25.07.2026, 00:03 ✶
Kiwnąłem głową z głębokim uznaniem dla jej specyficznego, zaskakująco drobiazgowego rozumowania, które brzmiało wystarczająco dziwnie i makabrycznie, żeby od razu przypadło mi do gustu, stanowiąc doskonały dowód na to, dlaczego zawsze wolałem przychodzić ze wszystkimi swoimi najbardziej niedorzecznymi pomysłami właśnie do niej, a nie do kogokolwiek innego w tym zamku. Nie wyobrażałem sobie zwrócenia się z tym wszystkim do kogoś innego. Gdybym postanowił zapytać o zdanie któregoś z chłopaków z Gryffindoru, uzewnętrzniając swoje myśli i zamiary, zapewne poklepaliby mnie tylko protekcjonalnie po plecach, zakrzyknęli z entuzjazmem, że na pewno dam radę i nic złego mi się nie stanie, a potem bez dłuższego zastanawiania się sami weszliby na kamienną balustradę, żeby sprawdzić, kto z nas odważy się wychylić mocniej nad przepaścią. Z kolei cała reszta ludzi w Hogwarcie, na czele z profesorami, natychmiast zacząć musiałaby od panicznych krzyków, kategorycznych zakazów oraz robienia surowych min pedagogów, którzy po raz kolejny odkryli, że jakiś nierozważny uczeń postanowił skrócić sobie żywot w wyjątkowo kreatywny sposób. Pruey była jednak zupełnie inna, ponieważ potrafiła z całkowicie kamienną twarzą i naukową wręcz precyzją wyjaśnić mi, dlaczego za chwilę umrę, co dokładnie stanie się z poszczególnymi kośćmi mojego ciała po uderzeniu w twarde skały oraz jakie będą tego opłakane konsekwencje, co wprawdzie brzmiało potwornie, ale jednocześnie miało w sobie coś niesamowicie uspokajającego, bo od zawsze wolałem najgorszą, najbardziej brutalną prawdę od najładniejszego kłamstwa, nawet jeśli ta prawda zakładała mozolne zbieranie moich szczątków do wiaderka.
Patrzyłem na nią z tym samym, lekko głupkowatym, odrobinę bezczelnym uśmiechem, który pojawiał się na mojej twarzy za każdym razem, kiedy zaczynała mówić z nieznoszącym sprzeciwu przekonaniem o sprawach, nad którymi większość normalnych ludzi wolałaby nawet przez ułamek sekundy się nie zastanawiać. Dla kogoś z zewnątrz taka chłodna analiza mojej potencjalnej katastrofy mogłaby brzmieć okropnie i ponuro, lecz dla mnie była niepojęcie pocieszająca, gdyż wychodziłem z prostego założenia, że skoro Pruey poświęcała aż tak dużo swojego cennego czasu na precyzyjne przeliczanie moich obrażeń i przewidywanie powodów mojego ewentualnego upadku, to znaczyło, iż w głębi duszy naprawdę bardzo jej na mnie zależało. Najbardziej w tym wszystkim podobało mi się to, że przebywając w jej towarzystwie, nie musiałem zupełnie niczego przed nikim udowadniać ani zakładać żadnej maski, mogłem gadać największe bzdury na świecie, zgrywać nieustraszonego bohatera, cwaniaka albo kompletnego idiotę, a ona i tak patrzyła na mnie z tym swoim przenikliwym spojrzeniem, które bez słów mówiło mi, że doskonale wiedziała, jaki naprawdę byłem pod tą całą otoczką, i choć bywały momenty, w których ta jej nieomylność strasznie mnie irytowała, po chwili jednak znowu zaczynała mi niezwykle odpowiadać, a nawet podobała mi się jeszcze bardziej właśnie przez ten lekki gniew, jaki we mnie wywoływała, skłaniając mnie ostatecznie do uznania, że skoro Sunny i tak przejrzała mnie na wylot i znała każdy mój słaby punkt, to nie pozostawało mi nic innego, jak zachowywać się wobec niej jeszcze bardziej bezczelnie, co traktowałem jako jedyną godną i właściwą odpowiedź na jej wnikliwość.
