18.07.2026, 18:48 ✶
Uwielbiał te wycieczki, które niekiedy fundował mu Robert. Oczywiście, nie fundował w sensie pieniężnym, bardziej… doświadczeniowym. No bo kiedy Adrian mógł się wykazać bardziej, niż wtedy, gdy szef zabierał go z Ministerstwa, zza wygodnego (o zgrozo!) i przesadnie czystego biurka, w wyprawę terenową? Robert mógł siedzieć (bądź stać, zależnie od sytuacji, choć zwykle proponowano mu najwygodniejszy fotel) i wyglądać, a Adrian miał możliwość wykazania się wiedzą i profesjonalizmem. Dosłownie to uwielbiał. Przynajmniej na moment podnosiło mu to poczucie własnej wartości z poziomu minus jeden do poziomu stabilnego, choć niezbyt mile widzianego, zera. No ale, lepszy rydz niż nic, jak powiadał jego ojciec. Gdy był chłopcem nigdy tego nie rozumiał, nienawidził bowiem smaku i tekstury grzybów, w tym rydzów. Wolał wtedy chodzić głodny i naburmuszony. Teraz… Cóż. Rozumiał to lepiej, nie tylko, że dorósł, ale też dlatego, że wiedział więcej o genezie tego powiedzenia.
Gdy tak szli z zamku, Adrian rozglądał się dookoła, podziwiając widoki, choć to co widział, trudno nazwać widokami. Wolałby, żeby ten dzień nie był aż tak mglisty, zawsze uwielbiał szkockie krajobrazy. Mógł nawet przyznać, że odrobinę za nimi tęsknił, no bo kiedy ostatni raz tu był? Na Boże Narodzenie w zeszłym roku? A i to nie tutaj, w zachodniej części Szkocji, a w stolicy, Edynburgu. Z Cissy i dzieciakami wyszli tylko na spacer, bo było za zimno i Barry by za bardzo zmarzł. Z rozkojarzenia wyrwało go najpierw głośne chlupnięcie, w momencie kiedy jego but spotkał się z kałużą, następnie słowa Roberta. Adrian z trudem zignorował mokrą skarpetkę i popatrzył na szefa.
– Zawsze to coś nowego. Ja na przykład szykując się dziś do pracy zupełnie nie spodziewałem się tego, że wylądujemy w Szkocji i będziemy hartować płuca – rzucił pół-żartem, pół-serio. – Mówiłem Ci kiedyś o tym, jak bardzo uwielbiam Szkocję? – zapytał, ale nie dał Robertowi odpowiedzieć, kontynuował. – Bardziej kocham tylko makulaturę.
Nagle usłyszał to charakterystyczne stukotanie. Obrócił się w stronę dżwięku i zauważył psa. Kundelka, przesłodkiego. Od razu uśmiechnął się od ucha do ucha, niemalże zapominając o wszelkich zmartwieniach. Jedynie z tyłu głowy miał zaświeconą czerwoną lampkę, a obok niej twarz żony mówiącej, że w życiu nie zgodzi się na psa, gdy Penny tak bardzo o niego prosiła. Adrian zrobił to samo co przyjaciel, ukląkł na ścieżce, nieco brudząc przy tym szatę i przyglądał się psiakowi z oddali. Gdy maluch minął Roberta i dalej człapał tymi swoimi krótkimi łapkami, zmarszczył brwi.
– Hej, malutki, chodź – powiedział trochę naiwnie, ale piesek nawet na niego nie spojrzał. Szedł jak… Zahipnotyzowany. Zupełnie jakby coś go ciągnęło w stronę, cóż, wąwozu. – Robercie, nie masz może przy sobie jakichś smakołyków? – zapytał, patrząc na Croucha. W końcu, jeśli go pamięć nie myliła, miał od niedawna psa. Jakaś minimalna szansa na to, że akurat miał w kieszeni czy to spodni, czy kamizelki, czy nawet szaty, smakołyka lub dwa zawsze była. Adrian, gdyby mógł, zawsze nosiłby przy sobie smakołyki dla Ziggy'ego. Z tym, że noszenie przy sobie smakołyków dla sowy wymagało od niego noszenia przy sobie zdechłych myszy lub robali. A to wiązało się z, cóż, brudnymi kieszeniami i rękoma.
Gdy tak szli z zamku, Adrian rozglądał się dookoła, podziwiając widoki, choć to co widział, trudno nazwać widokami. Wolałby, żeby ten dzień nie był aż tak mglisty, zawsze uwielbiał szkockie krajobrazy. Mógł nawet przyznać, że odrobinę za nimi tęsknił, no bo kiedy ostatni raz tu był? Na Boże Narodzenie w zeszłym roku? A i to nie tutaj, w zachodniej części Szkocji, a w stolicy, Edynburgu. Z Cissy i dzieciakami wyszli tylko na spacer, bo było za zimno i Barry by za bardzo zmarzł. Z rozkojarzenia wyrwało go najpierw głośne chlupnięcie, w momencie kiedy jego but spotkał się z kałużą, następnie słowa Roberta. Adrian z trudem zignorował mokrą skarpetkę i popatrzył na szefa.
– Zawsze to coś nowego. Ja na przykład szykując się dziś do pracy zupełnie nie spodziewałem się tego, że wylądujemy w Szkocji i będziemy hartować płuca – rzucił pół-żartem, pół-serio. – Mówiłem Ci kiedyś o tym, jak bardzo uwielbiam Szkocję? – zapytał, ale nie dał Robertowi odpowiedzieć, kontynuował. – Bardziej kocham tylko makulaturę.
Nagle usłyszał to charakterystyczne stukotanie. Obrócił się w stronę dżwięku i zauważył psa. Kundelka, przesłodkiego. Od razu uśmiechnął się od ucha do ucha, niemalże zapominając o wszelkich zmartwieniach. Jedynie z tyłu głowy miał zaświeconą czerwoną lampkę, a obok niej twarz żony mówiącej, że w życiu nie zgodzi się na psa, gdy Penny tak bardzo o niego prosiła. Adrian zrobił to samo co przyjaciel, ukląkł na ścieżce, nieco brudząc przy tym szatę i przyglądał się psiakowi z oddali. Gdy maluch minął Roberta i dalej człapał tymi swoimi krótkimi łapkami, zmarszczył brwi.
– Hej, malutki, chodź – powiedział trochę naiwnie, ale piesek nawet na niego nie spojrzał. Szedł jak… Zahipnotyzowany. Zupełnie jakby coś go ciągnęło w stronę, cóż, wąwozu. – Robercie, nie masz może przy sobie jakichś smakołyków? – zapytał, patrząc na Croucha. W końcu, jeśli go pamięć nie myliła, miał od niedawna psa. Jakaś minimalna szansa na to, że akurat miał w kieszeni czy to spodni, czy kamizelki, czy nawet szaty, smakołyka lub dwa zawsze była. Adrian, gdyby mógł, zawsze nosiłby przy sobie smakołyki dla Ziggy'ego. Z tym, że noszenie przy sobie smakołyków dla sowy wymagało od niego noszenia przy sobie zdechłych myszy lub robali. A to wiązało się z, cóż, brudnymi kieszeniami i rękoma.