19.07.2026, 08:19 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 31.07.2026, 13:17 przez Kate Barclay.)
Kate nie przerywała czytania, gdy ziemia drgnęła, gdy powietrze zdało się poruszać, tylko mocniej zacisnęła dłonie na okładce, niemal ją gniotąc, trochę tym wszystkim podekscytowana, a trochę przerażona, czy się nie rozproszy i coś pójdzie nie tak akurat w najważniejszym momencie. Uniosła wzrok znad kart dopiero, kiedy wokół rozległy się śmiechy, brzmiące zupełnie inaczej niż te ludzi, i ujrzała uwolnione wróżki, które wydostały się spod ziemi, a na jej twarzy pojawił się uśmiech, tyleż pełen radości, co też ulgi i jakieś satysfakcji. Bo Kate była w istocie całkiem próżną istotą i cieszyła się niezwykle, że udało się spleść rzemiosło, poezję i magię, i że dzieło tym razem nie tylko zachwycało oczy: zrobiło coś więcej. Coś naprawdę ważnego.
Też się roześmiała, kiedy nagle pyłek posypał się na jej ubranie i na włosy. Jedną ręką wciąż trzymając wolumin, drugą uniosła do ciemnych kosmyków, przyglądając się temu, co na nich lśniło, i niemal natychmiast uruchomiło to w jej głowie myśl, czy byłaby w stanie odtworzyć ten efekt za pomocą zaklętej biżuterii. A potem coś błysnęło, znaki jakby się rozświetliły, a świat zassało. Ta niespodziewana teleportacja sprawiła, że Kate odruchowo zacisnęła powieki, i przycisnęła do siebie książkę, jakby ta mogła coś pomóc. Wcześniejsza radość na sekundę została zastąpiona niepokojem.
Ale kiedy otworzyła oczy, odetchnęła z ulgą, a chwilę później tę ulgę zastąpiła niemal euforia.
Wróżki wciąż tańczyły wokół nich, a oni nie byli w jakimś strasznym miejscu, lecz gdzieś nad wodą. Blask zachodzącego słońca barwił jezioro i niebo feerią kolorów i Kate przypatrywała się temu absolutnie oczarowana, niepewna, czy wróżki przeniosły ich po prostu do miejsca, gdzie akurat działo się coś tak pięknego, czy to zadziałała ich magia. Dumna przy okazji niezwykle, że udało się dopełnić dzieła, bo gdyby zawiedli, byłaby niesamowicie rozczarowana, i ze względu na te istoty, i na samą siebie. Dopiero gdy Sam się znów odezwał, ocknęła się z tego zamyślenia, bo na moment skupiona na widoku zapomniała o całym świecie, także o tym, że nie była tu sama.
– Och. Ależ skąd. To znaczy, nie zrobiłam tego sama – sprostowała. Nawet nie dlatego, że była jakąś bardzo miłą osobą, po prostu czerpała satysfakcję ze swojej pracy i przypisanie sobie zasługi za dokonania kogoś innego, godziłoby w jej dumę. Nie mogła powiedzieć, że to jej się udało: odczytała poezję, rzeźbiła część znaków, ale totem wykonał przecież Sam. – Myślę, że można powiedzieć, że wykonaliśmy bardzo dobrą robotę. Dziękuję, to piękne – powiedziała. Może do niego. Może do wróżek, które podarowały jej wianek i za którego poprawianie na fryzurze się zabrała. A może do nich wszystkich na raz.
Też się roześmiała, kiedy nagle pyłek posypał się na jej ubranie i na włosy. Jedną ręką wciąż trzymając wolumin, drugą uniosła do ciemnych kosmyków, przyglądając się temu, co na nich lśniło, i niemal natychmiast uruchomiło to w jej głowie myśl, czy byłaby w stanie odtworzyć ten efekt za pomocą zaklętej biżuterii. A potem coś błysnęło, znaki jakby się rozświetliły, a świat zassało. Ta niespodziewana teleportacja sprawiła, że Kate odruchowo zacisnęła powieki, i przycisnęła do siebie książkę, jakby ta mogła coś pomóc. Wcześniejsza radość na sekundę została zastąpiona niepokojem.
Ale kiedy otworzyła oczy, odetchnęła z ulgą, a chwilę później tę ulgę zastąpiła niemal euforia.
Wróżki wciąż tańczyły wokół nich, a oni nie byli w jakimś strasznym miejscu, lecz gdzieś nad wodą. Blask zachodzącego słońca barwił jezioro i niebo feerią kolorów i Kate przypatrywała się temu absolutnie oczarowana, niepewna, czy wróżki przeniosły ich po prostu do miejsca, gdzie akurat działo się coś tak pięknego, czy to zadziałała ich magia. Dumna przy okazji niezwykle, że udało się dopełnić dzieła, bo gdyby zawiedli, byłaby niesamowicie rozczarowana, i ze względu na te istoty, i na samą siebie. Dopiero gdy Sam się znów odezwał, ocknęła się z tego zamyślenia, bo na moment skupiona na widoku zapomniała o całym świecie, także o tym, że nie była tu sama.
– Och. Ależ skąd. To znaczy, nie zrobiłam tego sama – sprostowała. Nawet nie dlatego, że była jakąś bardzo miłą osobą, po prostu czerpała satysfakcję ze swojej pracy i przypisanie sobie zasługi za dokonania kogoś innego, godziłoby w jej dumę. Nie mogła powiedzieć, że to jej się udało: odczytała poezję, rzeźbiła część znaków, ale totem wykonał przecież Sam. – Myślę, że można powiedzieć, że wykonaliśmy bardzo dobrą robotę. Dziękuję, to piękne – powiedziała. Może do niego. Może do wróżek, które podarowały jej wianek i za którego poprawianie na fryzurze się zabrała. A może do nich wszystkich na raz.