Wcale mnie nie dziwiło, że również tym razem wypowiedziała swoje wnioski z tak bezdyskusyjną pewnością siebie, bo w gruncie rzeczy właśnie tego się po niej spodziewałem, jako że Prudence nigdy, pod żadnym pozorem nie owijała niczego w bawełnę, nawet jeżeli wyjawiana przez nią prawda okazywała się wyjątkowo makabryczna, krwawa albo zwyczajnie niewygodna dla słuchacza. Niezwykle to w niej lubiłem i to wcale nie dlatego, żebym miał jakąś szczególną słabość do ponurych wizji własnego rychłego końca na dnie przepaści, lecz po prostu z tego powodu, że przy niej nigdy nie musiałem głowić się ani zastanawiać, czy mówiła to, co naprawdę myślała, czy jedynie starała się być miła. Wyszczerzyłem zęby jeszcze szerzej, kiedy z tak niepodważalnym przekonaniem oznajmiła, że wszyscy inni dookoła kłamią, a tylko ona mówi mi czystą prawdę, co w jej ustach wcale nie brzmiało zarozumiale, pysznie ani arogancko, bo Prue po prostu taka była - jeśli czegoś nie wiedziała, przyznawała się bez bicia, a gdy była czegoś pewna, potrafiła bronić swojego stanowiska z niesamowitum uporem, eliminując jakąkolwiek potrzebę zgadywania jej intencji.
Uśmiechnąłem się jeszcze szerzej, gdy z pełną powagą zaczęła mówić o podmuchach wiatru oraz o nieprzewidywalnych czynnikach zewnętrznych, byłem niemal pewien, iż w głowie już zdążyła stworzyć całą nieskończoną listę potencjalnych katastrof, które mogły w mgnieniu oka pokrzyżować mój genialny plan niespadania z krawędzi. Oczywiście zdawałem sobie sprawę, że miała pełną rację, ponieważ porywisty wiatr istniał jak najbardziej realnie i nie zamierzał pytać nikogo o zgodę na zdmuchnięcie mnie z krawędzi, ale jednocześnie miałem przemożne wrażenie, że gdybym zaczął nieustannie uwzględniać wszystkie możliwe katastrofy naturalne, nigdy w życiu nie odważyłbym się zrobić niczego naprawdę ekscytującego ani ciekawego. Raz jeszcze spojrzałem w dół - tam, gdzie tafla wielkiego jeziora błyszczała w oddali niczym ciemne lustro - podczas gdy nad boiskiem do Quidditcha przemknęło kilkanaście ptaków, w których miejscu natychmiast wyobraziłem sobie smukłe miotły i sylwetki graczy przecinających chłodne powietrze z taką lekkością, jakby grawitacja była jedynie głupią regułą wymyśloną dla ludzi przykutych do ziemi. Gdybym któregoś dnia naprawdę chciał grać w szkolnej drużynie na pozycji ścigającego, a pragnąłem tego bardziej niż czegokolwiek innego na świecie, nie mogłem przecież za każdym razem na wysokości kilkudziesięciu metrów zastanawiać się, czy za minutę nie zerwie się nagła wichura, bo chciałem przecież ścigać kafla, nurkować odważnie między zawodnikami przeciwnej drużyny i przez krótką chwilę czuć, że całe niebo należało wyłącznie do mnie, a trudno było połączyć tak wielkie marzenie z ciągłym strachem przed każdym podmuchem, gdyż bojąc się wiatru, równie dobrze mógłbym od razu odłożyć sprzęt do schowka i nigdy więcej do niego nie wracać, czego nie zamierzałem robić za żadne skarby świata. Doskonale wiedziałem, że miotła w każdej chwili mogła się złamać pod wpływem przeciążenia, ciężki tłuczek mógł trafić mnie prosto w głowę, a błąd oznaczał upadek z kilkunastu metrów na twardą murawę, a mimo to wszyscy najlepsi czarodzieje latali bez wahania i właśnie dlatego tak bardzo pragnąłem stać się jednym z nich.
- To wtedy po prostu będę musiał być szybszy od wiatru. - Na samą wzmiankę o niesprzyjających warunkach uniosłem dumne czoło wysoko do góry, pozwalając jednemu z silniejszych podmuchów uderzyć mnie prosto w twarz, a kiedy mój płaszcz zafalował gwałtownie na plecach, unosząc poła niczym skrzydła nietoperza, nie zachwiałem się ani trochę, tylko rozłożyłem lekko ręce, jakbym rzucał wyzwanie całemu światu. - No, widzisz? Już próbował i nadal mu nic z tego nie wyszło. - Pokiwałem głową z udawaną, mocno przesadzoną powagą. - Poza tym, gdybym miał bezustannie przejmować się każdym podmuchem, musiałbym spędzić całe życie zamknięty w zamku. A przecież tam też wieje, tylko od profesora astronomii. - Prychnąłem cicho, szczerze rozbawiony własnym żartem, po czym znowu stanąłem dokładnie tak jak wcześniej, kontynuując myśl. - No, ale… Masz rację, tylko wtedy musiałbym zacząć uważać na wiatr, deszcz, śnieg, obluzowane kamienie, ptaki mogące we mnie wlecieć i na każdego, kto wpadłby na pomysł, żeby mnie stąd siłą ściągnąć. Za dużo tego. Wolę pilnować tylko tego, na co sam mam wpływ. - Wzruszyłem ramionami, z rozbrajającą szczerością, bo to wcale nie była kwestia niezwykłej odwagi, lecz zwyczajnej nieumiejętności życia w ciągłym strachu przed wszystkim, co mogłoby pójść nie tak.
