22.07.2026, 21:00 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.07.2026, 21:06 przez Benjy Fenwick.)
Zawsze musiałem sprawdzić, jak blisko krawędzi mogłem podejść, zanim ktoś uznałby, że zwariowałem. Nie planowałem skakać, nie planowałem spadać, po prostu lubiłem miejsca, od których innym miękły kolana. Lubiłem patrzeć na świat z góry, nie dlatego, że czułem się wtedy potężniejszy od innych, tylko dlatego, że wszystko wydawało się mniejsze, prostsze i mniej warte przejmowania się. Wiatr wciskał mi włosy do oczu, szarpał za szatę, wdzierał się za kołnierz, próbował przekonać mnie, że stanie na kamiennej balustradzie było złym pomysłem. Jak zwykle kompletnie go ignorowałem, bo gdyby człowiek słuchał wszystkiego, co usiłowało go przestraszyć, to skończyłby zamknięty w dormitorium, trzęsąc się pod kocem już na samo wspomnienie o tym, co mogło go czekać poza stosunkowo bezpiecznymi murami. Poza tym miałem nieodparte wrażenie, że wszyscy dookoła ciągle mówili o zasadach tylko i wyłącznie dla samej zasady. „Tego nie rób”. „Tam nie wchodź”. „Tego nie dotykaj”. „Nie wspinaj się”. ,Nie skacz”. „Nie ryzykuj”. „Nie, nie, nie”. Brzmiało to tak, jakby dorośli wymyślili całe życie wyłącznie po to, żeby było nudne, ja natomiast tym bardziej chciałem sprawdzić, „dlaczego?”, zwłaszcza, iż zwykle okazywało się, że ustna odpowiedź była po prostu rozczarowująca. „Bo można spaść”. „Bo można się ubrudzić”. „Bo można dostać szlaban”. Naprawdę trudno było mi traktować takie argumenty poważnie, starzy ludzie uwielbiali wymyślać katastrofy, które nigdy się nie wydarzały, a potem zachowywali się, jakby właśnie uratowali komuś życie.
Nie patrzyłem w dół, bo nie było po co, był tam, gdzie zawsze, nie zamierzał nagle zniknąć. Nie zeskoczyłem niżej nawet wtedy, gdy usłyszałem znajome, szybkie kroki odbijające się echem od kamieni. Wręcz przeciwnie - jeszcze bardziej się wyprostowałem, jakbym był linoskoczkiem zamierzającym dać zaraz indywidualny pokaz mojej jednoosobowej publiczności. Nigdy nie umiałem tego wyjaśnić, ale po prostu wiedziałem, że to Sunny, i że zaraz powie coś interesującego - zawsze wpadaliśmy na siebie w przeróżnych okolicznościach, choćbyśmy się na to nie umawiali, zawsze też miała jakiś komentarz na okoliczność, w której się spotykaliśmy. Nie odwracałem się, ale byłem gotów założyć wszystkie galeony, że właśnie przewróciła oczami albo zacisnęła usta w tę swoją cienką kreskę, tak jak wtedy, kiedy uznawała, że jestem kompletnym idiotą. Miała rację - byłem, tyle że jakoś nigdy mi to nie przeszkadzało. Jej chyba też nie, skoro się ze mną przyjaźniła.
- Ale z ciebie optymistka. Nawet nie dajesz mi szansy na eleganckie połamanie kilku kości. Od razu kaplica. - Pokręciłem głową z udawanym rozczarowaniem, mimo to kącik ust sam uniósł mi się do góry, bo z całego Hogwartu tylko ona potrafiła zacząć rozmowę od rozważań o tym, czy zostałoby ze mnie cokolwiek do leczenia.
Odwróciłem się trochę bardziej i splotłem dłonie za plecami, wcale nie przejmując się tym, że wystarczyłby jeden głupszy ruch, bym mógł tego pożałować, po czym zmarszczyłem nos i wzruszyłem ramionami.
- Całe życie słyszę, że czegoś nie wolno, bo jest niebezpieczne. Gdybym ich słuchał, to zanudziłbym się na śmierć dużo szybciej niż od spadania, wiesz. - Przechyliłem się odrobinę w kierunku czeluści, specjalnie, dosłownie o kilka centymetrów, tylko po to, żeby usłyszeć, jak nabiera gwałtownie powietrza.
Przewróciłem oczami, kiedy zaczęła mówić o łapaniu mnie, bo naprawdę miała o sobie dziwnie niskie mniemanie, jeśli chodziło o takie rzeczy - jasne, nie potrafiła wspinać się po murach ani skakać przez balustrady, ale za to zawsze pojawiała się dokładnie tam, gdzie trzeba było, i miała zaskakująco wiele ciekawych informacji - na pewno nie poprzestałaby na gapieniu się i staniu, wymyśliłaby coś praktycznie od razu, byłem o tym święcie przekonany.
