22.07.2026, 16:17 ✶
Idea, jakoby to sama chata stała za wszystkim, co się wydarzyło, nie wzięła się Helloise z powietrza. Mimo że nie zawsze czarownica sprawiała takie wrażenie, to potrafiła wyciągać logiczne wnioski z informacji, jakimi dysponowała. Jej problemem było wyłącznie to, że jej się w owych wnioskach zdarzało zapędzić.
— Zatem to przychodzi z zewnątrz — podsumowała wskazówkę od Guinevere. — Sądziłam, że to sam dom, ponieważ to jest wszędzie, Guinevero. Ma oczy w każdym pokoju. W każdym kącie. W sękach desek obracają się gałki oczne. — Helloise uniosła rękę, wykrzywiając palce niczym szpony, którymi próbowała wydrapać niewidzialne ślepia. Mówiła z pełnym przekonaniem, mimo że słowa brzmiały niczym wariackie urojenia. Wierzyła, że po tym, co sama ujrzała, McGonagall nie będzie powątpiewać temu, że wiedźma spod lasu nie oszalała.
Skoro siła ta zdolna była sięgnąć magicznej kuli, być może rzeczywiście kryło się za nią coś większego niż tylko złośliwy poltergeist rozpanoszony po chatce na kurzej łapie. Helloise nie miała pojęcia, czego trzeba było, aby zakłócać odczyty wróżbitów, lecz z tłumaczeń Ginny pojąć zdołała, że podobne aberracje nie były rzeczą codzienną. McGonagall wydawała się swoimi doświadczeniem głęboko wstrząśnięta.
— Ach, chętnie zobaczę rysunki. — Helloise ospale wstała od stolika, przy którym wróżyła koleżanka. — Nie zrobiło ci to krzywdy, prawda? — zainteresowała się, mierząc Guinevere zatroskanym spojrzeniem.
Podążyła za kobietą na poczęstunek, w ciszy rozważając nowe fakty. Nie zaprowadziły one w jej teoriach rewolucji, lecz uzupełniły temat o kilka szczegółów. Wykluczenie opętania zaś zabiło jej ćwieka. Jeśliby nie chata była podmiotem w tej farsie ani nie duch żaden, to cóż pozostawało?
— Zdaje się, że raczej chce się mnie pozbyć niż opętać. Zna stare rytuały. Ta siła dysponuje zarówno wiedzą, jak i potencją. Wie rzeczy, jak i przynosi rzeczy. Dawne rzeczy. Świece do nieznanych mi rytuałów oczyszczenia. — Nie mogła przez to Helloise przestać odczuwać wobec swojego tajemniczego lokatora głębokiego szacunku. Pradawne siły natury należałoby czcić raczej niż zwalczać, lecz cóż czynić, gdy nie pozostawiono wiedźmie wyboru.
— Zatem to przychodzi z zewnątrz — podsumowała wskazówkę od Guinevere. — Sądziłam, że to sam dom, ponieważ to jest wszędzie, Guinevero. Ma oczy w każdym pokoju. W każdym kącie. W sękach desek obracają się gałki oczne. — Helloise uniosła rękę, wykrzywiając palce niczym szpony, którymi próbowała wydrapać niewidzialne ślepia. Mówiła z pełnym przekonaniem, mimo że słowa brzmiały niczym wariackie urojenia. Wierzyła, że po tym, co sama ujrzała, McGonagall nie będzie powątpiewać temu, że wiedźma spod lasu nie oszalała.
Skoro siła ta zdolna była sięgnąć magicznej kuli, być może rzeczywiście kryło się za nią coś większego niż tylko złośliwy poltergeist rozpanoszony po chatce na kurzej łapie. Helloise nie miała pojęcia, czego trzeba było, aby zakłócać odczyty wróżbitów, lecz z tłumaczeń Ginny pojąć zdołała, że podobne aberracje nie były rzeczą codzienną. McGonagall wydawała się swoimi doświadczeniem głęboko wstrząśnięta.
— Ach, chętnie zobaczę rysunki. — Helloise ospale wstała od stolika, przy którym wróżyła koleżanka. — Nie zrobiło ci to krzywdy, prawda? — zainteresowała się, mierząc Guinevere zatroskanym spojrzeniem.
Podążyła za kobietą na poczęstunek, w ciszy rozważając nowe fakty. Nie zaprowadziły one w jej teoriach rewolucji, lecz uzupełniły temat o kilka szczegółów. Wykluczenie opętania zaś zabiło jej ćwieka. Jeśliby nie chata była podmiotem w tej farsie ani nie duch żaden, to cóż pozostawało?
— Zdaje się, że raczej chce się mnie pozbyć niż opętać. Zna stare rytuały. Ta siła dysponuje zarówno wiedzą, jak i potencją. Wie rzeczy, jak i przynosi rzeczy. Dawne rzeczy. Świece do nieznanych mi rytuałów oczyszczenia. — Nie mogła przez to Helloise przestać odczuwać wobec swojego tajemniczego lokatora głębokiego szacunku. Pradawne siły natury należałoby czcić raczej niż zwalczać, lecz cóż czynić, gdy nie pozostawiono wiedźmie wyboru.
dotknij trawy