Nie obiecywałem, co prawda, że natychmiast zejdę na bezpieczną posadzkę, bo to byłoby z mojej strony zbyt daleko idące zobowiązanie ograniczające moją wolność, ale mogłem przecież wspaniałomyślnie przyznać, że wiatr rzeczywiście istniał i stanowił pewne realne wyzwanie.
- No widzisz? Dlatego tak dobrze się dogadujemy. Ty martwisz się za nas oboje, a ja nie martwię się za nikogo. Wychodzi po równo. Sam bym nie dał rady robić obu rzeczy naraz. - Spojrzałem na nią kątem oka, dostrzegwszy, że rzeczywiście stała zaledwie kilka kroków ode mnie, robiąc dokładnie to, co robiła zawsze - myślała i analizowała konsekwencje za nas dwoje. Bardzo to w niej lubiłem, ponieważ sam nigdy nie miałem w sobie dostatecznie dużo cierpliwości ani chęci do bezustannego zastanawiania się nad wszystkim, a ona nadrabiała ten mój ewidentny brak z tak imponującym uporem i konsekwencją, że w ogólnym rozrachunku wychodziło nam to zdecydowanie na dobre.
Na chwilę jednak zupełnie zamilkłem i spoważniałem, kiedy wyznała cicho, że gdybym zaczął spadać, ona i tak bez wahania próbowałaby mnie złapać. Wiedziałem bez cienia wątpliwości, że mówiła całkowicie poważnie, i właśnie z tego powodu odruchowo zmarszczyłem nos, a szeroki uśmiech momentalnie zniknął z mojej twarzy, bo absolutnie nie podobał mi się ten pomysł.
- Nie rób tak nigdy." - Wyrwało mi się szybciej, niż zdążyłem się nad tym zastanawiać, więc odruchowo zmarszczyłem brwi, na moim czole pojawiła się głęboka zmarszczka. - Nie bądź głuptasem. To brzmi okropnie. Wtedy miałbym wyrzuty sumienia nawet jako duch. A podobno duchy nie śpią, więc musiałbym mieć je bez przerwy. - Pokręciłem stanowczo głową z nieskrywanym oporem. - Ty masz stać bezpiecznie na górze i potem powiedzieć wszystkim, że od początku mnie ostrzegałaś, bo inaczej cały ten twój mądry wykład pójdzie na marne. To znaczy… Wiesz, obiecałaś. Ktoś przecież musi mnie później pozbierać do tego wiaderka. - Dodałem szybko z uśmiechem, próbując obrócić wszystko w żart, choć przez krótką chwilę naprawdę nie było mi do śmiechu na myśl, że mogłaby ucierpieć przez moją lekkomyślność, tylko dlatego, że chciała mi pomóc.
Zaśmiałem się na powrót pod nosem dopiero wtedy, kiedy przyznała, że lubi mnie nawet wtedy, kiedy ją denerwuję, co akurat wiedziałem od dawna, bo gdyby było inaczej, już dawno przestałaby za mną chodzić i wysłuchiwać tych wszystkich głupot, które wygadywałem. A jednak zawsze mnie znajdowała i miałem wrażenie, że nawet gdybym schował się na końcu świata, prędzej czy później i tak usłyszałbym za plecami jej głos zadający jakieś niemożliwie mądre pytanie. Właśnie to najbardziej w niej lubiłem - to, że nie musialem jej szukać, bo ona po prostu była - gdyby ktoś zapytał mnie, z kim chciałbym spędzić całą wieczność, odpowiedź wydawałaby się tak oczywista, że aż zbyteczna.
- No widzisz? Mówiłem. We dwójkę nawet bycie duchami brzmi ciekawie. Wszyscy mówią o wiecznym odpoczynku, a ja nie rozumiem, po co odpoczywać przez całą wieczność. Lepiej byłoby coś robić. - Nie wyobrażałem sobie jednak, żeby dzielić ten los z kimkolwiek innym. - Moglibyśmy straszyć ludzi i… I podsłuchiwać wszystkich! I zwiedzać zamek nocą, i… I nikt nie mógłby nas wyrzucić z żadnego miejsca! - W mojej głowie była to naprawdę genialna perspektywa bezkarnej zabawy. - - I nikt! Nikt! Nie powiedziałby, że znowu włażę tam, gdzie nie powinienem, bo duchowi chyba wolno wszędzie. - Ta część wydawała mi się szczególnie kusząca i godna uwagi.
