21.07.2026, 12:04 ✶
Pokój rozbrzmiał grzecznym śmiechem, jednym z tych wyćwiczonych specjalnie na takie okazje. Aby tylko gościa nie urazić, aby był on kontent z wizyty. Nie był to śmiech, którym obdarzało się kogoś, do kogo czuło się szczerą sympatię. Czy tak miała wyglądać ich przyszłość – jego i Lydii? Konwenans za konwenansem, kryjąca się pod tym niezręczność. Zawsze bardziej oddzielnie niż razem. Émile słyszał o takich aranżowanych małżeństwach. Bycie ze sobą z obowiązku sprawiało, że ludzie nigdy nie mieli szansy się poznać.
Zresztą każde słowo stanowiło test. To była partia szachów. Wypowiedzi to posunięcia pionów, śmiech to ruch gońca na skos – ryzykowny, ale przemyślany. Królowej nikt nie ruszał. Nie wiadomo do końca, co miałoby nią być.
– Jestem zdania, że nie trzeba być znawcą, by cieszyć się sztuką. To ona powinna zachwycać, a kompetencje do jej rozumienia stanowią jedynie dodatkową przyjemność – rzekł, po czym chwycił za filiżankę i upił odrobinę gorącej herbaty. Nie dał po sobie poznać, że odrobinę poparzył sobie język.
Podziękował matce Lydii i wziął ciastko. Był to herbatnik, który rozkruszał się, gdy tylko się go ugryzło. Anglicy jedli je bez talerzyków, przez co przy gryzieniu Émile musiał trzymać rękę przy brodzie, by nie pozwolić okruszkom opaść na ubranie. Miał nadzieję, że nie uczynił żadnego faux pas.
Gdyby nie Lydia, nie byłoby go tutaj. Nie tylko na Grimmauld Place, lecz w ogóle w Anglii. Jednak rodzina postawiła go przed wyborem: albo zaręczy się z panną Black, albo odnajdą mu w Paryżu pannę na wydaniu. A jako, że kobiety wychodziły tam za mąż bardzo szybko, najpewniej musiałaby to być jakaś dziewczyna tuż po Beauxbatons. Nie chciał robić tego jakiejś nastolatce, która ledwo co wkraczała w dorosłość. Lydia była zaś panną zbliżoną jemu wiekiem, co stanowiło rzadkość. Émile aż dziwił się, że dopiero teraz rodzina postanowiła wydać ją za mąż. Czy również pozwolono jej na rozwinięcie kariery? A może nadopiekuńcza matka nie chciała jej wypuścić swego pisklęcia spod skrzydeł?
Starał się nie oceniać zajęcia przyszłej narzeczonej, okazać pełną powagę. Nigdy jednak nie rozumiał ezoteryki tego typu. Wierzył, że jakby się uprzeć, nawet istnienie magii i objawienia Matki dało się wytłumaczyć jako fenomeny z porządku fizycznego. A te kadzidełka i widzenie przyszłości były może nie szarlatanerią, ale czymś kompletnie niepraktycznym. Sny były skutkiem działania ciała, płynów i impulsów w mózgu, które nasuwały ludziom obrazy przypominające rzeczywistość. Dlatego uśmiechnął się z lekką ironią, gdy kobieta zrównała to hobby z medycyną, najwyższą ze sztuk znanych człowiekowi.
– Każdy medyk leczy ciało, nawet w Lecznicy Dusz – rzekł z uśmiechem. Uważał, że nazwa, którą nadali Anglicy oddziałowi magipsychiatrycznemu była zgoła myląca. – Ale rozumiem pytanie. Specjalizuję się w medycynie ogólnej i pomocy po wypadkach. To dość szeroka dziedzina, bowiem zdarzało mi się prowadzić zarówno ciąże i rehabilitacje ruchowe. Skrótem, jestem osobą, do której idzie się w pierwszej kolejności.
Zresztą każde słowo stanowiło test. To była partia szachów. Wypowiedzi to posunięcia pionów, śmiech to ruch gońca na skos – ryzykowny, ale przemyślany. Królowej nikt nie ruszał. Nie wiadomo do końca, co miałoby nią być.
– Jestem zdania, że nie trzeba być znawcą, by cieszyć się sztuką. To ona powinna zachwycać, a kompetencje do jej rozumienia stanowią jedynie dodatkową przyjemność – rzekł, po czym chwycił za filiżankę i upił odrobinę gorącej herbaty. Nie dał po sobie poznać, że odrobinę poparzył sobie język.
Podziękował matce Lydii i wziął ciastko. Był to herbatnik, który rozkruszał się, gdy tylko się go ugryzło. Anglicy jedli je bez talerzyków, przez co przy gryzieniu Émile musiał trzymać rękę przy brodzie, by nie pozwolić okruszkom opaść na ubranie. Miał nadzieję, że nie uczynił żadnego faux pas.
Gdyby nie Lydia, nie byłoby go tutaj. Nie tylko na Grimmauld Place, lecz w ogóle w Anglii. Jednak rodzina postawiła go przed wyborem: albo zaręczy się z panną Black, albo odnajdą mu w Paryżu pannę na wydaniu. A jako, że kobiety wychodziły tam za mąż bardzo szybko, najpewniej musiałaby to być jakaś dziewczyna tuż po Beauxbatons. Nie chciał robić tego jakiejś nastolatce, która ledwo co wkraczała w dorosłość. Lydia była zaś panną zbliżoną jemu wiekiem, co stanowiło rzadkość. Émile aż dziwił się, że dopiero teraz rodzina postanowiła wydać ją za mąż. Czy również pozwolono jej na rozwinięcie kariery? A może nadopiekuńcza matka nie chciała jej wypuścić swego pisklęcia spod skrzydeł?
Starał się nie oceniać zajęcia przyszłej narzeczonej, okazać pełną powagę. Nigdy jednak nie rozumiał ezoteryki tego typu. Wierzył, że jakby się uprzeć, nawet istnienie magii i objawienia Matki dało się wytłumaczyć jako fenomeny z porządku fizycznego. A te kadzidełka i widzenie przyszłości były może nie szarlatanerią, ale czymś kompletnie niepraktycznym. Sny były skutkiem działania ciała, płynów i impulsów w mózgu, które nasuwały ludziom obrazy przypominające rzeczywistość. Dlatego uśmiechnął się z lekką ironią, gdy kobieta zrównała to hobby z medycyną, najwyższą ze sztuk znanych człowiekowi.
– Każdy medyk leczy ciało, nawet w Lecznicy Dusz – rzekł z uśmiechem. Uważał, że nazwa, którą nadali Anglicy oddziałowi magipsychiatrycznemu była zgoła myląca. – Ale rozumiem pytanie. Specjalizuję się w medycynie ogólnej i pomocy po wypadkach. To dość szeroka dziedzina, bowiem zdarzało mi się prowadzić zarówno ciąże i rehabilitacje ruchowe. Skrótem, jestem osobą, do której idzie się w pierwszej kolejności.
Monsieur sans visage
Et quand le soir viendra, l'air sera doux
Qui se jouera, caressant, dans vos voiles,
Et les regards paisibles des étoiles
Bienveillamment souriront aux époux.
Et quand le soir viendra, l'air sera doux
Qui se jouera, caressant, dans vos voiles,
Et les regards paisibles des étoiles
Bienveillamment souriront aux époux.