- To dobrze, bo byłby jeszcze jeden trup do posprzątania. Wyobrażasz sobie minę McGonagall, gdyby musiała pisać dwa listy do rodziców zamiast jednego? To dopiero byłby przypał. Ciekawe, czy tylko zmieniłaby imiona… - Stwierdziłem bez krzty zaniepokojenia tą makabryczną wizją, bo przecież ona nie miała spadać, mi też tak naprawdę to nie było po drodze, więc czemu miałbym czuć się tym przejęty. - Jak już spadnę, to liczę, że będziesz mnie zbierała do wiaderka. Przyjaźń chyba do czegoś zobowiązuje. - Spojrzałem najpierw na nią, potem demonstracyjnie w dół, a później znowu na nią. Lubiłem ją zaczepiać, bo wtedy marszczyła nos w ten charakterystyczny sposób, który zawsze zapowiadał coś ciekawego. - Poza tym, przecież mam świetny plan. Nie spaść. Jak na razie działa bez zarzutu. - Wyszczerzyłem zęby bez cienia powagi, bo doskonale wiedziałem, że ona już dawno uznała ten pomysł za kompletnie idiotyczny, nie musiała go pewnie nawet wysłuchiwać do końca. Osobiście jednak byłem przekonany, że brzmiało to całkowicie logicznie - w mojej głowie naprawdę tak było, wszyscy w kółko powtarzali, że kiedyś zrobię coś tak głupiego, że skończy się tragedią, ale jakoś nikt nie potrafił wskazać dnia, w którym rzeczywiście miałoby do tego dojść - nigdy nie zastanawiałem się nad tym, co stanie się, jeśli coś pójdzie źle. Po co miałem marnować czas na rzeczy, które jeszcze się nie wydarzyły?
Nie patrzyłem w dół, bo nie było po co, był tam, gdzie zawsze, nie zamierzał nagle zniknąć. Nie zeskoczyłem niżej nawet wtedy, gdy usłyszałem znajome, szybkie kroki odbijające się echem od kamieni. Wręcz przeciwnie - jeszcze bardziej się wyprostowałem, jakbym był linoskoczkiem zamierzającym dać zaraz indywidualny pokaz mojej jednoosobowej publiczności. Nigdy nie umiałem tego wyjaśnić, ale po prostu wiedziałem, że to Sunny, i że zaraz powie coś interesującego - zawsze wpadaliśmy na siebie w przeróżnych okolicznościach, choćbyśmy się na to nie umawiali, zawsze też miała jakiś komentarz na okoliczność, w której się spotykaliśmy. Nie odwracałem się, ale byłem gotów założyć wszystkie galeony, że właśnie przewróciła oczami albo zacisnęła usta w tę swoją cienką kreskę, tak jak wtedy, kiedy uznawała, że jestem kompletnym idiotą. Miała rację - byłem, tyle że jakoś nigdy mi to nie przeszkadzało. Jej chyba też nie, skoro się ze mną przyjaźniła.
- Ale z ciebie optymistka. Nawet nie dajesz mi szansy na eleganckie połamanie kilku kości. Od razu kaplica. - Pokręciłem głową z udawanym rozczarowaniem, mimo to kącik ust sam uniósł mi się do góry, bo z całego Hogwartu tylko ona potrafiła zacząć rozmowę od rozważań o tym, czy zostałoby ze mnie cokolwiek do leczenia.
Odwróciłem się trochę bardziej i splotłem dłonie za plecami, wcale nie przejmując się tym, że wystarczyłby jeden głupszy ruch, bym mógł tego pożałować, po czym zmarszczyłem nos i wzruszyłem ramionami.
- Całe życie słyszę, że czegoś nie wolno, bo jest niebezpieczne. Gdybym ich słuchał, to zanudziłbym się na śmierć dużo szybciej niż od spadania, wiesz. - Przechyliłem się odrobinę w kierunku czeluści, specjalnie, dosłownie o kilka centymetrów, tylko po to, żeby usłyszeć, jak nabiera gwałtownie powietrza.
Przewróciłem oczami, kiedy zaczęła mówić o łapaniu mnie, bo naprawdę miała o sobie dziwnie niskie mniemanie, jeśli chodziło o takie rzeczy - jasne, nie potrafiła wspinać się po murach ani skakać przez balustrady, ale za to zawsze pojawiała się dokładnie tam, gdzie trzeba było, i miała zaskakująco wiele ciekawych informacji - na pewno nie poprzestałaby na gapieniu się i staniu, wymyśliłaby coś praktycznie od razu, byłem o tym święcie przekonany.
- To dobrze, bo byłby jeszcze jeden trup do posprzątania. Wyobrażasz sobie minę McGonagall, gdyby musiała pisać dwa listy do rodziców zamiast jednego? To dopiero byłby przypał. Ciekawe, czy tylko zmieniłaby imiona… - Stwierdziłem bez krzty zaniepokojenia tą makabryczną wizją, bo przecież ona nie miała spadać, mi też tak naprawdę to nie było po drodze, więc czemu miałbym czuć się tym przejęty. - Jak już spadnę, to liczę, że będziesz mnie zbierała do wiaderka. Przyjaźń chyba do czegoś zobowiązuje. - Spojrzałem najpierw na nią, potem demonstracyjnie w dół, a później znowu na nią. Lubiłem ją zaczepiać, bo wtedy marszczyła nos w ten charakterystyczny sposób, który zawsze zapowiadał coś ciekawego. - Poza tym, przecież mam świetny plan. Nie spaść. Jak na razie działa bez zarzutu. - Wyszczerzyłem zęby bez cienia powagi, bo doskonale wiedziałem, że ona już dawno uznała ten pomysł za kompletnie idiotyczny, nie musiała go pewnie nawet wysłuchiwać do końca. Osobiście jednak byłem przekonany, że brzmiało to całkowicie logicznie - w mojej głowie naprawdę tak było, wszyscy w kółko powtarzali, że kiedyś zrobię coś tak głupiego, że skończy się tragedią, ale jakoś nikt nie potrafił wskazać dnia, w którym rzeczywiście miałoby do tego dojść - nigdy nie zastanawiałem się nad tym, co stanie się, jeśli coś pójdzie źle. Po co miałem marnować czas na rzeczy, które jeszcze się nie wydarzyły?
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)