- Fajowo. - Powtórzyłem z niezmiernym zadowoleniem. - To ustalone. Jak kiedyś umrę, to masz dopilnować, żeby mnie nie wsadzili z kimś obcym. Z żadną inną dziewczyną. Nieważne, ile to jeszcze potrwa, jesteśmy razem, nawet jak będziesz marudzić na mnie jeszcze przez sto albo dwieście, albo ile tam lat. - Wzruszyłem lekko ramionami, jakby była to najbardziej oczywista rzecz pod słońcem, bo była i nie musiałem długo myśleć nad odpowiedzią, nie umiejąc sobie wręcz przypomnieć dnia, w którym nie cieszyłbym się, że znowu na nią wpadłem, jednak chwilę później w mojej głowie pojawiła się pewna merytoryczna wątpliwość związana z technicznymi detalami naszej pośmiertnej egzystencji, więc dodałem z pełną powagą. - To byłoby strasznie głupio, gdybyśmy pomylili miejsce. Wyobraź sobie, że ty utkniesz tutaj, a ja umrę gdzieś daleko i cały plan się popsuje. - Przez chwilę naprawdę nad tym rozmyślałem. - Nie, musimy kiedyś znaleźć jakiegoś ducha i go o to zapytać. Nie będziemy przecież zawierać umowy, która ma dziury. To w końcu to śmiertelnie poważna sprawa. - Dodałem z absolutnym przekonaniem, w końcu wizja wspólnego życia po śmierci wydawała mi się równie zwyczajna, co planowanie wyprawy nad jezioro. Gdybym miał wskazać jedną osobę, z którą chciałem robić absolutnie wszystko, od cichego siedzenia nad jeziorem po wymyślanie zasad nieżycia, wskazałbym właśnie Prudence, i to nie z żadnego głupiego obowiązku, jak moi starzy, ale dlatego, że nigdy w życiu nie przychodził mi do głowy nikt inny - nie umiałem i nawet nie chciałem wyobrażać sobie przyszłości, w której nie siedzielibyśmy razem, nie kłócilibyśmy się o największe głupoty, nie wymyślalibyśmy kolejnych niedorzecznych umów ani nie planowalibyśmy rzeczy mających wydarzyć się za dziesięć, dwadzieścia albo pięćdziesiąt lat, będąc święcie przekonanym, że tak już zostanie na zawsze, bo kiedy jest się dzieciakiem, wydaje się przecież, że najważniejsze osoby na świecie są dane człowiekowi raz na zawsze.
Zastanowiłem się też nad sytuacją, gdybyśmy jakimś cudem mieli spadać razem, po czym energicznie potrząsnąłem głową.
- Gdybyś leciała ze mną w dół, gadałbym do ciebie bez przerwy przez całą drogę, więc nie miałabyś nawet sekundy, żeby umrzeć ze strachu, będąc zbyt zajętą odpowiadaniem na moje pytania. - Zapewniłem ją z głębokim przekonaniem, puszczając do niej oko, nawet kwestia pogrzebowych detali wydawała się w naszych ustach czymś absolutnie zwyczajnym i naturalnym. - Albo ewentualnie mógłbym zacząć śpiewać na cały głos, chociaż w takim wypadku chyba umarlibyśmy od tego śpiewu jeszcze szybciej. - Dodałem z namysłem, po czym wyszczerzyłem się, bo nawet spadając, pewnie nie potrafiłbym siedzieć cicho, w sumie szkoda byłoby zmarnować taki lot na krzyczenie.
- No i widzisz! Wiedziałem, że mogę na ciebie liczyć. - Pokiwałem głową z wielką satysfakcją, podświadomie powracając do ulubionego tematu. - Jak kiedyś zostanę sławnym ścigającym i z impetem walnę z miotły, to przynajmniej będę wiedział, że ktoś zadba o odpowiednią liczbę zębów na mój pogrzeb. Wyobrażasz sobie minę grabarza, jak wręczysz mu woreczek i powiesz, że jeszcze tego brakowało? - Przybrałem najbardziej oficjalny wyraz twarzy, na jaki tylko było mnie stać. - Pilnuj tylko naprawdę, żeby żaden się nie zgubił, bo lubię je wszystkie, a zwłaszcza ten tutaj. - Wyszczerzyłem się najszerzej jak potrafiłem, stukając palcem w przedni ząb. - Byłoby głupio obudzić się jako duch i ciągle syczeć przy każdym słowie, więc jak zgubisz choćby jeden, to będę cię później straszył dziurą w uśmiechu. - Dodałem groźnie, choć jednocześnie spróbowałem przybrać przy tym dostojną minę, ale wytrzymałem zaledwie dwie sekundy, po czym znowu wybuchnąłem śmiechem.
