23.07.2026, 00:29 ✶
Wcale nie zamierzałem spadać, w mojej głowie istniała jakaś dziwna pewność, że takie rzeczy przytrafiały się innym ludziom, nie mnie. Nie analizowałem tego, nawet nie próbowałem odbierać Prudence ulubionego zajęcia polegającego na rozkładaniu świata na drobne kawałeczki, zamiast tego byłem po prostu dzieciakiem, który podświadomie uznawał, że szczęście było czymś równie stałym, co kolor oczu. Mieliśmy w końcu po kilkanaście lat i śmierć wydawała się czymś, co dotyczyło wszystkich dookoła, tylko nie nas. Nie tak na serio, na zawsze.
- No i dlatego, realistko, zawsze pytam ciebie, a nie kogokolwiek innego. Wszyscy pozostali powiedzieliby, że przeżyję, a ty od razu przechodzisz do etapu wnętrzności. To jest dopiero konkret. - Pokiwałem lekko głową, nadal stojąc dokładnie tam, gdzie stałem wcześniej, lecz jednocześnie przypatrując jej się kątem oka z narastającym zaciekawieniem. Właśnie za to tak bardzo ją lubiłem, większość ludzi zaczęłaby piszczeć, wołać profesora albo próbowałaby mnie przekonać, że życie było zdecydowanie cenne na podobne wygłupy i powinienem natychmiast zejść na dół, Pruey zamiast tego prowadziła ze mną całkiem poważną dyskusję o tym, jak dokładnie wyglądałyby moje zwłoki po spotkaniu z brukiem - jak mokra plama trudna do zeskrobania - brzmiało to tak absurdalnie, że aż trudno było się nie uśmiechnąć. Wyszczerzyłem się więc sam do siebie, bo - paradoksalnie - w moim świecie szczerość była dużo ważniejsza od pocieszania, brutalna logika Prue działała na mnie lepiej niż wszystkie ostrzeżenia świata, ani trochę nie miałem jej tego za złe, nawet jeśli nie była zbyt optymistycznie nastawiona do przeżywania upadków z podobnych wysokości i od razu przeszła do statystyk dotyczących moich szans na brak zmiany stanu skupienia… Lub też statystyk dotyczących braku takowych, bo chyba głównie do tego zmierzała…
Teoretycznie od samego początku zdawałem sobie sprawę z tego, że gdybym teraz spadł, zostałbym rozmazany po bruku jak rozdeptana żaba, teraz miałem na to potwierdzenie eksperta, lecz jakoś wcale mnie to nie przerażało. Wiedziałem, że z każdym kolejnym zdaniem ta rozmowa robiła się coraz bardziej makabryczna, ale właśnie dlatego bawiła mnie jeszcze bardziej - zresztą, skoro Sunny i tak twierdziła, że zginę od razu, to nie było sensu bać się połamania kilku kości - brzmiało to potwornie, ale dla mnie było po prostu śmieszne.
- No dobra, masz rację, ciutkę, przyznaję, że to wyjątkowo kiepska perspektywa. Ale zobacz, jaki mam świetny sposób, żeby tego uniknąć. Wystarczy nie spaść. - Spojrzałem w dół, specjalnie po to, żeby sprawdzić, czy rzeczywiście było aż tak wysoko, jak twierdziła, a potem wzruszyłem ramionami, z tą typową dla mnie pewnością siebie, której chyba nic nie potrafiło ruszyć. Nigdy za bardzo nie myślałem o tym, co może pójść źle, to było strasznie męczące zajęcie, znacznie łatwiej było zrobić pierwszy krok, a dopiero później zastanawiać się, czy w ogóle należało go stawiać.
