22.07.2026, 16:44 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 11.08.2026, 14:12 przez Benjy Fenwick.)
Miałem przed sobą gigantyczną pajęczynę, armię przeciwnika, której liczebności nawet nie potrafiłem oszacować, i coraz mocniejsze wrażenie, że od początku byliśmy bacznie obserwowani. W normalnym świecie człowiek znajdował pająka, brał gazetę, miotłę albo rzucał zaklęcie i po sprawie, ewentualnie, jeśli miał akurat dobry humor i odpowiednie poglądy, może łapał go w szklankę, podkładał kartkę papieru i przeprowadzał eksmisję na dwór, po czym zapominał o sytuacji. Tutaj? Nic, kurwa, podobnego. To był otwarty konflikt, na który żadne z nas nie miało czasu się przygotować. Normalnie potrafiłem rozłożyć problem na części, znaleźć słaby punkt przeciwnika, wykorzystać teren albo przewagę fizyczną, lecz tutaj miałem przed sobą stado stworzeń wielkości ziaren pieprzu - chyba wolałem nie myśleć o alternatywnych rozmiarach niewidocznych członków, jakich mogła zawierać familia - które najwyraźniej postanowiły poprowadzić przeciwko nam kampanię wojenną, pod osłoną nocy łamiąc postanowienie o nieagresji. Patrzyłem jeszcze przez chwilę na rozciągniętą pod sufitem pajęczynę, jakbym próbował znaleźć w niej jakąś wadę konstrukcyjną - coś, co pozwoliłoby mi odzyskać odrobinę pewności siebie, której zadziwiająco mi nagle zabrakło - nie znalazłem nic. Konstrukcja była równa, napięta i, co mnie irytowało najbardziej, wyglądała na solidniejszą niż część mostów, po których zdarzyło mi się chodzić podczas roboty. Im dłużej się jej przyglądałem, tym bardziej dochodziłem do wniosku, że zlekceważyliśmy przeciwnika - nie dlatego, że był potężny, lecz dlatego, że był cierpliwy, a cierpliwi przeciwnicy, jak już się zdążyłem przekonać, zwykle byli najgorsi. Potrafili zagiąć człowieka, co zresztą udowodniła mi swego czasu ta sama kobieta, która teraz postanowiła mimowolnie dobić mnie zasobem swojej wiedzy przyrodniczej… Była po mojej stronie, ale… Kuuuurwaaaa.
- Następnym lasem po plostu nie licz części anatomicznych bestii w trakcie otwaltej walki. - Spojrzałem na nią z wyrzutem, nieco bardziej przesadzonym niż faktycznym, prychnąwszy cicho na uwagę o pocieszaniu i potarłem kark, który wciąż swędział, mimo że pająka na nim nie było. Albo przynajmniej miałem taką nadzieję… Nie, nie było go, na pewno go nie było. - Powiedz po plostu, sze jest mała. - Bestia, liczba palców, szczypiec, stóp i pazurów, ogólna liczba wszystkiego, nie dodałem tego, lecz Prue była inteligentna, doskonale to wiedziała, a panika nie do końca sprzyjała jasności moich wypowiedzi. No, przynajmniej przestałem podskakiwać. - Nie loswijaj tematu, m’kay. - Doceniałem wysiłek, naprawdę, ale mój mózg nadal pracował na najwyższych obrotach i produkował coraz głupsze scenariusze, a im więcej wiedziałem o pajęczakach, tym bardziej ich nie lubiłem. Zaczynałem również zresztą naprawdę nie lubić kierunku, w którym to wszystko zmierzało. To-tal-nie. Miała rację, różnica między szesnastoma pazurkami a czterdziestoma wyimaginowanymi palcami była, ale czysto matematyczna, dla człowieka, który właśnie przeżył spacer pająka pod koszulą, nie miało to najmniejszego znaczenia…
- Wiem. Dlatego właśnie pozwoliłem ci zamachnąś się klapkiem na moje plecy. Gdyby ktokolwiek inny powiedział, sze to dobly pomysł, kazałbym mu spieldalaś. - Nawet jeśli zabrzmiało to dość absurdalnie, było w tym zdecydowanie dostatecznie dużo brutalnej prawdy, by mogła być tego pewna, gdyby bowiem jakakolwiek inna osoba próbowała właśnie zamachnąć się na moje plecy, odruchowo pewnie skończyłby na podłodze, obrzucona inwektywami. To był po prostu fakt - ufałem jej bardziej niż sobie, więc chwilę wcześniej zgodziłem się zostać celem ataku domowym obuwiem.