Potem jednak spojrzałem na nią trochę dłużej niż zwykle. Znowu przyszła, znowu mnie znalazła, nie umawialiśmy się przecież, nigdy nie musieliśmy. Nie obchodziło mnie, z jakiego domu pochodziła, jakie nazwisko nosiła ani co powiedzieliby o tym dorośli. Dla mnie była po prostu Pruey, dziewczyną, z którą mogłem rozmawiać o lataniu, śmierci, duchach, przyszłości i zupełnie głupich rzeczach, a żadna z tych rozmów nigdy nie wydawała się głupia…
- Nie wiem, czy skończę. - Przyznałem po chwili, wracając wzrokiem ku dalekiemu horyzontowi. - Jak już przestanę się bać tej wysokości, to pewnie znajdę wyższą. A potem jeszcze wyższą. Chyba o to chodzi. Nie chcę dojść do końca. Wolę ciągle mieć przed sobą coś, czego jeszcze nie zrobiłem. - Podczas gdy inni ludzie patrzyli w dół i widzieli wyłącznie przerażającą przepaść, ja patrzyłem w tę samą przestrzeń i widziałem miejsce, z którego już nie raz udało mi się wzbić, i może właśnie dlatego tak często właziłem tam, gdzie nie powinienem, próbując przekonać samego siebie, że kiedyś żadna wysokość nie będzie już robiła na mnie wrażenia.
Patrzyłem na nią z tym samym, lekko głupkowatym, odrobinę bezczelnym uśmiechem, który pojawiał się na mojej twarzy za każdym razem, kiedy zaczynała mówić z nieznoszącym sprzeciwu przekonaniem o sprawach, nad którymi większość normalnych ludzi wolałaby nawet przez ułamek sekundy się nie zastanawiać. Dla kogoś z zewnątrz taka chłodna analiza mojej potencjalnej katastrofy mogłaby brzmieć okropnie i ponuro, lecz dla mnie była niepojęcie pocieszająca, gdyż wychodziłem z prostego założenia, że skoro Pruey poświęcała aż tak dużo swojego cennego czasu na precyzyjne przeliczanie moich obrażeń i przewidywanie powodów mojego ewentualnego upadku, to znaczyło, iż w głębi duszy naprawdę bardzo jej na mnie zależało. Najbardziej w tym wszystkim podobało mi się to, że przebywając w jej towarzystwie, nie musiałem zupełnie niczego przed nikim udowadniać ani zakładać żadnej maski, mogłem gadać największe bzdury na świecie, zgrywać nieustraszonego bohatera, cwaniaka albo kompletnego idiotę, a ona i tak patrzyła na mnie z tym swoim przenikliwym spojrzeniem, które bez słów mówiło mi, że doskonale wiedziała, jaki naprawdę byłem pod tą całą otoczką, i choć bywały momenty, w których ta jej nieomylność strasznie mnie irytowała, po chwili jednak znowu zaczynała mi niezwykle odpowiadać, a nawet podobała mi się jeszcze bardziej właśnie przez ten lekki gniew, jaki we mnie wywoływała, skłaniając mnie ostatecznie do uznania, że skoro Sunny i tak przejrzała mnie na wylot i znała każdy mój słaby punkt, to nie pozostawało mi nic innego, jak zachowywać się wobec niej jeszcze bardziej bezczelnie, co traktowałem jako jedyną godną i właściwą odpowiedź na jej wnikliwość.
Wcale mnie nie dziwiło, że również tym razem wypowiedziała swoje wnioski z tak bezdyskusyjną pewnością siebie, bo w gruncie rzeczy właśnie tego się po niej spodziewałem, jako że Prudence nigdy, pod żadnym pozorem nie owijała niczego w bawełnę, nawet jeżeli wyjawiana przez nią prawda okazywała się wyjątkowo makabryczna, krwawa albo zwyczajnie niewygodna dla słuchacza. Niezwykle to w niej lubiłem i to wcale nie dlatego, żebym miał jakąś szczególną słabość do ponurych wizji własnego rychłego końca na dnie przepaści, lecz po prostu z tego powodu, że przy niej nigdy nie musiałem głowić się ani zastanawiać, czy mówiła to, co naprawdę myślała, czy jedynie starała się być miła. Wyszczerzyłem zęby jeszcze szerzej, kiedy z tak niepodważalnym przekonaniem oznajmiła, że wszyscy inni dookoła kłamią, a tylko ona mówi mi czystą prawdę, co w jej ustach wcale nie brzmiało zarozumiale, pysznie ani arogancko, bo Prue po prostu taka była - jeśli czegoś nie wiedziała, przyznawała się bez bicia, a gdy była czegoś pewna, potrafiła bronić swojego stanowiska z niesamowitum uporem, eliminując jakąkolwiek potrzebę zgadywania jej intencji.