- Na razie wychodzi na moje, bo nadal tu stoję. - Uniosłem dłoń i machnąłem nią lekceważąco, jak gdyby nuda pchająca mnie ku podobnym zachowaniom rzeczywiście była największym zagrożeniem, jakie mogło mnie spotkać, znacznie poważniejszym od kilkunastometrowego lotu w dół. Nie umiałem przejmować się czymś, co jeszcze się nie wydarzyło - gdybym zaczął, musiałbym przestać robić połowę rzeczy, które sprawiały mi frajdę, a na to nie zamierzałem się zgadzać. Naprawdę wierzyłem, że dopóki sam nie zrobię czegoś kompletnie głupiego, świat będzie musiał jeszcze długo poczekać, zanim zdoła mnie pokonać.
- To byłoby okropnie głupie… - Urwałem na moment, zerknąłem na nią przez ramię, dostrzegając, że wciąż nawet nie zbliżyła się do balustrady. Wiedziałem, jak bardzo nie znosiła wysokości, dlatego nigdy jej nie namawiałem, żeby zrobiła to samo co ja. Drażnienie jej było zabawne, zmuszanie jej do czegoś, czego naprawdę się bała, już nie. - Ale w sumie… Jak już miałbym być z kimś pochowany, to mógłbym być z tobą. - Powiedziałem to tak swobodnie, jakby chodziło o wybór miejsca przy stole w Wielkiej Sali podczas sabatu. - Nikogo innego bym nie chciał. - Wzruszyłem ramionami, całkowicie naturalnie, nie zdając sobie nawet sprawy, jak dziwnie poważnie zabrzmiały moje własne słowa, nie dostrzegając w tym niczego szczególnego - wydawało mi się to oczywiste, bo nie wyobrażałem sobie świata, w którym po śmierci miałbym błąkać się gdzieś bez niej. Duchy zawsze kojarzyły mi się z tym, że przez większość czasu snuły się samotnie po starych zamczyskach albo cmentarzach, narzekały lub straszyły ludzi, a przecież we dwójkę byłoby znacznie ciekawiej gospodarować wiecznym odpoczynkiem. - Przynajmniej nie musielibyśmy się później szukać po całym cmentarzu. Wyobrażasz sobie? Ty w jednej krypcie, ja w drugiej, i przez sto lat tylko latamy, i pytamy wszystkich, czy nie widzieli tej drugiej osoby. Duch też chyba może się zgubić? - Spytałem, marszcząc czoło, gdyż nigdy nie przeszło mi przez myśl, by jakiegoś o to spytać, ale wydawało mi się… Nieważne… Liczyło się to, że dzięki temu prostemu planowi nie musiałbym siedzieć sam pod jakimś głupim nagrobkiem, natomiast perspektywa szukania kogoś „swojego” przez wiele lat wydawała mi się zwyczajnie męcząca, gdy już się miało tę osobę i można było być z nią w jednej bazie. Na zawsze.
- To co? Umowa? Jak kiedyś oboje umrzemy, to jesteśmy razem duchami. Żadnego rozdzielania. Żadnego samotnego straszenia. Razem. - Wyciągnąłbym do niej mały palec, ale wyjątkowo tego nie zrobiłem, z wiadomych względów mogliśmy zostawić to na później, w końcu umowy ustne również nas obowiązywały. Dla mnie takie obietnice naprawdę coś znaczyły, nawet jeśli dotyczyły rzeczy, które miały wydarzyć się dopiero za bardzo, bardzo długi czas. Nie łamało się danego słowa - prawda? - nie takiego, ono było zupełnie poważne. Skoro można było obiecać komuś wspólny spacer albo siedzenie nad jeziorem, można było też obiecać wspólne straszenie ludzi po śmierci.
