20.07.2026, 14:05 ✶
– Ale to wszystko jest najprzepiękniejsze! – Keyleth, czy raczej Nico, przeżywała jarmark jak żaba okres, bo przecież nigdy wcześniej nie uczestniczyła w żadnym jarmarku. Być może też dlatego teraz testowała ten wizerunek, aby niepohamowana ekscytacja nie ściągała na siebie za dużo oczu i pytań. Jasna głowa, dwa mysie ogony po bokach, znaczy całkiem legitne warkoczyki i uśmiech od ucha do ucha z oczami lśniącymi jak dwa awenturyny. Nawet miała jakieś adekwatne ciuchy wygrzebane ze śmietnika. W worku niosła swój wieniec dla tutejszego ducha opiekuńczego, znaczy dla boginii księżyca, którą wszyscy lubili, mimo że Londyn spłonął.
Czy miało to znaczenia, skoro wszystkie towary wystawione na stoiskach były TAKIE PIĘKNE?!
– A widziałaś to! Asena Asena zobacz a tam! Och błagam chodźmy tu czy te drewniane figurki nie mogłyby być słodsze?! Zaraz sobie na nich zęby połamie! – ćwierkała radośnie nie gorzej niż świergotnik w okresie godowym, przeskakując od straganu do straganu, kładąc swoje obecnie dziesięcioletnie łapki na wszystkich zwłaszcza świecących przedmiotach i przedmiocikach.
Zatrzymała się dłużej gdy dotarły do szat. Płaszcze sprzedawane przez Bardzo Poważnego Kogoś zdawały się być istotne i magiczne i choć nie potrzebowała takiego okrycia w Rejwachu w którym nic jej nie brakowało, nagle strasznie strasznie strasznie zapragnęła mieć taki. Taki płaszcz… był bardzo poważny. Dostojny. W takim płaszczu każdy prezentowałby się dobrze i poważnie, nawet ona.
Zmarkotniała wyraźnie gdy usłyszała cenę. Sięgnęła do kieszeni swojej dziecięcej sukieneczki i wyciągnęła z niej trzy guziki i zdechłego brokuła.
– Och dziecko, kiedyś jak już skończysz Hogwart i będziesz mieć pracę, to kupisz sobie taki płaszcz. Teraz to raczej rola… – sprzedawca przeniósł krytyczny wzrok na Asenę. Chciał powiedzieć "mamy", ale nie dokończył, zamiast tego zapytał z typową dla sprzedawców uprzejmością: – Pani sobie czegoś życzy z asortymentu? Tu dalej mamy też wpierające siłę woli łakocie. Prima sort. – zachęcił wskazując na suszone owoce posegregowane w eleganckich torebeczkach bardziej jak leki niż słodycze.
Kradzież tożsamości III | Biedak II
Czy miało to znaczenia, skoro wszystkie towary wystawione na stoiskach były TAKIE PIĘKNE?!
– A widziałaś to! Asena Asena zobacz a tam! Och błagam chodźmy tu czy te drewniane figurki nie mogłyby być słodsze?! Zaraz sobie na nich zęby połamie! – ćwierkała radośnie nie gorzej niż świergotnik w okresie godowym, przeskakując od straganu do straganu, kładąc swoje obecnie dziesięcioletnie łapki na wszystkich zwłaszcza świecących przedmiotach i przedmiocikach.
Zatrzymała się dłużej gdy dotarły do szat. Płaszcze sprzedawane przez Bardzo Poważnego Kogoś zdawały się być istotne i magiczne i choć nie potrzebowała takiego okrycia w Rejwachu w którym nic jej nie brakowało, nagle strasznie strasznie strasznie zapragnęła mieć taki. Taki płaszcz… był bardzo poważny. Dostojny. W takim płaszczu każdy prezentowałby się dobrze i poważnie, nawet ona.
Zmarkotniała wyraźnie gdy usłyszała cenę. Sięgnęła do kieszeni swojej dziecięcej sukieneczki i wyciągnęła z niej trzy guziki i zdechłego brokuła.
– Och dziecko, kiedyś jak już skończysz Hogwart i będziesz mieć pracę, to kupisz sobie taki płaszcz. Teraz to raczej rola… – sprzedawca przeniósł krytyczny wzrok na Asenę. Chciał powiedzieć "mamy", ale nie dokończył, zamiast tego zapytał z typową dla sprzedawców uprzejmością: – Pani sobie czegoś życzy z asortymentu? Tu dalej mamy też wpierające siłę woli łakocie. Prima sort. – zachęcił wskazując na suszone owoce posegregowane w eleganckich torebeczkach bardziej jak leki niż słodycze.
Kradzież tożsamości III | Biedak II