Uderzenie było mocne, ale nie na tyle, żeby zrobić mi krzywdę, poczułem za to zdecydowane pacnięcie między łopatkami i odruchowo napiąłem mięśnie, co zabolało bardziej moją dumę niż ciało. Bywałem uderzany znacznie mocniej i przez znacznie mniej przyjaznych ludzi, lecz pewnych automatyzmów nie dało się tak po prostu wyłączyć. Przygotowałem się zatem na atak, spinając ciało, nawet jeśli miał on na celu zabicie pająka, nie skrzywdzenie mnie. Zamiast walczyć również z własnymi odruchami, nie tylko z bestią zza kołnierza, bohatersko przyjąłem plaskacza bez zbędnego „aua” i odwróciłem tylko głowę, próbując zobaczyć efekt całej operacji.
- Tlafiłaś? - Zapytałem krótko, ale odpowiedź przyszła sama - nawet jeśli cios był udany, przeciwnik okazał się być dużo bardziej wytrzymały, niż mogliśmy zakładać. Wyśledziłem wzrokiem małego drania, który po chwili otrzepał się, jakby przed momentem nie dostał centralnie klapkiem, przez kilka sekund patrzyłem na niego z narastającym niedowierzaniem, otwierając szeroko usta i nawet nie próbując mrugać, podczas gdy on wystrzelił nić z dupy, uczepił się mojej porzuconej koszuli i odjechał z nią na nici, z gracją złodzieja opuszczającego bank z workiem galeonów.
- On… - Urwałem, nadal wpatrzony w znikającą koszulę. - On właśnie ukladł moją piepszoną koszulę. - Zamrugałem kilka razy. - Nie jedzenie. Nie lószczkę. Koszulę. To jusz nawet nie jest wojna. To jest zwykłe chamstwo. - Nie było w tym przesady, zupełnie tak jak w tym, co chwilę później powiedziała moja żona. Wizja podpalenia własnego domu jeszcze nigdy nie wydawała mi się tak… Racjonalnie kusząca, a warto dodać, iż w dzieciństwie była ona czymś, w kierunku czego zdarzało mi się wielokrotnie uciekać w marzeniach. Powoli podszedłem bliżej gigantycznej konstrukcji, zatrzymując się jednak w bezpiecznej odległości, w milczeniu zadarłem podbródek i jeszcze raz oceniłem rozmiary tego paskudztwa, patrząc na znikającą między nićmi koszulę - szmatka, moja szyta na miarę własność wydawała się zaledwie szmatką na tle monumentalnych splotów wysrywów z odwłoków naszego wroga… Przez całe życie walczyłem z klątwami, stworzeniami i ludźmi, którzy chcieli mnie zabić, ale żadne z nich nie wplotło mi w jedną noc pod sufitem konstrukcji przypominającej most wiszący.
- Tak. - Odpowiedziałem bez wahania, od razu skinąłem głową, nie miałem nawet cienia wątpliwości. - Najwyżej będziemy póśniej gasiś własny dom. - Wzruszyłem ramionami z ponurą determinacją. - To jest casus belli. Otwalta wojna, kulwa. Nie damy im wyglaś. - Miała moje pełne poparcie, by pierdolnąć tutaj choćby nawet kulą ognia…
- Następnym lasem po plostu nie licz części anatomicznych bestii w trakcie otwaltej walki. - Spojrzałem na nią z wyrzutem, nieco bardziej przesadzonym niż faktycznym, prychnąwszy cicho na uwagę o pocieszaniu i potarłem kark, który wciąż swędział, mimo że pająka na nim nie było. Albo przynajmniej miałem taką nadzieję… Nie, nie było go, na pewno go nie było. - Powiedz po plostu, sze jest mała. - Bestia, liczba palców, szczypiec, stóp i pazurów, ogólna liczba wszystkiego, nie dodałem tego, lecz Prue była inteligentna, doskonale to wiedziała, a panika nie do końca sprzyjała jasności moich wypowiedzi. No, przynajmniej przestałem podskakiwać. - Nie loswijaj tematu, m’kay. - Doceniałem wysiłek, naprawdę, ale mój mózg nadal pracował na najwyższych obrotach i produkował coraz głupsze scenariusze, a im więcej wiedziałem o pajęczakach, tym bardziej ich nie lubiłem. Zaczynałem również zresztą naprawdę nie lubić kierunku, w którym to wszystko zmierzało. To-tal-nie. Miała rację, różnica między szesnastoma pazurkami a czterdziestoma wyimaginowanymi palcami była, ale czysto matematyczna, dla człowieka, który właśnie przeżył spacer pająka pod koszulą, nie miało to najmniejszego znaczenia…
- Wiem. Dlatego właśnie pozwoliłem ci zamachnąś się klapkiem na moje plecy. Gdyby ktokolwiek inny powiedział, sze to dobly pomysł, kazałbym mu spieldalaś. - Nawet jeśli zabrzmiało to dość absurdalnie, było w tym zdecydowanie dostatecznie dużo brutalnej prawdy, by mogła być tego pewna, gdyby bowiem jakakolwiek inna osoba próbowała właśnie zamachnąć się na moje plecy, odruchowo pewnie skończyłby na podłodze, obrzucona inwektywami. To był po prostu fakt - ufałem jej bardziej niż sobie, więc chwilę wcześniej zgodziłem się zostać celem ataku domowym obuwiem.