- To nawet strasznie miłe. Dobrze wiedzieć, że nie zostałbym byle jak zamieciony. - Pokiwałem głową z miną człowieka, który właśnie dopiął wyjątkowo ważną umowę. - Zapamiętam to. Jak będę kiedyś komuś opowiadał, jaka jesteś, to powiem, że jesteś jedyną osobą, która obiecała pozbierać mnie do wiaderka. To jest prawdziwa przyjaźń. - Przez moment zrobiło mi się zwyczajnie ciepło na myśl, że naprawdę by to zrobiła. Nie spodziewałem się rychłej śmierci, lecz nigdy nie musiałem zastanawiać się, czy mogłem liczyć na to, że cokolwiek się stanie, mieliśmy być swoim wsparciem - po prostu mogłem - było to dla mnie tak oczywiste, że nawet nie potrafiłem nazwać tego uczucia. Wiedziałem tylko, że kiedy odwracałem głowę i widziałem ją kilka kroków za sobą, świat wydawał się jakiś bardziej poukładany. - Jak już mam kiedyś zginąć, to chyba wolę od czegoś ciekawego niż ze starości we własnym fotelu. - Uniosłem jedną brew i stuknąłem czubkiem buta o kamień, wysokość naprawdę nie robiła na mnie większego wrażenia. Nie dlatego, że uważałem się za niezwyciężonego, po prostu nigdy nie potrafiłem zrozumieć, dlaczego ludzie bali się patrzeć w dół bardziej niż tego, że przez całe życie będą stali bez ruchu.
- I zębów też poszukaj. - Dodałem po chwili, całkiem szybko powracając do przerwanego roku myślenia. - Szkoda byłoby takiego ładnego uśmiechu. - Cmoknąłem z dezaprobatą, chociaż ani trochę nie kierowała mną powaga.
Zmarszczyłem nos, kiedy zapytała, po co właściwie tutaj stałem, na moment zamilkłem i spojrzałem daleko przed siebie, na dalekie wzgórza za murami Hogwartu, na błyszczącą taflę jeziora i dachy zamku, które z tej wysokości wyglądały zupełnie inaczej niż zwykle, przez chwilę naprawdę się nad tym zastanawiałem, bo nigdy wcześniej nie próbowałem ubrać tego w słowa. Wiatr znowu poruszył materiałem mojego płaszcza, upodabniając mnie pewnie do wielkiego ptaka albo nietoperza, ale nawet nie drgnąłem. Czemu? Tak naprawdę nie chodziło o to, żeby komukolwiek coś udowodnić, nie wspinałem się tutaj dla poklasku, nie liczyłem, że ktoś mnie zobaczy, po prostu lubiłem sprawdzać, czy dam radę - to była szczera prawda - im bardziej jakieś miejsce wydawało mi się niedostępne albo głupie do zdobycia, tym bardziej mnie do siebie przyciągało.
- Jest metoda. - Odezwałem się spokojniej niż wcześniej. - Stoję tutaj tak długo, aż przestanę czuć, że jestem wysoko. Jak postoję wystarczająco długo, to potem robię krok dalej i znowu czekam. Lubię sprawdzać, czy potrafię przyzwyczaić się do rzeczy, których inni się boją. To trochę jak ćwiczenie. - Nie wiedziałem, czy naprawdę tak było, dopiero teraz, odpowiadając Pruey, ubrałem to w słowa, ale nagle wydało mi się to całkiem sensowne. Nie umiałem tego lepiej wyjaśnić… Czułem tylko, że kiedy znajdowałem się tutaj, wszystko wydawało się prostsze niż na dole, gdzie każdy czegoś chciał, czegoś wymagał i ciągle mówił, czego nie wolno.
Uśmiechnąłem się do niej raz jeszcze, tym razem już bez tego przesadnego zadziornego błysku w oczach, który zwykle pojawiał się, kiedy specjalnie kogoś drażniłem. Przez chwilę przyglądałem jej się w milczeniu, doszedłszy do wniosku, że właściwie zawsze tak było - nigdy nie musieliśmy się umawiać, zawsze jakoś trafialiśmy na siebie, jakby zamek sam uznawał, że prędzej czy później nasze drogi i tak powinny się przeciąć - ja robiłem coś bez sensu, a ona pojawiała się chwilę później i zadawała tyle pytań, aż sam zaczynałem się zastanawiać, czy rzeczywiście miałem jakiś plan. To działało zadziwiająco dobrze, nawet kiedy się ze mnie nabijała albo wygłaszała najbardziej ponure przewidywania świata, miałem wrażenie, że wszystko było dokładnie na swoim miejscu. Cieszyłem się, tak po prostu, że znowu mnie znalazła, że mieliśmy siebie nawzajem.
