20.07.2026, 11:37 ✶
Główną możliwością zestawiania Samuela z podłą manipulacją była sytuacja w której to jemu ktoś oczy mydlił smutnymi oczętami i cichym wołaniem o pomoc w przypadku domów i majątków, które aż tak przez Spaloną Noc nie ucierpiały. Sam nie potrafił odmówić, a jego dobre, usłużne serce doprowadzało ciało do skraju fizycznego wyczerpania, co było o niebo łatwiejsze dlań do zniesienia, niż wyczerpanie psychiczne, które przyniosła mu ta czarnoksięska tragedia niejako przy okazji pożaru.
Teraz jednak pozostał ślepy i głuchy na wrażenie, które wywarł raczej prostym gestem. On z zimnem radził sobie całkiem nieźle, odczuwając jesienny wieczór raczej jako rześki i sprzyjający zadaniom, które sobie wyznaczył w najbliższych godzinach. Kątem oka wychwycił kształt białych dłoni na korze i uśmiechnął się koślawo, próbując wręcz zdławić myśl o tym jak ciało wrośnięte w drzewo mogłoby być piękne w doskonałej harmonii. Jego własna skóra zaczęła gdzieniegdzie twardnieć i upodabniać się do kasztanowej kory, ale z tego nie zamierzał się zwierzać. Przejechał zrogowaciałymi opuszkami po wnętrzu znaczonej bliznami i pracą dłoni, zastanawiając się przez moment, czy ten stan nie umożliwi mu na pewnym etapie pracy. Lub… czy i z niego mogłaby powstać różdżka, jeśli tylko palce wydłużyłyby się odpowiednio wzorem wierzbowych gałązek. Być może na wiosnę…
Skinął głową, podążając za swoją przewodniczką w milczeniu. Nie dopytywał skąd ona wie o czasie w jakim sosna sięgnęła ziemi, lecz córka pana Garricka zyskiwała z każdą chwilą, gdy w końcu odważali się na jakąkolwiek interakcje. Świadomością lasu… Lubił ludzi, którzy czuli las. Nie czuł się wtedy tak obco wśród nich. Tak niedopasowanie.
Zatrzymali się, gdy Septima podniosła zabawkę z ziemi, a Samuel rozejrzał się wkoło, spodziewając się że dotarli już do sosny. Dla niego skojarzenia o wykrzywionych ciałach potworów z ciemności nie były dostępne. Urodził się i wychował w Kniei. To miasto było przestrzenią, która go przerażała, która spędzała sen z powiek obcością świateł i zapachów, nadmiarem ludzi i słów, dziwacznych dźwięków zniekształconych zimnym kamieniem ścian.
Zamiast więc zwracać aż taką uwagę na zabawkę i zachowanie towarzyszki, zaczął przypatrywać się chrustowi, zakładając że przystanek jest bezpośrednio związany z ich pracą.
Skrzywił się jednak.
– Wolałbym większe panno Olivander. To ma być duży stos, te gałązki znikną w chwilę. Proszę się nie martwić, że nie dałbym rady ich unieść. Na niedźwiedzim grzbiecie jestem w stanie dźwignąć bardzo dużo. – zaręczył, choć w sumie nie był pewien, czy kobieta wie o jego animagicznych umiejętnościach. O tym, że spotkali się przed kilkoma miesiącami na longbottomowej potańcówce gdzie paradował jako niedźwiedź już dawno zapomniał. Tamtego wieczora wydarzyło się przecież tak wiele…
Teraz jednak pozostał ślepy i głuchy na wrażenie, które wywarł raczej prostym gestem. On z zimnem radził sobie całkiem nieźle, odczuwając jesienny wieczór raczej jako rześki i sprzyjający zadaniom, które sobie wyznaczył w najbliższych godzinach. Kątem oka wychwycił kształt białych dłoni na korze i uśmiechnął się koślawo, próbując wręcz zdławić myśl o tym jak ciało wrośnięte w drzewo mogłoby być piękne w doskonałej harmonii. Jego własna skóra zaczęła gdzieniegdzie twardnieć i upodabniać się do kasztanowej kory, ale z tego nie zamierzał się zwierzać. Przejechał zrogowaciałymi opuszkami po wnętrzu znaczonej bliznami i pracą dłoni, zastanawiając się przez moment, czy ten stan nie umożliwi mu na pewnym etapie pracy. Lub… czy i z niego mogłaby powstać różdżka, jeśli tylko palce wydłużyłyby się odpowiednio wzorem wierzbowych gałązek. Być może na wiosnę…
Skinął głową, podążając za swoją przewodniczką w milczeniu. Nie dopytywał skąd ona wie o czasie w jakim sosna sięgnęła ziemi, lecz córka pana Garricka zyskiwała z każdą chwilą, gdy w końcu odważali się na jakąkolwiek interakcje. Świadomością lasu… Lubił ludzi, którzy czuli las. Nie czuł się wtedy tak obco wśród nich. Tak niedopasowanie.
Zatrzymali się, gdy Septima podniosła zabawkę z ziemi, a Samuel rozejrzał się wkoło, spodziewając się że dotarli już do sosny. Dla niego skojarzenia o wykrzywionych ciałach potworów z ciemności nie były dostępne. Urodził się i wychował w Kniei. To miasto było przestrzenią, która go przerażała, która spędzała sen z powiek obcością świateł i zapachów, nadmiarem ludzi i słów, dziwacznych dźwięków zniekształconych zimnym kamieniem ścian.
Zamiast więc zwracać aż taką uwagę na zabawkę i zachowanie towarzyszki, zaczął przypatrywać się chrustowi, zakładając że przystanek jest bezpośrednio związany z ich pracą.
Skrzywił się jednak.
– Wolałbym większe panno Olivander. To ma być duży stos, te gałązki znikną w chwilę. Proszę się nie martwić, że nie dałbym rady ich unieść. Na niedźwiedzim grzbiecie jestem w stanie dźwignąć bardzo dużo. – zaręczył, choć w sumie nie był pewien, czy kobieta wie o jego animagicznych umiejętnościach. O tym, że spotkali się przed kilkoma miesiącami na longbottomowej potańcówce gdzie paradował jako niedźwiedź już dawno zapomniał. Tamtego wieczora wydarzyło się przecież tak wiele…