19.07.2026, 19:11 ✶
Żona głowy rodziny Black doskonale wiedziała, kiedy należało nagrodzić mężczyznę uśmiechem, a kiedy jedynie pozwolić mu uwierzyć, że rzeczywiście na niego zasłużył. W związku z tym, jej śmiech był uprzejmy oraz melodyjny. Pan Mulciber mógłby nawet odnieść wrażenie, że jego dowcip odniósł pełen sukces — a któż chciałby pozbawiać mężczyzny tak niewinnej przyjemności?
Być może jego ego zostało właśnie mile połechtane. Należało mieć jedynie nadzieję, że nie potraktuje tego jako zaproszenia do dalszych popisów z tymi odważnymi żartami! To było przecież dopiero pierwsze spotkanie…
— Obawiam się, że Paryż pozostaje jednym z tych miejsc, które człowiek poznaje najpiękniej dopiero wtedy, gdy może poświęcić mu należytą uwagę — odparła łagodnie Lydia. — Widok z okna powozu nie pozwala przecież poznać ducha miasta. Zresztą nie jestem do końca przekonana, czy posiadam odpowiednie kwalifikacje. Moja edukacja artystyczna ograniczała się do nauki rozpoznawania portretów przodków po kształcie nosa.
Ophelia Black parsknęła (odchrząknęła? Czy rozbawiła matkę? Czy ta właśnie posłała naganę w jej kierunku?) cicho za filiżanką.
— Nie zapomnimy o pańskiej uprzejmości. Ciasteczko, panie Mulciberze? — zapytała starsza kobieta, kiedy podsunęła mu talerz.
Jedni pytali o snowidzenie, sądząc, że kilka dobrze dobranych słów pozwoliłoby im uniknąć własnych niefortunnych decyzji. Jakże wygodne byłoby życie, gdyby można było uprzednio poznać wszystkie błędy, jakie zamierzało się popełnić! Inni natomiast podchodzili do sprawy z większą ostrożnością.
Czy pan Mulciber zdawał się należeć właśnie do tej drugiej kategorii? Lydia musiała przyznać, że była to odmiana dość przyjemna. Ludzie zazwyczaj albo patrzyli na nią jak na niezwykłe zjawisko godne zamknięcia w Mungu, albo jak na osobę, której należy natychmiast zadać wszystkie pytania, jakie kiedykolwiek przyszły im do głowy. W zależności od rozmówcy zdarzało jej się więc udzielać odpowiedzi bardziej… stosownej do jego charakteru. Czasem informowała, że prawdziwe snowidzenie wymagało spożywania czarnych kotów na obiad oraz okazjonalnego składania małych dzieci w ofierze piecowi.
— Jest to sztuka wymagająca cierpliwości — odparła. — I przede wszystkim pokory. Sny rzadko przemawiają językiem prostym i dogodnym dla człowieka — uniósłszy wzrok, napotkała jego spojrzenie. — Powiedział pan, że jest uzdrowicielem — podjęła, przesuwając palec po obrzeżu filiżanki, której nie dotknęła. — Czy to również sztuka trudna? Leczy pan ciało?
Być może jego ego zostało właśnie mile połechtane. Należało mieć jedynie nadzieję, że nie potraktuje tego jako zaproszenia do dalszych popisów z tymi odważnymi żartami! To było przecież dopiero pierwsze spotkanie…
— Obawiam się, że Paryż pozostaje jednym z tych miejsc, które człowiek poznaje najpiękniej dopiero wtedy, gdy może poświęcić mu należytą uwagę — odparła łagodnie Lydia. — Widok z okna powozu nie pozwala przecież poznać ducha miasta. Zresztą nie jestem do końca przekonana, czy posiadam odpowiednie kwalifikacje. Moja edukacja artystyczna ograniczała się do nauki rozpoznawania portretów przodków po kształcie nosa.
Ophelia Black parsknęła (odchrząknęła? Czy rozbawiła matkę? Czy ta właśnie posłała naganę w jej kierunku?) cicho za filiżanką.
— Nie zapomnimy o pańskiej uprzejmości. Ciasteczko, panie Mulciberze? — zapytała starsza kobieta, kiedy podsunęła mu talerz.
Jedni pytali o snowidzenie, sądząc, że kilka dobrze dobranych słów pozwoliłoby im uniknąć własnych niefortunnych decyzji. Jakże wygodne byłoby życie, gdyby można było uprzednio poznać wszystkie błędy, jakie zamierzało się popełnić! Inni natomiast podchodzili do sprawy z większą ostrożnością.
Czy pan Mulciber zdawał się należeć właśnie do tej drugiej kategorii? Lydia musiała przyznać, że była to odmiana dość przyjemna. Ludzie zazwyczaj albo patrzyli na nią jak na niezwykłe zjawisko godne zamknięcia w Mungu, albo jak na osobę, której należy natychmiast zadać wszystkie pytania, jakie kiedykolwiek przyszły im do głowy. W zależności od rozmówcy zdarzało jej się więc udzielać odpowiedzi bardziej… stosownej do jego charakteru. Czasem informowała, że prawdziwe snowidzenie wymagało spożywania czarnych kotów na obiad oraz okazjonalnego składania małych dzieci w ofierze piecowi.
— Jest to sztuka wymagająca cierpliwości — odparła. — I przede wszystkim pokory. Sny rzadko przemawiają językiem prostym i dogodnym dla człowieka — uniósłszy wzrok, napotkała jego spojrzenie. — Powiedział pan, że jest uzdrowicielem — podjęła, przesuwając palec po obrzeżu filiżanki, której nie dotknęła. — Czy to również sztuka trudna? Leczy pan ciało?
Je t'aime, je te hais
Mais ma meilleure ennemie, c'est toi
Fuis-moi, le pire, c'est toi et moi
Mais ma meilleure ennemie, c'est toi
Fuis-moi, le pire, c'est toi et moi