- No i dlatego, realistko, zawsze pytam ciebie, a nie kogokolwiek innego. Wszyscy pozostali powiedzieliby, że przeżyję, a ty od razu przechodzisz do etapu wnętrzności. To jest dopiero konkret. - Pokiwałem lekko głową, nadal stojąc dokładnie tam, gdzie stałem wcześniej, lecz jednocześnie przypatrując jej się kątem oka z narastającym zaciekawieniem. Właśnie za to tak bardzo ją lubiłem, większość ludzi zaczęłaby piszczeć, wołać profesora albo próbowałaby mnie przekonać, że życie było zdecydowanie cenne na podobne wygłupy i powinienem natychmiast zejść na dół, Pruey zamiast tego prowadziła ze mną całkiem poważną dyskusję o tym, jak dokładnie wyglądałyby moje zwłoki po spotkaniu z brukiem - jak mokra plama trudna do zeskrobania - brzmiało to tak absurdalnie, że aż trudno było się nie uśmiechnąć. Wyszczerzyłem się więc sam do siebie, bo - paradoksalnie - w moim świecie szczerość była dużo ważniejsza od pocieszania, brutalna logika Prue działała na mnie lepiej niż wszystkie ostrzeżenia świata, ani trochę nie miałem jej tego za złe, nawet jeśli nie była zbyt optymistycznie nastawiona do przeżywania upadków z podobnych wysokości i od razu przeszła do statystyk dotyczących moich szans na brak zmiany stanu skupienia… Lub też statystyk dotyczących braku takowych, bo chyba głównie do tego zmierzała…
Teoretycznie od samego początku zdawałem sobie sprawę z tego, że gdybym teraz spadł, zostałbym rozmazany po bruku jak rozdeptana żaba, teraz miałem na to potwierdzenie eksperta, lecz jakoś wcale mnie to nie przerażało. Wiedziałem, że z każdym kolejnym zdaniem ta rozmowa robiła się coraz bardziej makabryczna, ale właśnie dlatego bawiła mnie jeszcze bardziej - zresztą, skoro Sunny i tak twierdziła, że zginę od razu, to nie było sensu bać się połamania kilku kości - brzmiało to potwornie, ale dla mnie było po prostu śmieszne.
- No dobra, masz rację, ciutkę, przyznaję, że to wyjątkowo kiepska perspektywa. Ale zobacz, jaki mam świetny sposób, żeby tego uniknąć. Wystarczy nie spaść. - Spojrzałem w dół, specjalnie po to, żeby sprawdzić, czy rzeczywiście było aż tak wysoko, jak twierdziła, a potem wzruszyłem ramionami, z tą typową dla mnie pewnością siebie, której chyba nic nie potrafiło ruszyć. Nigdy za bardzo nie myślałem o tym, co może pójść źle, to było strasznie męczące zajęcie, znacznie łatwiej było zrobić pierwszy krok, a dopiero później zastanawiać się, czy w ogóle należało go stawiać.
- Na razie wychodzi na moje, bo nadal tu stoję. - Uniosłem dłoń i machnąłem nią lekceważąco, jak gdyby nuda pchająca mnie ku podobnym zachowaniom rzeczywiście była największym zagrożeniem, jakie mogło mnie spotkać, znacznie poważniejszym od kilkunastometrowego lotu w dół. Nie umiałem przejmować się czymś, co jeszcze się nie wydarzyło - gdybym zaczął, musiałbym przestać robić połowę rzeczy, które sprawiały mi frajdę, a na to nie zamierzałem się zgadzać. Naprawdę wierzyłem, że dopóki sam nie zrobię czegoś kompletnie głupiego, świat będzie musiał jeszcze długo poczekać, zanim zdoła mnie pokonać.
