało, więc… Aż parsknąłem nerwowym dźwiękiem, który bardziej przypominał odgłos człowieka stojącego na granicy załamania, niż kogoś wdzięcznego za jej szczerość.
Potem wskazała miejsce przy szyi, a ja odruchowo ponownie spróbowałem tam spojrzeć, co oczywiście było fizycznie niemożliwe. Oczywiście, nijak mnie to nie powstrzymało, wykonałem absurdalny skręt tułowia, przypominając bardziej psa próbującego złapać własny ogon niż dorosłego czarodzieja. W pewnym momencie niemal straciłem równowagę i tylko cudem nie przewróciłem się na plecy, co w obecności tej gigantycznej pajęczyny wydawało mi się najgorszym możliwym scenariuszem. Sapnąłem, rozpaczliwie próbując zajrzeć sobie za kołnierzyk, starając się nie zwracać uwagi na to, iż jeszcze chwilę wcześniej stałem wyprostowany jak pieprzony bohater, gotowy patrzeć śmierci w oczy, lecz teraz honor opuszczał mnie w zastraszającym tempie. Gdyby ktoś powiedział mi kilka lat wcześniej, że największy kryzys mojego życia wywoła pająk wielkości paproszka z pępka, wyśmiałbym go, teraz sam miałem ochotę się roześmiać, tyle że nerwy skutecznie mi to uniemożliwiały.
Kątem oka zobaczyłem, że Prudence zdjęła klapka i ścisnęła go w dłoni, niczym broń gotową do zadania decydującego ciosu, gdyby sytuacja nie była tak tragiczna, pewnie wybuchnąłbym śmiechem, gdyż moja żona wyglądała jak doświadczony łowca przygotowujący się do pojedynku z legendarną bestią, ja natomiast stałem przed nią półnagi, z rozczochranymi włosami, dysząc ciężko i walcząc z własną wyobraźnią.
-Dobla… - Powiedziałem, unosząc obie ręce wysoko, żeby ułatwić jej zadanie. - Masz tylko jedną szansę. Jak go zobaczysz, wal. Nie zastanawiaj się. Wal, kulwa. - Zacisnąłem powieki, czekając na wyrok, jednocześnie modląc się w duchu, żeby jedynym stworzeniem, które za chwilę spadnie na podłogę, był ten jeden bezczelny intruz, a nie cała jego wyimaginowana rodzina, którą moja spanikowana wyobraźnia zdążyła już umieścić pod koszulą. Jeszcze godzinę wcześniej uważałem, że największym zagrożeniem w naszym życiu byli czarnoksiężnicy, lecz w tym momencie, tego ranka, byłem gotów oficjalnie zrewidować swoje poglądy. Pająki prowadziły wojnę psychologiczną na poziomie, którego nie powstydziłby się żaden mistrz manipulacji, a ja, ku własnemu upokorzeniu, przegrywałem ją z kretesem.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)