Uderzenie było mocne, ale nie na tyle, żeby zrobić mi krzywdę, poczułem za to zdecydowane pacnięcie między łopatkami i odruchowo napiąłem mięśnie, co zabolało bardziej moją dumę niż ciało. Bywałem uderzany znacznie mocniej i przez znacznie mniej przyjaznych ludzi, lecz pewnych automatyzmów nie dało się tak po prostu wyłączyć. Przygotowałem się zatem na atak, spinając ciało, nawet jeśli miał on na celu zabicie pająka, nie skrzywdzenie mnie. Zamiast walczyć również z własnymi odruchami, nie tylko z bestią zza kołnierza, bohatersko przyjąłem plaskacza bez zbędnego „aua” i odwróciłem tylko głowę, próbując zobaczyć efekt całej operacji.
- Tlafiłaś? - Zapytałem krótko, ale odpowiedź przyszła sama - nawet jeśli cios był udany, przeciwnik okazał się być dużo bardziej wytrzymały, niż mogliśmy zakładać. Wyśledziłem wzrokiem małego drania, który po chwili otrzepał się, jakby przed momentem nie dostał centralnie klapkiem, przez kilka sekund patrzyłem na niego z narastającym niedowierzaniem, otwierając szeroko usta i nawet nie próbując mrugać, podczas gdy on wystrzelił nić z dupy, uczepił się mojej porzuconej koszuli i odjechał z nią na nici, z gracją złodzieja opuszczającego bank z workiem galeonów.
- On… - Urwałem, nadal wpatrzony w znikającą koszulę. - On właśnie ukladł moją piepszoną koszulę. - Zamrugałem kilka razy. - Nie jedzenie. Nie lószczkę. Koszulę. To jusz nawet nie jest wojna. To jest zwykłe chamstwo. - Nie było w tym przesady, zupełnie tak jak w tym, co chwilę później powiedziała moja żona. Wizja podpalenia własnego domu jeszcze nigdy nie wydawała mi się tak… Racjonalnie kusząca, a warto dodać, iż w dzieciństwie była ona czymś, w kierunku czego zdarzało mi się wielokrotnie uciekać w marzeniach. Powoli podszedłem bliżej gigantycznej konstrukcji, zatrzymując się jednak w bezpiecznej odległości, w milczeniu zadarłem podbródek i jeszcze raz oceniłem rozmiary tego paskudztwa, patrząc na znikającą między nićmi koszulę - szmatka, moja szyta na miarę własność wydawała się zaledwie szmatką na tle monumentalnych splotów wysrywów z odwłoków naszego wroga… Przez całe życie walczyłem z klątwami, stworzeniami i ludźmi, którzy chcieli mnie zabić, ale żadne z nich nie wplotło mi w jedną noc pod sufitem konstrukcji przypominającej most wiszący.
- Tak. - Odpowiedziałem bez wahania, od razu skinąłem głową, nie miałem nawet cienia wątpliwości. - Najwyżej będziemy póśniej gasiś własny dom. - Wzruszyłem ramionami z ponurą determinacją. - To jest casus belli. Otwalta wojna, kulwa. Nie damy im wyglaś. - Miała moje pełne poparcie, by pierdolnąć tutaj choćby nawet kulą ognia…
Koniec sesji
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)