- To byłoby okropnie głupie… - Urwałem na moment, zerknąłem na nią przez ramię, dostrzegając, że wciąż nawet nie zbliżyła się do balustrady. Wiedziałem, jak bardzo nie znosiła wysokości, dlatego nigdy jej nie namawiałem, żeby zrobiła to samo co ja. Drażnienie jej było zabawne, zmuszanie jej do czegoś, czego naprawdę się bała, już nie. - Ale w sumie… Jak już miałbym być z kimś pochowany, to mógłbym być z tobą. - Powiedziałem to tak swobodnie, jakby chodziło o wybór miejsca przy stole w Wielkiej Sali podczas sabatu. - Nikogo innego bym nie chciał. - Wzruszyłem ramionami, całkowicie naturalnie, nie zdając sobie nawet sprawy, jak dziwnie poważnie zabrzmiały moje własne słowa, nie dostrzegając w tym niczego szczególnego - wydawało mi się to oczywiste, bo nie wyobrażałem sobie świata, w którym po śmierci miałbym błąkać się gdzieś bez niej. Duchy zawsze kojarzyły mi się z tym, że przez większość czasu snuły się samotnie po starych zamczyskach albo cmentarzach, narzekały lub straszyły ludzi, a przecież we dwójkę byłoby znacznie ciekawiej gospodarować wiecznym odpoczynkiem. - Przynajmniej nie musielibyśmy się później szukać po całym cmentarzu. Wyobrażasz sobie? Ty w jednej krypcie, ja w drugiej, i przez sto lat tylko latamy, i pytamy wszystkich, czy nie widzieli tej drugiej osoby. Duch też chyba może się zgubić? - Spytałem, marszcząc czoło, gdyż nigdy nie przeszło mi przez myśl, by jakiegoś o to spytać, ale wydawało mi się… Nieważne… Liczyło się to, że dzięki temu prostemu planowi nie musiałbym siedzieć sam pod jakimś głupim nagrobkiem, natomiast perspektywa szukania kogoś „swojego” przez wiele lat wydawała mi się zwyczajnie męcząca, gdy już się miało tę osobę i można było być z nią w jednej bazie. Na zawsze.
- To co? Umowa? Jak kiedyś oboje umrzemy, to jesteśmy razem duchami. Żadnego rozdzielania. Żadnego samotnego straszenia. Razem. - Wyciągnąłbym do niej mały palec, ale wyjątkowo tego nie zrobiłem, z wiadomych względów mogliśmy zostawić to na później, w końcu umowy ustne również nas obowiązywały. Dla mnie takie obietnice naprawdę coś znaczyły, nawet jeśli dotyczyły rzeczy, które miały wydarzyć się dopiero za bardzo, bardzo długi czas. Nie łamało się danego słowa - prawda? - nie takiego, ono było zupełnie poważne. Skoro można było obiecać komuś wspólny spacer albo siedzenie nad jeziorem, można było też obiecać wspólne straszenie ludzi po śmierci.
- To nawet strasznie miłe. Dobrze wiedzieć, że nie zostałbym byle jak zamieciony. - Pokiwałem głową z miną człowieka, który właśnie dopiął wyjątkowo ważną umowę. - Zapamiętam to. Jak będę kiedyś komuś opowiadał, jaka jesteś, to powiem, że jesteś jedyną osobą, która obiecała pozbierać mnie do wiaderka. To jest prawdziwa przyjaźń. - Przez moment zrobiło mi się zwyczajnie ciepło na myśl, że naprawdę by to zrobiła. Nie spodziewałem się rychłej śmierci, lecz nigdy nie musiałem zastanawiać się, czy mogłem liczyć na to, że cokolwiek się stanie, mieliśmy być swoim wsparciem - po prostu mogłem - było to dla mnie tak oczywiste, że nawet nie potrafiłem nazwać tego uczucia. Wiedziałem tylko, że kiedy odwracałem głowę i widziałem ją kilka kroków za sobą, świat wydawał się jakiś bardziej poukładany. - Jak już mam kiedyś zginąć, to chyba wolę od czegoś ciekawego niż ze starości we własnym fotelu. - Uniosłem jedną brew i stuknąłem czubkiem buta o kamień, wysokość naprawdę nie robiła na mnie większego wrażenia. Nie dlatego, że uważałem się za niezwyciężonego, po prostu nigdy nie potrafiłem zrozumieć, dlaczego ludzie bali się patrzeć w dół bardziej niż tego, że przez całe życie będą stali bez ruchu.
