24.07.2026, 19:39 ✶
Była to, jak nieraz dochodził do wniosku, najznamienitsza zaleta umarłych. Ci nie czynili z języka narzędzie okrucieństwa, którym można było skutecznie kogoś zranić. Spoczywali w swojej ciszy z majestatem, którego William Fawley nie zdołał osiągnąć przez całe swoje marne życie.
Odys zwykł odpowiadać na religijne uniesienia Othella cierpkim uśmiechem. Gdy młodszy brat rozwodził się nad bogami, nieśmiertelnością duszy, lekarz wtrącał swoje trzy groszy, uśmiechając się, kiedy doprowadzał tego pierwszego do szewskiej pasji. Ich ojciec sprofanował nawet to.
Jego zaklęcie rozpadło się, kiedy magia, której ufał bardziej niż własnym dłoniom, okazała się zawodna. Nie istniała większa hańba od narzędzia, które zdradzało swojego pana! Dostrzegł błysk stali. Jednocześnie bardziej od ostrza poruszył go widok Othella. Najmłodszy z rodzeństwa stał wyprostowany z różdżką wymierzoną w ojca. Dłonie miał spokojne. Tylko ktoś, kto znał go równie dobrze jak Odys, potrafiłby dostrzec wysiłek, z jakim utrzymywał tę pozorną niewzruszoność.
Nadeszło gwałtowne szarpnięcie, a świat złożył się w jedną ciemną smugę.
Teleportacja bliźniaczki była prawdopodobnie najbardziej udaną częścią rodzinnej kolacji. Ledwie odzyskał grunt pod nogami, żołądek zbuntował się. Odwrócił się gwałtownie. Kamienną ściana przyjęła ciężar jego dłoni, a bruk wszystko to, czego organizm nie był już w stanie utrzymać. Następnie przetarł dłonią usta i spojrzał na dół z niesmakiem.
— Pies go jebał. Po chuj ja tam w ogóle przyszedłem? — zapytał z ironią samego siebie. Odys rozejrzał się po ciemnej uliczce, po czym z namysłem spojrzał na przepełnione śmietniki. — Zdecydowanie awansowaliśmy. Tutaj przynajmniej nic nie próbuje mnie zadźgać nożem. Rzeczywiście, powinnaś była czymś w niego rzucić. Pewnie pirzgnęłabyś mnie — spojrzał na Odile. Urodziny… Paszteciki Othella pozostały na stole. Cydr również. — Nie macie jeszcze dosyć naszej rodziny na jeden wieczór? — zapytał. Pomyślał, że spośród wszystkich wspomnień, które ocalały z dzieciństwa Fawleyów, najjaśniejsze nie prowadziły do Mauzoleum, ale do rodzeństwa.
Odys zwykł odpowiadać na religijne uniesienia Othella cierpkim uśmiechem. Gdy młodszy brat rozwodził się nad bogami, nieśmiertelnością duszy, lekarz wtrącał swoje trzy groszy, uśmiechając się, kiedy doprowadzał tego pierwszego do szewskiej pasji. Ich ojciec sprofanował nawet to.
Jego zaklęcie rozpadło się, kiedy magia, której ufał bardziej niż własnym dłoniom, okazała się zawodna. Nie istniała większa hańba od narzędzia, które zdradzało swojego pana! Dostrzegł błysk stali. Jednocześnie bardziej od ostrza poruszył go widok Othella. Najmłodszy z rodzeństwa stał wyprostowany z różdżką wymierzoną w ojca. Dłonie miał spokojne. Tylko ktoś, kto znał go równie dobrze jak Odys, potrafiłby dostrzec wysiłek, z jakim utrzymywał tę pozorną niewzruszoność.
Nadeszło gwałtowne szarpnięcie, a świat złożył się w jedną ciemną smugę.
Teleportacja bliźniaczki była prawdopodobnie najbardziej udaną częścią rodzinnej kolacji. Ledwie odzyskał grunt pod nogami, żołądek zbuntował się. Odwrócił się gwałtownie. Kamienną ściana przyjęła ciężar jego dłoni, a bruk wszystko to, czego organizm nie był już w stanie utrzymać. Następnie przetarł dłonią usta i spojrzał na dół z niesmakiem.
— Pies go jebał. Po chuj ja tam w ogóle przyszedłem? — zapytał z ironią samego siebie. Odys rozejrzał się po ciemnej uliczce, po czym z namysłem spojrzał na przepełnione śmietniki. — Zdecydowanie awansowaliśmy. Tutaj przynajmniej nic nie próbuje mnie zadźgać nożem. Rzeczywiście, powinnaś była czymś w niego rzucić. Pewnie pirzgnęłabyś mnie — spojrzał na Odile. Urodziny… Paszteciki Othella pozostały na stole. Cydr również. — Nie macie jeszcze dosyć naszej rodziny na jeden wieczór? — zapytał. Pomyślał, że spośród wszystkich wspomnień, które ocalały z dzieciństwa Fawleyów, najjaśniejsze nie prowadziły do Mauzoleum, ale do rodzeństwa.
absolutnie, absolutnie
będę z Tobą aż po grób
będę z Tobą aż po grób