Przez ten cały popiół nie mogła normalnie oddychać. Czarna chusta, którą zasłoniła usta przed wyjściem na ulicę, zupełnie nie radziła sobie z pyłem unoszącym się na ulicach Londynu. Było w tym wszystkim coś nieroztropnego; rozum podpowiadał, że powinna zostać w domu, że powinna bliżej przyjrzeć się runie, która pojawiła się na jednej z ścian jej mieszkania, że powinna poczekać na jakiekolwiek wieści od ojca, na wytłumaczenie tego co tak właściwie się stało.
Była pracownicą Ministerstwa, więc chyba powinna również pomóc tym, którzy teraz cierpieli najbardziej; tym, których bliscy leżeli obecnie na ulicach Londynu i których domy, zamieniły się w proch. Ale była wyjątkowo samolubna i szczerze — nikogo nie żałowała.
Zafascynowana obserwowała popiół opadający na ulicę, nie zwracając uwagi na czarodziejów kręcących się wokół. Być może dlatego nie zauważyła rozgoryczonego mężczyzny, który szybkim krokiem zaczął zmierzał w jej stronę. W ostatniej chwili usłyszała jego słowa, coś o tym, że to jej wina. Poczuła, jak ciągnie za chustę, brutalnie ściągając materiał z twarzy, odsłaniając usta i nos, jednym ruchem, pozbawiając anonimowości. Nie miała czasu na strach; spojrzeniem omiatała czarodzieja, skupiając się na szczegółach jego wyglądu, tym w co był ubrany czy jakichkolwiek cechach charakterystycznych, wiedziała, że nie puści mu tego płazem, ale wszechobecny popiół, ograniczał widoczność, więc właściwie niczego nie dostrzegła. Już miała odpowiedzieć; była pewna, że gdy zatrzepie rzęsami i odegra słodką idiotkę, uda jej się załagodzić sytuację, ale zanim zdążyła zareagować czerwona ciecz uderzyła ją prosto w twarz.
Oślepiona, w pierwszym odruchu odskoczyła do tyłu, próbując uratować się przed tajemniczą mazią. Na nic były jednak jej starania, bo ta pokryła ją od stóp do głów, dostając do nozdrzy, uszu, oczu oraz ust. Na chwilę ją zaćmiło, słyszała jedynie dźwięczenie w uszach oraz dźwięk ulicy, ten był jednak przyćmiony, jakby Edith i wszystkich na około, dzieliła gruba szyba. Nie osunęła się jednak na ziemię, dzielnie trzymając na nogach, chociaż w środku cała drżała. Nie był to jednak strach, w końcu już dawno wyzbyła się tej, konkretnej emocji — całe zdarzenie było upokarzające, to prawda, ale nic nie mogło się równać z przerażeniem, jaki wzbudzał w niej Cyrus, gdy popełniała najdrobniejszy błąd. Tliła się w niej złość i poczucie niesprawiedliwości, i najbardziej chyba nienawidziła właśnie siebie. Bo była bezużyteczna, bo w tłumie ludzi łaknących krwi była całkowicie sama, bo nie potrafiła poradzić sobie z przypadkowym śmieciem, który powinien już dawno klęczeć u jej stóp.
torment me. IN DETAIL.