22.07.2026, 13:23 ✶
Stałem na kamiennym murku będącym jednocześnie balustradą jednego z najwyższych mostów, jakie widziałem w całym moim dotychczasowym życiu, z rękami wepchniętymi głęboko do kieszeni, i bujałem się na piętach, raz po raz coraz bardziej wychylając się poza jego krawędź, jakbym specjalnie próbował sprawdzić, czy w końcu zlecę na łeb i go sobie, jak debil, rozbiję. Pewnie powinienem był uważać, ale nigdy nie miałem do tego szczególnego talentu, zwłaszcza w przypadku zakazanych aktywności - a ta zdecydowanie nią była - im częściej ktoś mówił mi, żebym czegoś nie robił, tym bardziej miałem ochotę właśnie to zrobić, choćby tylko po to, żeby później z głupkowatym uśmiechem udawać, że wszystko, co poszło nie tak, w rzeczywistości od początku było częścią genialnego planu. Bądźmy całkowicie szczerzy - okej - po prostu lubiłem sprawdzać, gdzie właściwie przebiegała granica między odwagą a zwyczajną bezmyślnością. Nigdy nie potrafiłem jej znaleźć, z jakiegoś dziwnego powodu, więc regularnie ją przesuwałem - skakałem tam, gdzie inni woleli schodzić ostrożnie, wspinałem się tam, gdzie nie było, po co się wspinać, a kiedy coś trzeszczało mi pod nogami, zamiast się wycofać, robiłem jeszcze jeden krok naprzód. Miałem w sobie coś z kretyna i byłem tego całkowicie świadomy, tylko kompletnie mi to nie przeszkadzało.
Najbardziej bawiło mnie jednak to, jak bardzo wszystkich irytowało, że prawie zawsze uchodziło mi to płazem. W praktyce najczęściej kończyło się na obdartych dłoniach, posiniaczonych kolanach i przekonaniu, że następnym razem na pewno pójdzie mi lepiej. Los najwyraźniej uznał, że będzie mnie rozpieszczał, przynajmniej w tej jednej kwestii, więc zamiast spektakularnych katastrof dostawałem najwyżej kilka siniaków i powody do przechwalania się przez następny tydzień - oczywiście, wyolbrzymiałem każdą historię - jeżeli spadłem z dwóch metrów, opowiadałem później, że było ich pięć, jeżeli rozciąłem sobie dłoń o kamień, to po kilku dniach rana stawała się w mojej wersji pojedynkiem z czymś znacznie groźniejszym. No, przynajmniej jeśli akurat nie było tam kogoś, kto mógłby zweryfikować moje słowa.
Nigdy nie przyznałbym tego na głos, prędzej odgryzłbym sobie język, niż pozwolił komukolwiek wykorzystać to przeciwko mnie, ale świadomość, że ktoś patrzył na moje idiotyczne pomysły z przewróceniem oczami zamiast z prawdziwym potępieniem, działała na mnie lepiej niż jakiekolwiek mądre słowa. Wystarczyło, że wiedziałem, iż później usłyszę, jakim byłem kretynem, bym mimo to znowu robił dokładnie to samo. Tego dnia też nie zamierzałem zachowywać się rozsądnie, bo w końcu rozsądek był potwornie nudny, natomiast nuda wydawała mi się chyba najgorszą rzeczą, jaka mogła spotkać człowieka mającego kilkanaście lat i całe życie przed sobą. No - o ile miał je przeżyć, co w przypadku tego murku wydawało się coraz mniej oczywiste. Odchyliłem się jeszcze kawałek do tyłu, tylko po to, żeby usłyszeć za plecami ciężkie westchnienie, na którego dźwięk uśmiechnąłem się pod nosem, nawet się nie odwracając. Moje usta od razu wygięły się szerzej, bo rozpoznałbym ten dźwięk dosłownie wszędzie - paradoksalnie - był jednym z moich ulubionych odgłosów towarzyszących podobnym akcjom.
- Daj spokój, nie patrz tak na mnie. - Wiedziałem, że patrzyła. - Jeszcze nawet nie spadłem, a ty już wyglądasz, jakbyś miała iść po pielęgniarkę. - Na pewno tak wyglądała, sto pro. - Przecież sobie radzę! - Prychnąłem cicho i, nadal balansując na murku, rzuciłem przez ramię z tą samą bezczelną pewnością siebie, której zwykle było we mnie zdecydowanie za dużo, jak na standardy dorosłych.
Najbardziej bawiło mnie jednak to, jak bardzo wszystkich irytowało, że prawie zawsze uchodziło mi to płazem. W praktyce najczęściej kończyło się na obdartych dłoniach, posiniaczonych kolanach i przekonaniu, że następnym razem na pewno pójdzie mi lepiej. Los najwyraźniej uznał, że będzie mnie rozpieszczał, przynajmniej w tej jednej kwestii, więc zamiast spektakularnych katastrof dostawałem najwyżej kilka siniaków i powody do przechwalania się przez następny tydzień - oczywiście, wyolbrzymiałem każdą historię - jeżeli spadłem z dwóch metrów, opowiadałem później, że było ich pięć, jeżeli rozciąłem sobie dłoń o kamień, to po kilku dniach rana stawała się w mojej wersji pojedynkiem z czymś znacznie groźniejszym. No, przynajmniej jeśli akurat nie było tam kogoś, kto mógłby zweryfikować moje słowa.
Nigdy nie przyznałbym tego na głos, prędzej odgryzłbym sobie język, niż pozwolił komukolwiek wykorzystać to przeciwko mnie, ale świadomość, że ktoś patrzył na moje idiotyczne pomysły z przewróceniem oczami zamiast z prawdziwym potępieniem, działała na mnie lepiej niż jakiekolwiek mądre słowa. Wystarczyło, że wiedziałem, iż później usłyszę, jakim byłem kretynem, bym mimo to znowu robił dokładnie to samo. Tego dnia też nie zamierzałem zachowywać się rozsądnie, bo w końcu rozsądek był potwornie nudny, natomiast nuda wydawała mi się chyba najgorszą rzeczą, jaka mogła spotkać człowieka mającego kilkanaście lat i całe życie przed sobą. No - o ile miał je przeżyć, co w przypadku tego murku wydawało się coraz mniej oczywiste. Odchyliłem się jeszcze kawałek do tyłu, tylko po to, żeby usłyszeć za plecami ciężkie westchnienie, na którego dźwięk uśmiechnąłem się pod nosem, nawet się nie odwracając. Moje usta od razu wygięły się szerzej, bo rozpoznałbym ten dźwięk dosłownie wszędzie - paradoksalnie - był jednym z moich ulubionych odgłosów towarzyszących podobnym akcjom.
- Daj spokój, nie patrz tak na mnie. - Wiedziałem, że patrzyła. - Jeszcze nawet nie spadłem, a ty już wyglądasz, jakbyś miała iść po pielęgniarkę. - Na pewno tak wyglądała, sto pro. - Przecież sobie radzę! - Prychnąłem cicho i, nadal balansując na murku, rzuciłem przez ramię z tą samą bezczelną pewnością siebie, której zwykle było we mnie zdecydowanie za dużo, jak na standardy dorosłych.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)