20.07.2026, 19:19 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.07.2026, 19:39 przez Aaron Andrew Moody.)
Byłem młody, powiedział Woody'emu, być może nieco bełkotliwie, a jednak wciąż dało się go zrozumieć. Byłem taki młody. Sam byłem jeszcze dzieciakiem, gdy pojawiły się dzieciaki. Bogowie, dorastałem z nimi. Dorastaliśmy razem. A teraz jestem stary. Aaron przejechał ręką po twarzy. Nie był wystarczająco pijany, ale przecież odbije sobie w rocznicę jej śmierci, pomyślał. Innych rocznic nie pamiętał, innych grzechów też nie. Nie było po co. Więc pił dalej.
Ja się starzeję, ale dzieciaki wciąż są dzieciakami. Zwłaszcza Millie. Alastor sobie poradzi, wiem o tym. Dobry z niego chłopiec. Zawsze radził sobie sam, chociaż… Ja w jego wieku byłem już wdowcem. Miałem rodzinę, która utrzymywała mnie na powierzchni. Miałem po co żyć. A on nie ma niczego. Nie ma przystani, do której mógłby wrócić, nie ma swojego portu. Nie rozumiem tego i nie podoba mi się to. Nie podoba mi się to, jak żyje. Aaron wzruszył ramionami. A jeżeli o moją dziewczynkę chodzi… Przycisnął pięść do czoła i siedział tak przez chwilę, próbując się uspokoić. Cóż, Millie wciąż jest małą dziewczynką, stwierdził boleśnie. Tak samo wulgarną, jak wrażliwą. Przerażająco poranioną od środka, a jednak zbyt kruchą, aby zatrzymać ją w ramionach. Głos mu się łamał, gniew przenikał się w gardle z żalem, który próbował wypalić kolejnym wychylonym zbyt szybko kieliszkiem wódki. Odziedziczyła cały mój upór, ale nic z mojej dyscypliny. Nigdy nie umiałem do niej dotrzeć. A najgorsze jest to, że ona nie umie słuchać. Nie uczy się na błędach. Dla niej to jest przecież tak, jak gdyby Madeleine umarła wczoraj. Jest do niej taka podobna. Myśli, że jej nienawidzę, bo jest tak bardzo podobna do swojej zmarłej matki, stwierdził z nagłym rozjuszeniem, jak gdyby przypomniał sobie jedną z wielu kłótni, jaką musieli odbyć, złość jego zgasła jednak tak szybko, jak wybuchła, a ja przecież nienawidzę tego tylko, jak upośledziła ją śmierć Maddie. A wzrastała tak ślicznie. Maddie zawsze chciała dziewczynkę. Może to za wcześnie, mówiłem. Może powinniśmy poczekać. Ale wiesz, jaka ona jest… Więc oboje chcieliśmy. Zawsze tak myślałem, że chcę zbyt dużo, wiesz? Chciałem tego wszystkiego zbyt mocno. Zbyt intensywnie Nie dla siebie. Dla niej. A ona… Ona mnie zostawiła. Wzięła i umarła po tym jak spełnił jej marzenia o domu pełnym dzieci. Umierała tak długo, że powinien umieć się z tym pogodzić. Chorowała przecież od lat, a on latami trwał u jej boku, do samego końca przekonany, że jest jeszcze coś, co da się zrobić, żeby odwlec nieuniknione. Jakże męczył ją swoim uporem. Tym jak desperacko pragnął zatrzymać ją obok siebie. Ona chciała mieć rodzinę, ale on chciał mieć tylko ją. Po latach czuł z tego powodu wyrzuty sumienia. Nie wobec dzieci — zawsze był bowiem bardzo samolubny w swej miłości — wobec niej, że przedłużał jej cierpienie po to tylko, żeby odwlec własne.
Czasem zastanawiał się, czy walczyłaby tak długo, gdyby miała obok siebie tylko jego. Czy godziłaby się na wszystkie terapie, wizyty magomedyków, eksperymentalne kuracje, gdyby nie czekały na nią w domu dzieci, które jej zrobił. Przerażały go te myśli, nigdy niewypowiedziane na głos. Nawet w pijackim amoku zdawały mu się zbyt strasznymi, żeby w ogóle dopuścił do siebie ich istnienie.
