20.07.2026, 19:17 ✶
Skinąłem tylko głową, gdy potwierdziła moje przypuszczenia, to jedno krótkie słowo wystarczyło, nie musieliśmy dodawać nic więcej, by być zgodni, co do tego, że naprawdę byliśmy w dupie. Nie byliśmy już właścicielami domu - byliśmy okupantami na terytorium, które najwyraźniej od dawna należało do ośmionożnej cywilizacji. Jeszcze chwilę wcześniej wydawało mi się, że mieliśmy choć odrobinę przewagi - ona miała naprawdę potężny zasób informacji na temat tak naprawdę wszystkiego, o czym kiedykolwiek czytała lub słuchała, ja natomiast byłem większy, potencjalnie silniejszy od przeciwnika, o co właściwie nie było trudno, uzbrojony w nie tylko w różdżkę, lecz także w całkiem bogate doświadczenie w radzeniu sobie z rzeczami, które próbowały mnie zabić. Im dłużej jednak patrzyłem na tę przeklętą pajęczynę rozpiętą przez cały salon, tym bardziej dochodziło do mnie, że prowadziliśmy wojnę z oponentem, który znał nas znacznie lepiej niż my jego - aktualnie byłem gotów uwierzyć dosłownie we wszystko, tylko nie w naszą dominację - ktoś, kto potrafił zbudować coś takiego w jedną noc, z całą pewnością był zdolny również do nauczenia się kilku tysięcy słów i wykorzystywania tak pozyskanych informacji wraz z całym arsenałem innych przewag, o których my nie mieliśmy bladego pojęcia. Jedno przekleństwo rzeczywiście mówiło wszystko, czego nie chciałem wypowiadać na głos, rzeczywiście wystarczało za całe podsumowanie naszej sytuacji. Jeśli ta gigantyczna pajęczyna była wiadomością, to została napisana wyjątkowo czytelnie.
Przez moment naprawdę próbowałem odzyskać nad sobą panowanie, słuchałem Prudence, kiwałem nawet lekko głową, chociaż połowę jej słów zagłuszała mi moja własna logika, ten paniczny głosik w głowie. Próbowałem uspokoić jednocześnie przyspieszony i zduszony oddech, ale kiedy usłyszałem, że lepiej było mieć do czynienia z szesnastoma pazurkami niż z czterdziestoma palcami, spojrzałem na nią z miną człowieka, którego mózg właśnie odmówił współpracy. W normalnych okolicznościach taka matematyka może i miała sens, ale w mojej głowie oba warianty były obecnie równie przerażające.
- Mhmmmm. Jaaasne. - Spróbowałem nawet prychnąć pod nosem, lecz wyszedł z tego tylko nerwowy wydech. Problem polegał na tym, że dla mojego mózgu różnica pomiędzy szesnastoma pazurkami a czterdziestoma stopami już dawno przestała mieć jakiekolwiek znaczenie - jeśli dopuściłem do siebie myśl o jednym pająku spacerującym po moich plecach, to równie dobrze moja wyobraźnia mogła sobie dopowiedzieć wszystko inne… Mimo wszystko wziąłem głęboki oddech i spróbowałem zrobić to, o co prosiła - wyprostowałem się, opuściłem ramiona, zacisnąłem szczękę tak mocno, że aż zabolały mnie mięśnie - skoro moja żona mówiła, że nie mogłem pozwolić, aby manipulował mną jakiś pająk, postanowiłem chociaż przez chwilę udawać, że faktycznie nad sobą panowałem.
Na wzmiankę o pięciu sekundach spokoju spojrzałem na nią kątem oka i westchnąłem z udawanym cierpieniem.
- Tak. Dokładnie pięciu. Czasem człowiek potszebuje pięciu sekund szczęśliwej nieświadomości, zanim świat znowu go kopnie. Wiesz? - Mimo wszystko uśmiechnąłem się krzywo, nie miałem do niej pretensji, w końcu znałem ją i siebie aż za dobrze, i gdyby role się odwróciły, pewnie też powiedziałbym jej prawdę, choćby była najgorsza z możliwych. Byliśmy ze sobą szczerzy, właśnie za to ją kochałem, nawet jeśli akurat ta szczerość oznaczała informację o pająku spacerującym pod moją koszulą. Stanąłem nieruchomo, choć kosztowało mnie to więcej wysiłku niż niejeden pojedynek, każdy mięsień w moim ciele - a było ich przecież całkiem sporo - domagał się bowiem, żebym znowu zaczął podskakiwać.
Wiedziałem jednak, że jeśli miała trafić intruza, musiałem przestać zachowywać się jak opętany, widziałem też kątem oka klapek w jej dłoni i uznałem go za całkowicie profesjonalny sprzęt do eksterminacji. Postanowiłem przynajmniej spróbować zaufać temu planowi.
