22.07.2026, 21:27 ✶
Norwid uśmiechnął się smutno, słysząc, że Robert nigdy nie zabrał byłej żony do Szkocji. Na końcu języka miał odpowiedzenie mu, że może kiedyś chociażby wziąć córkę, jeśli będzie miał szansę, ale przemilczał te sprawę. Jeśli on nie chciał być pytany o sprawy rodzinne, tak samo nie chciał wchodzić z butami w takowe sprawy innych osób. Co nie zmieniało faktu, że niekiedy najbliższe nam pod względem geograficznym miejsca, okazują się tymi najbardziej magicznymi.
Serce zaczęło walić mu w piersi, gdy pies dalej ich ignorował. Coś mu podpowiadało, że to nie skończy się dobrze. Starał się naiwnie wmawiać sobie, że będzie w porządku, że psiak się zatrzyma nawet i bez smaczków, ale ten parł naprzód jak popychany jakąś magiczną siłą. A Adrian… Pierwszy raz od dawna realnie nie wiedział co robić.
No, może nie pierwszy. Zdarzało mu się nie wiedzieć, co powinien zrobić. Zwykle właśnie w sytuacjach gwałtownych, wymagających podejmowania szybkich decyzji i ryzyka. Nie był stworzony do takich rzeczy, zbyt łatwo dawał się ponieść nerwom i czystej, nieokrzesanej panice. Tym razem objawiła się u niego w ten sposób, że stał i patrzył na wszystko jakby z dystansem, jednak na jego twarzy malowało się przerażenie. Mimo to podążył za szefem, choć nic nie odpowiedział.
Pies zachowywał się tak, jakby nie chciał tego zrobić, a jednak skoczył. Adrianowi wyrwało się zaskoczone westchnięcie, następnie dobiegł do barierki mostu i zajrzał w dół. Było głęboko, ale wody widocznie przybrało, mimo to psiak z trudem utrzymywał się na powierzchni. W jego głowie zaczęło kotłować mu się milion pytań. Czy miał tam wejść? Czy nie było zbyt głęboko? Czy piesek był ranny? Zanim jednak zdążył zareagować, Crouch już zdejmował buty. Położył mu dłoń na ramieniu i pokręcił głową. Miał lepszy pomysł.
– Jesteś sędzią, co jeśli ktoś cię zobaczy w takiej sytuacji? Ja wskoczę, ty rzucaj zaklęcie. Najlepiej jakieś lewitujące, które go utrzyma na powierzchni, cokolwiek. Ja go wtedy złapię i przyniosę. – Jego pomysł był równie… może nie głupi, w grę wchodziło ratowanie życia mądrej, czułej i kochającej istoty, jednak na pewno w pewien sposób ryzykowny. A Adrian nie był najlepszym przykładem odwagi, w większości sytuacji jednak czuł się jak marionetka kierowana przez lęki i niepewność. Jednak teraz. Cóż. Przynajmniej, jakby ktoś ich zobaczył, to on się skompromituje i wyjdzie cały przemoczony z wody, a nie jego szef.
Poza tym, lepiej było zrobić w ten sposób. Ufał Robertowi, że ten, jako były Gryfon z krwi i kości, w przypływie takiej adrenaliny ma nieco pewniejszą rękę do zaklęć niż on sam. Zwykle mu się większość czarów udawała, ale rzadko je rzucał w takich nerwach. Usiadł na brzegu, wcześniej zawieszając na swojego rodzaju murku płaszcz, szatę i zrzucając buty. Wziął głęboki wdech i licząc na cud wszedł do wody. Na całe szczęście umiał pływać. Nie pływał jednak jeszcze nigdy po to, aby wyłowić psa, znajdującego się w tak ogromnym niebezpieczeństwie.
Serce zaczęło walić mu w piersi, gdy pies dalej ich ignorował. Coś mu podpowiadało, że to nie skończy się dobrze. Starał się naiwnie wmawiać sobie, że będzie w porządku, że psiak się zatrzyma nawet i bez smaczków, ale ten parł naprzód jak popychany jakąś magiczną siłą. A Adrian… Pierwszy raz od dawna realnie nie wiedział co robić.
No, może nie pierwszy. Zdarzało mu się nie wiedzieć, co powinien zrobić. Zwykle właśnie w sytuacjach gwałtownych, wymagających podejmowania szybkich decyzji i ryzyka. Nie był stworzony do takich rzeczy, zbyt łatwo dawał się ponieść nerwom i czystej, nieokrzesanej panice. Tym razem objawiła się u niego w ten sposób, że stał i patrzył na wszystko jakby z dystansem, jednak na jego twarzy malowało się przerażenie. Mimo to podążył za szefem, choć nic nie odpowiedział.
Pies zachowywał się tak, jakby nie chciał tego zrobić, a jednak skoczył. Adrianowi wyrwało się zaskoczone westchnięcie, następnie dobiegł do barierki mostu i zajrzał w dół. Było głęboko, ale wody widocznie przybrało, mimo to psiak z trudem utrzymywał się na powierzchni. W jego głowie zaczęło kotłować mu się milion pytań. Czy miał tam wejść? Czy nie było zbyt głęboko? Czy piesek był ranny? Zanim jednak zdążył zareagować, Crouch już zdejmował buty. Położył mu dłoń na ramieniu i pokręcił głową. Miał lepszy pomysł.
– Jesteś sędzią, co jeśli ktoś cię zobaczy w takiej sytuacji? Ja wskoczę, ty rzucaj zaklęcie. Najlepiej jakieś lewitujące, które go utrzyma na powierzchni, cokolwiek. Ja go wtedy złapię i przyniosę. – Jego pomysł był równie… może nie głupi, w grę wchodziło ratowanie życia mądrej, czułej i kochającej istoty, jednak na pewno w pewien sposób ryzykowny. A Adrian nie był najlepszym przykładem odwagi, w większości sytuacji jednak czuł się jak marionetka kierowana przez lęki i niepewność. Jednak teraz. Cóż. Przynajmniej, jakby ktoś ich zobaczył, to on się skompromituje i wyjdzie cały przemoczony z wody, a nie jego szef.
Poza tym, lepiej było zrobić w ten sposób. Ufał Robertowi, że ten, jako były Gryfon z krwi i kości, w przypływie takiej adrenaliny ma nieco pewniejszą rękę do zaklęć niż on sam. Zwykle mu się większość czarów udawała, ale rzadko je rzucał w takich nerwach. Usiadł na brzegu, wcześniej zawieszając na swojego rodzaju murku płaszcz, szatę i zrzucając buty. Wziął głęboki wdech i licząc na cud wszedł do wody. Na całe szczęście umiał pływać. Nie pływał jednak jeszcze nigdy po to, aby wyłowić psa, znajdującego się w tak ogromnym niebezpieczeństwie.