Ze mnie nie zrobiła kaleki, stwierdził, wolno cedząc słowa w pijackiej manierze, ale dziewczynkę zepsuła swoją śmiercią tak straszliwie, że teraz Millie nie wie nawet, jak powinno wyglądać życie. Bo ja jestem popierdolony, ale przecież próbuję… A wiesz, jaka ona była dzielna, gdy była malutka? Millie. Nigdy nie płakała, nawet wtedy, gdy przewracała się, próbując chodzić. Już wtedy wyrywała mi się z rąk, chociaż nóżki jej się aż wyginały na boki, niezdolne utrzymać dziecięcego ciężaru. Czy to ja ją zepsułem? Ja zepsułem, bracie? Bogowie wiedzą, że nie tego chciałem, bełkotał, tak jak o słowa, potykając się o własne nogi, gdy Woody pomagał mu podejść do jednego z rejwachowych wyr. Nie chciał złożyć się na nim w butach — nie godziło się przecież gnieździć w świeżej pościeli w butach — ale gdy schylił się, żeby rozwiązać sznurówki, zakręciło mu się we łbie tak straszliwe, że musiał wesprzeć się o ramię Longbottoma, żeby nie wyrżnąć o podłogę. Zaśmiał się. Śmiał się aż do łez. A może płakał aż do śmiechu. Był tak pijany, że nie widział już różnicy między jednym a drugim.
Nie zepsułem syna. Nie mogłem więc zepsuć córki. A jednak jest złamana. Skrzypiące drzwi naoliwisz. Pękniecie w ścianie załatasz. Jak mam naprawić złamaną córkę? Ja chcę tylko, żeby miała lepsze życie. Ja chcę tylko…
W tej chwili chciał ją targnąć za włosy i zmusić do spojrzenia w lustro. Strząsnąć jak nieposłusznego bachora. Nienawidził tego, co ze sobą robiła. Tego, że marnowała swoje życie.
— Ale ty jesteś moją córką, żeby się mnie słuchać — warknął ostro. — A ja jestem twoim ojcem. Za niesłuchanie Bonesa mogą cię co najwyżej zwolnić. — Konsekwencji ojcowskiego gniewu nie chciała znać, może dlatego pozwolił wybrzmieć ciszy, zamiast powiedzieć o tym na głos. Gniew Aarona Moody'ego był gorszy od plutonu egzekucyjnego. A jednak zdawał się czekać na komendę do wystrzału. — Wstań — powtórzył swój rozkaz tak jak gdyby kazał jej przyjąć pozycję bojową. Być może właśnie tak było. Jego córka wiecznie prowadziła jakieś boje z życiem. Szkoda tylko, że zawsze przegrywała. — Umyj twarz. Ubierz coś, co nie jest jebaną szmatą do podłogi. Usiądziemy potem w kuchni. — Widok tych pustych butelek na ławie w salonie niemożebnie go wkurwiał. — Zjemy. — Może nie wyrzyga wszystkiego. — Porozmawiamy.
Wciąż stał, patrząc na córkę z góry.
Ja się starzeję, ale dzieciaki wciąż są dzieciakami. Zwłaszcza Millie. Alastor sobie poradzi, wiem o tym. Dobry z niego chłopiec. Zawsze radził sobie sam, chociaż… Ja w jego wieku byłem już wdowcem. Miałem rodzinę, która utrzymywała mnie na powierzchni. Miałem po co żyć. A on nie ma niczego. Nie ma przystani, do której mógłby wrócić, nie ma swojego portu. Nie rozumiem tego i nie podoba mi się to. Nie podoba mi się to, jak żyje. Aaron wzruszył ramionami. A jeżeli o moją dziewczynkę chodzi… Przycisnął pięść do czoła i siedział tak przez chwilę, próbując się uspokoić. Cóż, Millie wciąż jest małą dziewczynką, stwierdził boleśnie. Tak samo wulgarną, jak wrażliwą. Przerażająco poranioną od środka, a jednak zbyt kruchą, aby zatrzymać ją w ramionach. Głos mu się łamał, gniew przenikał się w gardle z żalem, który próbował wypalić kolejnym wychylonym zbyt szybko kieliszkiem wódki. Odziedziczyła cały mój upór, ale nic z mojej dyscypliny. Nigdy nie umiałem do niej dotrzeć. A najgorsze jest to, że ona nie umie słuchać. Nie uczy się na błędach. Dla niej to jest przecież tak, jak gdyby Madeleine umarła wczoraj. Jest do niej taka podobna. Myśli, że jej nienawidzę, bo jest tak bardzo podobna do swojej zmarłej matki, stwierdził z nagłym rozjuszeniem, jak gdyby przypomniał sobie jedną z wielu kłótni, jaką musieli odbyć, złość jego zgasła jednak tak szybko, jak wybuchła, a ja przecież nienawidzę tego tylko, jak upośledziła ją śmierć Maddie. A wzrastała tak ślicznie. Maddie zawsze chciała dziewczynkę. Może to za wcześnie, mówiłem. Może powinniśmy poczekać. Ale wiesz, jaka ona jest… Więc oboje chcieliśmy. Zawsze tak myślałem, że chcę zbyt dużo, wiesz? Chciałem tego wszystkiego zbyt mocno. Zbyt intensywnie Nie dla siebie. Dla niej. A ona… Ona mnie zostawiła. Wzięła i umarła po tym jak spełnił jej marzenia o domu pełnym dzieci. Umierała tak długo, że powinien umieć się z tym pogodzić. Chorowała przecież od lat, a on latami trwał u jej boku, do samego końca przekonany, że jest jeszcze coś, co da się zrobić, żeby odwlec nieuniknione. Jakże męczył ją swoim uporem. Tym jak desperacko pragnął zatrzymać ją obok siebie. Ona chciała mieć rodzinę, ale on chciał mieć tylko ją. Po latach czuł z tego powodu wyrzuty sumienia. Nie wobec dzieci — zawsze był bowiem bardzo samolubny w swej miłości — wobec niej, że przedłużał jej cierpienie po to tylko, żeby odwlec własne.