- Dobra. Wal. Nie pszejmuj się mną. - Nawet nie drgnąłem, kiedy usłyszałem ciche przeprosiny, i…
Klapek uderzył mnie prosto między łopatki, lądując na moim ciele z głuchym pacnięciem, poczułem sam kontakt bardziej jako klepnięcie niż cios - mięśnie na plecach zamortyzowały uderzenie bez najmniejszego problemu, więc nawet nie syknąłem z bólu, za to niemal natychmiast zobaczyłem efekt… Mały, włochaty pająk wystrzelił jak pocisk, odbił się od mojego barku i… Rozłożył odnóża szeroko, zawisł przez ułamek sekundy w powietrzu, a potem poszybował prosto na podłogę. Spadł z moich pleców, odbijając się od desek z zadziwiającą sprężystością i finalnie upadając na stare, powycierane drewno. Przez sekundę leżał całkowicie nieruchomo, toteż już miałem odetchnąć z ulgą, kiedy nagle poderwał się na wszystkie odnóża, niczym bokser liczony przez sędziego, otrzepał odwłok i… Uniósł do góry dwie przednie nogi - przysiągłbym, że pogroził nam nimi z wyraźnym, zdecydowanie nie pokojowym przekazem, zapewne pokazując po jednym pazurku na łapce - patrząc prosto na nas, potem z tylnej części jego odwłoka wystrzeliła cienka nić, która przykleiła się do porzuconej przeze mnie koszuli. Stworzenie wspięło się na nią z zadziwiającą pewnością siebie, jakby właśnie zdobyło wojenne trofeum, i zanim którekolwiek z nas zdążyło zareagować, zniknęło z koszulą wśród gęstwiny gigantycznej pajęczyny, pociągając za sobą ciężki materiał, jak gdyby był tylko leciutką szmatką.
Przez moment naprawdę próbowałem odzyskać nad sobą panowanie, słuchałem Prudence, kiwałem nawet lekko głową, chociaż połowę jej słów zagłuszała mi moja własna logika, ten paniczny głosik w głowie. Próbowałem uspokoić jednocześnie przyspieszony i zduszony oddech, ale kiedy usłyszałem, że lepiej było mieć do czynienia z szesnastoma pazurkami niż z czterdziestoma palcami, spojrzałem na nią z miną człowieka, którego mózg właśnie odmówił współpracy. W normalnych okolicznościach taka matematyka może i miała sens, ale w mojej głowie oba warianty były obecnie równie przerażające.
- Mhmmmm. Jaaasne. - Spróbowałem nawet prychnąć pod nosem, lecz wyszedł z tego tylko nerwowy wydech. Problem polegał na tym, że dla mojego mózgu różnica pomiędzy szesnastoma pazurkami a czterdziestoma stopami już dawno przestała mieć jakiekolwiek znaczenie - jeśli dopuściłem do siebie myśl o jednym pająku spacerującym po moich plecach, to równie dobrze moja wyobraźnia mogła sobie dopowiedzieć wszystko inne… Mimo wszystko wziąłem głęboki oddech i spróbowałem zrobić to, o co prosiła - wyprostowałem się, opuściłem ramiona, zacisnąłem szczękę tak mocno, że aż zabolały mnie mięśnie - skoro moja żona mówiła, że nie mogłem pozwolić, aby manipulował mną jakiś pająk, postanowiłem chociaż przez chwilę udawać, że faktycznie nad sobą panowałem.
Na wzmiankę o pięciu sekundach spokoju spojrzałem na nią kątem oka i westchnąłem z udawanym cierpieniem.
- Tak. Dokładnie pięciu. Czasem człowiek potszebuje pięciu sekund szczęśliwej nieświadomości, zanim świat znowu go kopnie. Wiesz? - Mimo wszystko uśmiechnąłem się krzywo, nie miałem do niej pretensji, w końcu znałem ją i siebie aż za dobrze, i gdyby role się odwróciły, pewnie też powiedziałbym jej prawdę, choćby była najgorsza z możliwych. Byliśmy ze sobą szczerzy, właśnie za to ją kochałem, nawet jeśli akurat ta szczerość oznaczała informację o pająku spacerującym pod moją koszulą. Stanąłem nieruchomo, choć kosztowało mnie to więcej wysiłku niż niejeden pojedynek, każdy mięsień w moim ciele - a było ich przecież całkiem sporo - domagał się bowiem, żebym znowu zaczął podskakiwać.
Wiedziałem jednak, że jeśli miała trafić intruza, musiałem przestać zachowywać się jak opętany, widziałem też kątem oka klapek w jej dłoni i uznałem go za całkowicie profesjonalny sprzęt do eksterminacji. Postanowiłem przynajmniej spróbować zaufać temu planowi.
- Dobra. Wal. Nie pszejmuj się mną. - Nawet nie drgnąłem, kiedy usłyszałem ciche przeprosiny, i…
Klapek uderzył mnie prosto między łopatki, lądując na moim ciele z głuchym pacnięciem, poczułem sam kontakt bardziej jako klepnięcie niż cios - mięśnie na plecach zamortyzowały uderzenie bez najmniejszego problemu, więc nawet nie syknąłem z bólu, za to niemal natychmiast zobaczyłem efekt… Mały, włochaty pająk wystrzelił jak pocisk, odbił się od mojego barku i… Rozłożył odnóża szeroko, zawisł przez ułamek sekundy w powietrzu, a potem poszybował prosto na podłogę. Spadł z moich pleców, odbijając się od desek z zadziwiającą sprężystością i finalnie upadając na stare, powycierane drewno. Przez sekundę leżał całkowicie nieruchomo, toteż już miałem odetchnąć z ulgą, kiedy nagle poderwał się na wszystkie odnóża, niczym bokser liczony przez sędziego, otrzepał odwłok i… Uniósł do góry dwie przednie nogi - przysiągłbym, że pogroził nam nimi z wyraźnym, zdecydowanie nie pokojowym przekazem, zapewne pokazując po jednym pazurku na łapce - patrząc prosto na nas, potem z tylnej części jego odwłoka wystrzeliła cienka nić, która przykleiła się do porzuconej przeze mnie koszuli. Stworzenie wspięło się na nią z zadziwiającą pewnością siebie, jakby właśnie zdobyło wojenne trofeum, i zanim którekolwiek z nas zdążyło zareagować, zniknęło z koszulą wśród gęstwiny gigantycznej pajęczyny, pociągając za sobą ciężki materiał, jak gdyby był tylko leciutką szmatką.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)