Uśmiechnąłem się jeszcze szerzej, gdy z pełną powagą zaczęła mówić o podmuchach wiatru oraz o nieprzewidywalnych czynnikach zewnętrznych, byłem niemal pewien, iż w głowie już zdążyła stworzyć całą nieskończoną listę potencjalnych katastrof, które mogły w mgnieniu oka pokrzyżować mój genialny plan niespadania z krawędzi. Oczywiście zdawałem sobie sprawę, że miała pełną rację, ponieważ porywisty wiatr istniał jak najbardziej realnie i nie zamierzał pytać nikogo o zgodę na zdmuchnięcie mnie z krawędzi, ale jednocześnie miałem przemożne wrażenie, że gdybym zaczął nieustannie uwzględniać wszystkie możliwe katastrofy naturalne, nigdy w życiu nie odważyłbym się zrobić niczego naprawdę ekscytującego ani ciekawego. Raz jeszcze spojrzałem w dół - tam, gdzie tafla wielkiego jeziora błyszczała w oddali niczym ciemne lustro - podczas gdy nad boiskiem do Quidditcha przemknęło kilkanaście ptaków, w których miejscu natychmiast wyobraziłem sobie smukłe miotły i sylwetki graczy przecinających chłodne powietrze z taką lekkością, jakby grawitacja była jedynie głupią regułą wymyśloną dla ludzi przykutych do ziemi. Gdybym któregoś dnia naprawdę chciał grać w szkolnej drużynie na pozycji ścigającego, a pragnąłem tego bardziej niż czegokolwiek innego na świecie, nie mogłem przecież za każdym razem na wysokości kilkudziesięciu metrów zastanawiać się, czy za minutę nie zerwie się nagła wichura, bo chciałem przecież ścigać kafla, nurkować odważnie między zawodnikami przeciwnej drużyny i przez krótką chwilę czuć, że całe niebo należało wyłącznie do mnie, a trudno było połączyć tak wielkie marzenie z ciągłym strachem przed każdym podmuchem, gdyż bojąc się wiatru, równie dobrze mógłbym od razu odłożyć sprzęt do schowka i nigdy więcej do niego nie wracać, czego nie zamierzałem robić za żadne skarby świata. Doskonale wiedziałem, że miotła w każdej chwili mogła się złamać pod wpływem przeciążenia, ciężki tłuczek mógł trafić mnie prosto w głowę, a błąd oznaczał upadek z kilkunastu metrów na twardą murawę, a mimo to wszyscy najlepsi czarodzieje latali bez wahania i właśnie dlatego tak bardzo pragnąłem stać się jednym z nich.
- To wtedy po prostu będę musiał być szybszy od wiatru. - Na samą wzmiankę o niesprzyjających warunkach uniosłem dumne czoło wysoko do góry, pozwalając jednemu z silniejszych podmuchów uderzyć mnie prosto w twarz, a kiedy mój płaszcz zafalował gwałtownie na plecach, unosząc poła niczym skrzydła nietoperza, nie zachwiałem się ani trochę, tylko rozłożyłem lekko ręce, jakbym rzucał wyzwanie całemu światu. - No, widzisz? Już próbował i nadal mu nic z tego nie wyszło. - Pokiwałem głową z udawaną, mocno przesadzoną powagą. - Poza tym, gdybym miał bezustannie przejmować się każdym podmuchem, musiałbym spędzić całe życie zamknięty w zamku. A przecież tam też wieje, tylko od profesora astronomii. - Prychnąłem cicho, szczerze rozbawiony własnym żartem, po czym znowu stanąłem dokładnie tak jak wcześniej, kontynuując myśl. - No, ale… Masz rację, tylko wtedy musiałbym zacząć uważać na wiatr, deszcz, śnieg, obluzowane kamienie, ptaki mogące we mnie wlecieć i na każdego, kto wpadłby na pomysł, żeby mnie stąd siłą ściągnąć. Za dużo tego. Wolę pilnować tylko tego, na co sam mam wpływ. - Wzruszyłem ramionami, z rozbrajającą szczerością, bo to wcale nie była kwestia niezwykłej odwagi, lecz zwyczajnej nieumiejętności życia w ciągłym strachu przed wszystkim, co mogłoby pójść nie tak.
Nie obiecywałem, co prawda, że natychmiast zejdę na bezpieczną posadzkę, bo to byłoby z mojej strony zbyt daleko idące zobowiązanie ograniczające moją wolność, ale mogłem przecież wspaniałomyślnie przyznać, że wiatr rzeczywiście istniał i stanowił pewne realne wyzwanie.
- No widzisz? Dlatego tak dobrze się dogadujemy. Ty martwisz się za nas oboje, a ja nie martwię się za nikogo. Wychodzi po równo. Sam bym nie dał rady robić obu rzeczy naraz. - Spojrzałem na nią kątem oka, dostrzegwszy, że rzeczywiście stała zaledwie kilka kroków ode mnie, robiąc dokładnie to, co robiła zawsze - myślała i analizowała konsekwencje za nas dwoje. Bardzo to w niej lubiłem, ponieważ sam nigdy nie miałem w sobie dostatecznie dużo cierpliwości ani chęci do bezustannego zastanawiania się nad wszystkim, a ona nadrabiała ten mój ewidentny brak z tak imponującym uporem i konsekwencją, że w ogólnym rozrachunku wychodziło nam to zdecydowanie na dobre.