Czasem zastanawiał się, czy walczyłaby tak długo, gdyby miała obok siebie tylko jego. Czy godziłaby się na wszystkie terapie, wizyty magomedyków, eksperymentalne kuracje, gdyby nie czekały na nią w domu dzieci, które jej zrobił. Przerażały go te myśli, nigdy niewypowiedziane na głos. Nawet w pijackim amoku zdawały mu się zbyt strasznymi, żeby w ogóle dopuścił do siebie ich istnienie.
Ze mnie nie zrobiła kaleki, stwierdził, wolno cedząc słowa w pijackiej manierze, ale dziewczynkę zepsuła swoją śmiercią tak straszliwie, że teraz Millie nie wie nawet, jak powinno wyglądać życie. Bo ja jestem popierdolony, ale przecież próbuję… A wiesz, jaka ona była dzielna, gdy była malutka? Millie. Nigdy nie płakała, nawet wtedy, gdy przewracała się, próbując chodzić. Już wtedy wyrywała mi się z rąk, chociaż nóżki jej się aż wyginały na boki, niezdolne utrzymać dziecięcego ciężaru. Czy to ja ją zepsułem? Ja zepsułem, bracie? Bogowie wiedzą, że nie tego chciałem, bełkotał, tak jak o słowa, potykając się o własne nogi, gdy Woody pomagał mu podejść do jednego z rejwachowych wyr. Nie chciał złożyć się na nim w butach — nie godziło się przecież gnieździć w świeżej pościeli w butach — ale gdy schylił się, żeby rozwiązać sznurówki, zakręciło mu się we łbie tak straszliwe, że musiał wesprzeć się o ramię Longbottoma, żeby nie wyrżnąć o podłogę. Zaśmiał się. Śmiał się aż do łez. A może płakał aż do śmiechu. Był tak pijany, że nie widział już różnicy między jednym a drugim.
Nie zepsułem syna. Nie mogłem więc zepsuć córki. A jednak jest złamana. Skrzypiące drzwi naoliwisz. Pękniecie w ścianie załatasz. Jak mam naprawić złamaną córkę? Ja chcę tylko, żeby miała lepsze życie. Ja chcę tylko…
W tej chwili chciał ją targnąć za włosy i zmusić do spojrzenia w lustro. Strząsnąć jak nieposłusznego bachora. Nienawidził tego, co ze sobą robiła. Tego, że marnowała swoje życie.
— Ale ty jesteś moją córką, żeby się mnie słuchać — warknął ostro. — A ja jestem twoim ojcem. Za niesłuchanie Bonesa mogą cię co najwyżej zwolnić. — Konsekwencji ojcowskiego gniewu nie chciała znać, może dlatego pozwolił wybrzmieć ciszy, zamiast powiedzieć o tym na głos. Gniew Aarona Moody'ego był gorszy od plutonu egzekucyjnego. A jednak zdawał się czekać na komendę do wystrzału. — Wstań — powtórzył swój rozkaz tak jak gdyby kazał jej przyjąć pozycję bojową. Być może właśnie tak było. Jego córka wiecznie prowadziła jakieś boje z życiem. Szkoda tylko, że zawsze przegrywała. — Umyj twarz. Ubierz coś, co nie jest jebaną szmatą do podłogi. Usiądziemy potem w kuchni. — Widok tych pustych butelek na ławie w salonie niemożebnie go wkurwiał. — Zjemy. — Może nie wyrzyga wszystkiego. — Porozmawiamy.
Wciąż stał, patrząc na córkę z góry.
I am the righteous hand of Justice
and I am ready to strike in her name
and I am ready to strike in her name