23.07.2026, 18:45 ✶
Królową tej partii pozostawała Ophelia Black. W salonach starych rodów panowano nie siłą, ale obyczajem, a tradycja raz wpuszczona pod dach posiadała tę właściwość, że z pokolenia na pokolenie przemawiała głosem matek. Co więcej, gdy przekazywana jak rodzinne klejnoty, nikt nie zważał na chwilę, w której złote bransolety zamieniły się w kajdany.
Lydia nie potrafiła jeszcze powiedzieć, kim był dla niej siedzący naprzeciw mężczyzna. Kandydatem? Przyszłym małżonkiem? Obcym? Wszystkie te określenia były równie prawdziwe i równie niepełne.
— Interesuje się więc pan sztuką — podsumowała. Jednocześnie chciała wiedzieć więcej. Jak to było posiadać dłonie, które każdego dnia zamykały rany, nastawiały kości i powstrzymywały śmierć przed przekroczeniem progu?
— Och? Posiada pan doświadczenie również w położnictwie? To godne zajęcie — powiedziała Ophelia z uznaniem. — W dobrze prowadzonym domu prędzej czy później okazuje się nieocenione. To pocieszające myśl, Lydio. Każda matka pragnie wiedzieć, że gdy nadejdzie właściwy czas, jej córka znajdzie pod opieką kogoś kompetentnego.
Spojrzenie, jakie skierowała ku córce, trwało zaledwie sekundę. Lydia dopiero po chwili zrozumiała, że matka nie mówiła o medycynie, a… o niej. O jej łonie, którego jeszcze nikt nie dotknął, a które już należało do przyszłych pokoleń. O dzieciach nienarodzonych, ale od dawna obecnych w planach. Nie zachwycała jej sama sztuka leczenia, raczej użyteczność.
No tak, dla kobiet pokroju Ophelii Black ludzkie talenty nigdy nie były cnotami samymi w sobie, ponieważ to nazwiska splatały się ze sobą niczym żyły pod cienką skórą świata, niosąc dalej tę samą krew, powinności i grzechy. Człowiek mógł umrzeć, jednakże linia nie miała do tego prawa. Jej obowiązkiem było trwać nawet jeśli wymagało to zszywania ze sobą obcych istnień równie starannie jak uzdrowiciel zszywał rozdarte ciało.
Nikt nie pytał, czy pragnęła zostać matką. Pytano jedynie, czy będzie dobrą matką. Nikt nie zastanawiał się, czy chciała dzielić życie z mężczyzną siedzącym naprzeciw. Wystarczało, że jego nazwisko było właściwe, krew nieskalana, a zawód użyteczny. Jak niewiele pozostawało miejsca dla samej Lydii.
— Nie widzę w tym nic niestosownego — odezwała się spokojnie jej matka. — Każdy dobrze urodzony czarodziej posiada obowiązki wobec nazwiska, które nosi oraz wobec nazwiska, które pewnego dnia przekaże swoim dzieciom. Roztropność nakazuje myśleć o tych sprawach zawczasu. Nie zgodzi się pan ze mną… monsieur? — wezwała go do złożenia deklaracji.
Lydia nie potrafiła jeszcze powiedzieć, kim był dla niej siedzący naprzeciw mężczyzna. Kandydatem? Przyszłym małżonkiem? Obcym? Wszystkie te określenia były równie prawdziwe i równie niepełne.
— Interesuje się więc pan sztuką — podsumowała. Jednocześnie chciała wiedzieć więcej. Jak to było posiadać dłonie, które każdego dnia zamykały rany, nastawiały kości i powstrzymywały śmierć przed przekroczeniem progu?
— Och? Posiada pan doświadczenie również w położnictwie? To godne zajęcie — powiedziała Ophelia z uznaniem. — W dobrze prowadzonym domu prędzej czy później okazuje się nieocenione. To pocieszające myśl, Lydio. Każda matka pragnie wiedzieć, że gdy nadejdzie właściwy czas, jej córka znajdzie pod opieką kogoś kompetentnego.
Spojrzenie, jakie skierowała ku córce, trwało zaledwie sekundę. Lydia dopiero po chwili zrozumiała, że matka nie mówiła o medycynie, a… o niej. O jej łonie, którego jeszcze nikt nie dotknął, a które już należało do przyszłych pokoleń. O dzieciach nienarodzonych, ale od dawna obecnych w planach. Nie zachwycała jej sama sztuka leczenia, raczej użyteczność.
No tak, dla kobiet pokroju Ophelii Black ludzkie talenty nigdy nie były cnotami samymi w sobie, ponieważ to nazwiska splatały się ze sobą niczym żyły pod cienką skórą świata, niosąc dalej tę samą krew, powinności i grzechy. Człowiek mógł umrzeć, jednakże linia nie miała do tego prawa. Jej obowiązkiem było trwać nawet jeśli wymagało to zszywania ze sobą obcych istnień równie starannie jak uzdrowiciel zszywał rozdarte ciało.
Nikt nie pytał, czy pragnęła zostać matką. Pytano jedynie, czy będzie dobrą matką. Nikt nie zastanawiał się, czy chciała dzielić życie z mężczyzną siedzącym naprzeciw. Wystarczało, że jego nazwisko było właściwe, krew nieskalana, a zawód użyteczny. Jak niewiele pozostawało miejsca dla samej Lydii.
— Nie widzę w tym nic niestosownego — odezwała się spokojnie jej matka. — Każdy dobrze urodzony czarodziej posiada obowiązki wobec nazwiska, które nosi oraz wobec nazwiska, które pewnego dnia przekaże swoim dzieciom. Roztropność nakazuje myśleć o tych sprawach zawczasu. Nie zgodzi się pan ze mną… monsieur? — wezwała go do złożenia deklaracji.
Je t'aime, je te hais
Mais ma meilleure ennemie, c'est toi
Fuis-moi, le pire, c'est toi et moi
Mais ma meilleure ennemie, c'est toi
Fuis-moi, le pire, c'est toi et moi