Na chwilę jednak zupełnie zamilkłem i spoważniałem, kiedy wyznała cicho, że gdybym zaczął spadać, ona i tak bez wahania próbowałaby mnie złapać. Wiedziałem bez cienia wątpliwości, że mówiła całkowicie poważnie, i właśnie z tego powodu odruchowo zmarszczyłem nos, a szeroki uśmiech momentalnie zniknął z mojej twarzy, bo absolutnie nie podobał mi się ten pomysł.
- Nie rób tak nigdy." - Wyrwało mi się szybciej, niż zdążyłem się nad tym zastanawiać, więc odruchowo zmarszczyłem brwi, na moim czole pojawiła się głęboka zmarszczka. - Nie bądź głuptasem. To brzmi okropnie. Wtedy miałbym wyrzuty sumienia nawet jako duch. A podobno duchy nie śpią, więc musiałbym mieć je bez przerwy. - Pokręciłem stanowczo głową z nieskrywanym oporem. - Ty masz stać bezpiecznie na górze i potem powiedzieć wszystkim, że od początku mnie ostrzegałaś, bo inaczej cały ten twój mądry wykład pójdzie na marne. To znaczy… Wiesz, obiecałaś. Ktoś przecież musi mnie później pozbierać do tego wiaderka. - Dodałem szybko z uśmiechem, próbując obrócić wszystko w żart, choć przez krótką chwilę naprawdę nie było mi do śmiechu na myśl, że mogłaby ucierpieć przez moją lekkomyślność, tylko dlatego, że chciała mi pomóc.
Zaśmiałem się na powrót pod nosem dopiero wtedy, kiedy przyznała, że lubi mnie nawet wtedy, kiedy ją denerwuję, co akurat wiedziałem od dawna, bo gdyby było inaczej, już dawno przestałaby za mną chodzić i wysłuchiwać tych wszystkich głupot, które wygadywałem. A jednak zawsze mnie znajdowała i miałem wrażenie, że nawet gdybym schował się na końcu świata, prędzej czy później i tak usłyszałbym za plecami jej głos zadający jakieś niemożliwie mądre pytanie. Właśnie to najbardziej w niej lubiłem - to, że nie musialem jej szukać, bo ona po prostu była - gdyby ktoś zapytał mnie, z kim chciałbym spędzić całą wieczność, odpowiedź wydawałaby się tak oczywista, że aż zbyteczna.
- No widzisz? Mówiłem. We dwójkę nawet bycie duchami brzmi ciekawie. Wszyscy mówią o wiecznym odpoczynku, a ja nie rozumiem, po co odpoczywać przez całą wieczność. Lepiej byłoby coś robić. - Nie wyobrażałem sobie jednak, żeby dzielić ten los z kimkolwiek innym. - Moglibyśmy straszyć ludzi i… I podsłuchiwać wszystkich! I zwiedzać zamek nocą, i… I nikt nie mógłby nas wyrzucić z żadnego miejsca! - W mojej głowie była to naprawdę genialna perspektywa bezkarnej zabawy. - - I nikt! Nikt! Nie powiedziałby, że znowu włażę tam, gdzie nie powinienem, bo duchowi chyba wolno wszędzie. - Ta część wydawała mi się szczególnie kusząca i godna uwagi.
- Fajowo. - Powtórzyłem z niezmiernym zadowoleniem. - To ustalone. Jak kiedyś umrę, to masz dopilnować, żeby mnie nie wsadzili z kimś obcym. Z żadną inną dziewczyną. Nieważne, ile to jeszcze potrwa, jesteśmy razem, nawet jak będziesz marudzić na mnie jeszcze przez sto albo dwieście, albo ile tam lat. - Wzruszyłem lekko ramionami, jakby była to najbardziej oczywista rzecz pod słońcem, bo była i nie musiałem długo myśleć nad odpowiedzią, nie umiejąc sobie wręcz przypomnieć dnia, w którym nie cieszyłbym się, że znowu na nią wpadłem, jednak chwilę później w mojej głowie pojawiła się pewna merytoryczna wątpliwość związana z technicznymi detalami naszej pośmiertnej egzystencji, więc dodałem z pełną powagą. - To byłoby strasznie głupio, gdybyśmy pomylili miejsce. Wyobraź sobie, że ty utkniesz tutaj, a ja umrę gdzieś daleko i cały plan się popsuje. - Przez chwilę naprawdę nad tym rozmyślałem. - Nie, musimy kiedyś znaleźć jakiegoś ducha i go o to zapytać. Nie będziemy przecież zawierać umowy, która ma dziury. To w końcu to śmiertelnie poważna sprawa. - Dodałem z absolutnym przekonaniem, w końcu wizja wspólnego życia po śmierci wydawała mi się równie zwyczajna, co planowanie wyprawy nad jezioro. Gdybym miał wskazać jedną osobę, z którą chciałem robić absolutnie wszystko, od cichego siedzenia nad jeziorem po wymyślanie zasad nieżycia, wskazałbym właśnie Prudence, i to nie z żadnego głupiego obowiązku, jak moi starzy, ale dlatego, że nigdy w życiu nie przychodził mi do głowy nikt inny - nie umiałem i nawet nie chciałem wyobrażać sobie przyszłości, w której nie siedzielibyśmy razem, nie kłócilibyśmy się o największe głupoty, nie wymyślalibyśmy kolejnych niedorzecznych umów ani nie planowalibyśmy rzeczy mających wydarzyć się za dziesięć, dwadzieścia albo pięćdziesiąt lat, będąc święcie przekonanym, że tak już zostanie na zawsze, bo kiedy jest się dzieciakiem, wydaje się przecież, że najważniejsze osoby na świecie są dane człowiekowi raz na zawsze.