- I zębów też poszukaj. - Dodałem po chwili, całkiem szybko powracając do przerwanego roku myślenia. - Szkoda byłoby takiego ładnego uśmiechu. - Cmoknąłem z dezaprobatą, chociaż ani trochę nie kierowała mną powaga.
Zmarszczyłem nos, kiedy zapytała, po co właściwie tutaj stałem, na moment zamilkłem i spojrzałem daleko przed siebie, na dalekie wzgórza za murami Hogwartu, na błyszczącą taflę jeziora i dachy zamku, które z tej wysokości wyglądały zupełnie inaczej niż zwykle, przez chwilę naprawdę się nad tym zastanawiałem, bo nigdy wcześniej nie próbowałem ubrać tego w słowa. Wiatr znowu poruszył materiałem mojego płaszcza, upodabniając mnie pewnie do wielkiego ptaka albo nietoperza, ale nawet nie drgnąłem. Czemu? Tak naprawdę nie chodziło o to, żeby komukolwiek coś udowodnić, nie wspinałem się tutaj dla poklasku, nie liczyłem, że ktoś mnie zobaczy, po prostu lubiłem sprawdzać, czy dam radę - to była szczera prawda - im bardziej jakieś miejsce wydawało mi się niedostępne albo głupie do zdobycia, tym bardziej mnie do siebie przyciągało.
- Jest metoda. - Odezwałem się spokojniej niż wcześniej. - Stoję tutaj tak długo, aż przestanę czuć, że jestem wysoko. Jak postoję wystarczająco długo, to potem robię krok dalej i znowu czekam. Lubię sprawdzać, czy potrafię przyzwyczaić się do rzeczy, których inni się boją. To trochę jak ćwiczenie. - Nie wiedziałem, czy naprawdę tak było, dopiero teraz, odpowiadając Pruey, ubrałem to w słowa, ale nagle wydało mi się to całkiem sensowne. Nie umiałem tego lepiej wyjaśnić… Czułem tylko, że kiedy znajdowałem się tutaj, wszystko wydawało się prostsze niż na dole, gdzie każdy czegoś chciał, czegoś wymagał i ciągle mówił, czego nie wolno.
Uśmiechnąłem się do niej raz jeszcze, tym razem już bez tego przesadnego zadziornego błysku w oczach, który zwykle pojawiał się, kiedy specjalnie kogoś drażniłem. Przez chwilę przyglądałem jej się w milczeniu, doszedłszy do wniosku, że właściwie zawsze tak było - nigdy nie musieliśmy się umawiać, zawsze jakoś trafialiśmy na siebie, jakby zamek sam uznawał, że prędzej czy później nasze drogi i tak powinny się przeciąć - ja robiłem coś bez sensu, a ona pojawiała się chwilę później i zadawała tyle pytań, aż sam zaczynałem się zastanawiać, czy rzeczywiście miałem jakiś plan. To działało zadziwiająco dobrze, nawet kiedy się ze mnie nabijała albo wygłaszała najbardziej ponure przewidywania świata, miałem wrażenie, że wszystko było dokładnie na swoim miejscu. Cieszyłem się, tak po prostu, że znowu mnie znalazła, że mieliśmy siebie nawzajem.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)