Zastanowiłem się też nad sytuacją, gdybyśmy jakimś cudem mieli spadać razem, po czym energicznie potrząsnąłem głową.
- Gdybyś leciała ze mną w dół, gadałbym do ciebie bez przerwy przez całą drogę, więc nie miałabyś nawet sekundy, żeby umrzeć ze strachu, będąc zbyt zajętą odpowiadaniem na moje pytania. - Zapewniłem ją z głębokim przekonaniem, puszczając do niej oko, nawet kwestia pogrzebowych detali wydawała się w naszych ustach czymś absolutnie zwyczajnym i naturalnym. - Albo ewentualnie mógłbym zacząć śpiewać na cały głos, chociaż w takim wypadku chyba umarlibyśmy od tego śpiewu jeszcze szybciej. - Dodałem z namysłem, po czym wyszczerzyłem się, bo nawet spadając, pewnie nie potrafiłbym siedzieć cicho, w sumie szkoda byłoby zmarnować taki lot na krzyczenie.
- No i widzisz! Wiedziałem, że mogę na ciebie liczyć. - Pokiwałem głową z wielką satysfakcją, podświadomie powracając do ulubionego tematu. - Jak kiedyś zostanę sławnym ścigającym i z impetem walnę z miotły, to przynajmniej będę wiedział, że ktoś zadba o odpowiednią liczbę zębów na mój pogrzeb. Wyobrażasz sobie minę grabarza, jak wręczysz mu woreczek i powiesz, że jeszcze tego brakowało? - Przybrałem najbardziej oficjalny wyraz twarzy, na jaki tylko było mnie stać. - Pilnuj tylko naprawdę, żeby żaden się nie zgubił, bo lubię je wszystkie, a zwłaszcza ten tutaj. - Wyszczerzyłem się najszerzej jak potrafiłem, stukając palcem w przedni ząb. - Byłoby głupio obudzić się jako duch i ciągle syczeć przy każdym słowie, więc jak zgubisz choćby jeden, to będę cię później straszył dziurą w uśmiechu. - Dodałem groźnie, choć jednocześnie spróbowałem przybrać przy tym dostojną minę, ale wytrzymałem zaledwie dwie sekundy, po czym znowu wybuchnąłem śmiechem.
Potem jednak spojrzałem na nią trochę dłużej niż zwykle. Znowu przyszła, znowu mnie znalazła, nie umawialiśmy się przecież, nigdy nie musieliśmy. Nie obchodziło mnie, z jakiego domu pochodziła, jakie nazwisko nosiła ani co powiedzieliby o tym dorośli. Dla mnie była po prostu Pruey, dziewczyną, z którą mogłem rozmawiać o lataniu, śmierci, duchach, przyszłości i zupełnie głupich rzeczach, a żadna z tych rozmów nigdy nie wydawała się głupia…
- Nie wiem, czy skończę. - Przyznałem po chwili, wracając wzrokiem ku dalekiemu horyzontowi. - Jak już przestanę się bać tej wysokości, to pewnie znajdę wyższą. A potem jeszcze wyższą. Chyba o to chodzi. Nie chcę dojść do końca. Wolę ciągle mieć przed sobą coś, czego jeszcze nie zrobiłem. - Podczas gdy inni ludzie patrzyli w dół i widzieli wyłącznie przerażającą przepaść, ja patrzyłem w tę samą przestrzeń i widziałem miejsce, z którego już nie raz udało mi się wzbić, i może właśnie dlatego tak często właziłem tam, gdzie nie powinienem, próbując przekonać samego siebie, że kiedyś żadna wysokość nie będzie już robiła na mnie wrażenia.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)